piątek, 17 listopada 2017

Interview with Radu Sirbu

Radu Sirbu is a Moldovan singer and music producer, who was a member of the band O-Zone from 1998 to 2005. After their disbandment Radu started his solo career, released two albums and founded his own record label Rassada Music. This year he and his friends from O-Zone decided to reunite and performed a special concert in Chișinău. In the interview, Radu is talking about his O-Zone memories, solo career, his record label and plans for the future.


You became famous for being a member of pop music trio O-Zone, whose song "Dragostea Din Tei" became popular all over the world in 2004. How did you react to this sudden success and your song being played almost everywhere?

It was not a sudden success as people may think, it was the result of years of really hard work and sleepless nights in the studio. We were young but we had big dreams on our minds and we wanted to spread our music all over the world. So, one day, this happened... It was a blessing. 

In May 2017 in Chișinău, after twelve years of solo careers, Dan Balan, Arsenium and you performed together again as O-Zone. Whose idea was it to do a comeback? Was it a one-time reunion or do you plan more gigs in the future?

Yes, there was a reunion in May. We had to be booked like three different artists for one performance (O-Zone) because each one of us has a career and a really busy schedule, but we made it. Of course it was a huge pleasure to perform next to guys for our fans and for the people who were expecting this performance for so many years. It was craziness on social media :)

As about the future... I think we will have more opportunities to make our fans happy, it just have to be the right place and the right time.

After O-Zone's disbandment, you released two albums: "Alone" as a soloist and "Heartbeat" with your wife Ana. What is your process of writing lyrics like and how can you describe your inspirations and influences?

"Alone" and "Heartbeat" meant the beginning of my solo career. It was a long time ago... Actually, I am a singer, composer and a music producer and I am not really good at lyrics so I prefer to stay in my comfort zone and to be good as a producer. Ana is always responsible for the lyrics and it's really easy for me to work with her for my songs.


Apart from being a gifted musician, you are also a great businessman and music producer - you have your own record label Rassada Music. Can you tell us something more about the musicians you currently work with? Do you feel fulfilled in your job?

Yes, next to Rassada Music team we are working with many talented artist and we are always looking for gifted people in the music industry. We did songs that climbed the charts of the biggest radios in Romania, Russia or Moldova, becoming no. 1  and we are happy to be a part of this success.

I have an honour to work with artists all over the world, to compose and produce for artists like DJ Layla, Nico, Loredana Groza, Dee-Dee, Ray Horton, Leonid Rudenko, Viktoria Daineko, Lorina, Natalia Barbu, Dima Trofim, Sianna, Red Lyard, Malina Tanase and many others. I like to be on stage but I also love to be in the studio.

On your Facebook profile we can find an information that your hobbies besides music are photography and cinematography. How do you usually spend your free time when you are not in the studio? 

Usually when I'm not busy with music, I like to spend time with my family and my three kids. For me, not many things have value in life, but family must always have priority. We have many activities that we do together, but I think my favorites are related to sports, such as climbing trees, cycling, trotting, roller skates or fishing that is my favorite hobby since childhood.

As I have mentioned, you run a successful record label and you are now promoting your new song "I Believe In Love" with Malina Tanase. Could you reveal to us your plans for the foreseeable future? Can we expect you new solo album?

Malina Tanase is a new entry as an artist at Rassada Music label and we are happy to have her in our team. We have a beautiful collaboration with her for this new track "I Believe In Love" and I hope in the future we will hear more from this talented young lady.

As about me, I am already working on my album and I hope it will be ready till this spring, I still have to finish a few tracks and I will be very excited to share it with my fans.


If you want to learn more about Radu Sirbu and his music, please visit his official website:
https://www.facebook.com/RaduSirbuOfficial/

Wywiad z Radu Sirbu

Radu Sirbu jest mołdawskim piosenkarzem i producentem muzycznym, który w latach 1998-2005 był członkiem zespołu O-Zone. Po rozwiązaniu kapeli zaczął karierę solową, wydał dwa albumy i założył swoją własną wytwórnię płytową Rassada Music. W tym roku Radu i jego koledzy z O-Zone znów połączyli siły i wystąpili na specjalnym koncercie w Kiszyniowie. W wywiadzie muzyk opowiada o swoich wspomnieniach z O-Zone, karierze solowej, swojej wytwórni płytowej i planach na przyszłość.


Zdobyłeś popularność jako jeden z członków popowego trio O-Zone, którego utwór „Dragostea Din Tei” w 2004 stał się znany na całym świecie. Jak zareagowałeś na ten nagły sukces i fakt, że wasza piosenka była grana dosłownie wszędzie?

To wcale nie był nagły sukces, jak wielu ludzi może myśleć, ale owoc kilku lat ciężkiej pracy i bezsennych nocy w studiu nagraniowym. Byliśmy co prawda bardzo młodzi, ale w głowie mieliśmy wielkie marzenia i chcieliśmy rozprzestrzenić naszą muzykę na cały świat. Pewnego dnia się to udało i było to dla nas prawdziwym błogosławieństwem.

W maju 2017 w Kiszyniowie, po dwunastu latach solowych karier, Dan Balan, Arsenium i Ty ponownie wystąpiliście razem jako O-Zone. Kto wpadł na pomysł tego wielkiego powrotu? Czy to była jednorazowa sytuacja, czy planujecie kolejne koncerty w przyszłości?

Rzeczywiście, mieliśmy w maju powrót. Na ten jeden występ jako O-Zone musieliśmy zostać zabookowani jako trzej oddzielni artyści, bo każdy z nas ma swoją karierę i napięty grafik, ale udało się. Oczywiście z przyjemnością wystąpiłem z chłopakami dla naszych fanów i dla wszystkich, którzy przez tyle lat czekali na ten koncert. W mediach społecznościowych zapanowało szaleństwo :)

Jeśli chodzi o przyszłość… Myślę, że będziemy mieli więcej okazji, aby uszczęśliwić naszych fanów, po prostu musimy trafić na właściwe miejsce i właściwy czas.

Po rozwiązaniu grupy O-Zone, wydałeś dwa albumy: Alone” jako solista i Heartbeat” z żoną Aną. Jak wygląda proces pisania przez Ciebie tekstów i jak mógłbyś opisać swoje główne inspiracje i wpływy?

„Alone” i „Heartbeat” oznaczały początek mojej solowej kariery. To było jednak już dosyć dawno… Właściwie jestem piosenkarzem, kompozytorem i producentem muzycznym, w pisaniu tekstów nie jestem zbyt dobry, więc wolę trzymać się mojej strefy komfortu i skupiać przede wszystkim na produkcji. Zwykle to Ana odpowiada za teksty, bardzo łatwo nam się współpracuje przy tworzeniu piosenek.


Oprócz bycia utalentowanym muzykiem, jesteś również świetnym biznesmenem i producentem muzycznym - masz swoją własną wytwórnię Rassada Music. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o muzykach, z którymi obecnie pracujesz? Czujesz się spełniony w swoim zawodzie?

Tak, razem z ekipą Rassada Music pracujemy z wieloma utalentowanymi artystami i cały czas szukamy kolejnych zdolnych ludzi na rynku muzycznym. Stworzyliśmy utwory, które wspinały się po listach przebojów największych stacji radiowych w Rumunii, Rosji i Mołdawii i z czasem trafiały na pierwsze miejsca, więc cieszymy się, że jesteśmy częścią tego sukcesu. Mam zaszczyt pracować z artystami z całego świata, komponuję i zajmuję się produkcją przebojów takich artystów jak DJ Layla, Nico, Loredana Groza, Dee-Dee, Ray Horton, Leonid Rudenko, Viktoria Daineko, Lorina, Natalia Barbu, Dima Trofim, Sianna, Red Lyard, Malina Tanase i wielu innych. Uwielbiam występować na scenie, ale kocham również siedzieć w studiu.

Na Twoim profilu na Facebooku możemy odnaleźć informację, że Twoje hobby poza muzyką to fotografia i kinematografia. Jak zazwyczaj spędzasz swój wolny czas, kiedy nie siedzisz w studiu nagraniowym?

Zazwyczaj kiedy nie zajmuję się muzyką, lubię spędzać czas z moją rodziną i trojgiem dzieci. Niewiele rzeczy ma dla mnie w życiu szczególną wartość, ale rodzina zawsze jest dla mnie priorytetem. Robimy wspólnie bardzo wiele rzeczy, ale do moich ulubionych należą te związane ze sportem, jak wspinanie się po drzewach, jazda rowerowa, przejażdżka konno, wrotki czy łowienie ryb. To są od dzieciństwa moje ulubione aktywności.

Jak już wspomniałem, masz odnoszącą sukcesy wytwórnię, a obecnie promujesz swój nowy utwór I Believe In Love” nagrany z Maliną Tanase. Czy mógłbyś zdradzić nam swoje plany na najbliższą przyszłość? Czy możemy spodziewać się Twojego nowego solowego albumu?

Malina Tanase jest nową artystką w wytwórni Rassada Music i bardzo się cieszymy, że jest częścią naszego teamu. Nagraliśmy wspólnie piękny duet na potrzeby jej nowego utworu „I Believe In Love” i mam nadzieję, że w przyszłości usłyszymy więcej piosenek tej utalentowanej młodej dziewczyny.

Jeśli chodzi o mnie, jestem w trakcie tworzenia mojego albumu i liczę na to, że będzie gotowy do wiosny, nadal muszę dopracować kilka utworów i nie mogę się doczekać, kiedy podzielę się nimi z moimi fanami.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Radu Sirbu i jego muzyki, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

czwartek, 16 listopada 2017

Rozmowa z Józefem Pawłowskim

Józef Pawłowski jest młodym aktorem, znanym przede wszystkim z roli Stefana Zawadzkiego w filmie wojennym Jana Komasy „Miasto 44” oraz licznych ról dubbingowych. Obecnie możemy go oglądać między innymi w serialu „Diagnoza”, w którym wciela się w postać stażysty Rafała Krupnioka. Niedawno zagrał również rolę Bartosza w północnoirlandzkim filmie „Bad Day for the Cut”. W wywiadzie Józef opowiada między innymi o początkach swojej przygody z aktorstwem, pracy na planie „Miasta 44”, kulisach dubbingu i swojej fascynacji sportami walki.


W swojej rodzinie oprócz babci aktorki Teresy Szmigielówny miałeś też dziadków szermierza i pilota, a Twoja mama jest z zawodu lekarką. Dlaczego wybrałeś właśnie aktorstwo i czy od dziecka był to Twój wymarzony zawód?

Na początku chciałem zostać pilotem jak mój dziadek, potem z kolei adwokatem jak drugi dziadek (szermierz). W trzeciej klasie podstawówki zostałem na siłę wypchnięty na konkurs i tam zachłysnąłem się sceną, reflektorami i tą magią, którą ma w sobie teatr. Nie traktowałem jednak marzenia o aktorstwie serio. Później trafiłem do osiedlowego koła teatralnego, a już w gimnazjum po dłuższej przerwie do koła teatralnego w Pałacu Młodzieży w Pałacu Kultury. Tam to marzenie o aktorstwie zaczęło się konkretyzować, ale jeszcze nie do końca wiedziałem jak odpowiedzialny może być ten zawód. Prawdziwe dojrzewanie w podejściu do sztuki zaczęło się dopiero dwa lata później, kiedy trafiłem do ogniska Machulskich. Nie tylko mieliśmy tam zajęcia związane z aktorstwem, ale też doświadczaliśmy sztuki na wielu poziomach: oglądanie filmów, obrazów i rzeźb oraz czytanie wierszy i prozy. Zajęcia prowadzili fantastyczni ludzie, dzięki czemu naprawdę mogliśmy się rozwinąć. Wtedy zakochałem się w teatrze już tak na maksa i uznałem, że chcę to w życiu robić.

Przez wiele lat traktowałem aktorstwo trochę jako powód do wstydu. Wychowywałem się na blokach, gdzie było ono traktowane raczej jako coś niepoważnego. Dopiero przez ostatnie lata zacząłem być dumny z tego co robię, bo chyba udało mi się wykorzystać ten zawód do pozytywnych rzeczy. Staram się wkładać w aktorstwo całe serce, a pieniądze, które zarabiam i rozpoznawalność przekładać na pomoc innym.

Niewątpliwie powodem do dumy może być dla Ciebie rola w filmie historycznym „Miasto 44”, pełnym współczesnych akcentów jak choćby nowoczesna muzyka. Czy miałeś jakiś moment wątpliwości przy tworzeniu tego filmu?

Już zanim weszliśmy na plan miałem momenty zwątpienia. Jak wiesz lub nie, ten film miał powstawać trzy razy i dwa razy spadł, a bardzo mi na tej roli zależało. Jak spadł za pierwszym razem, to trochę zawalił mi się świat. Potem już za każdym razem podchodziłem do „Miasta” z rezerwą i szczyptą zwątpienia, czy na pewno powstanie. Ale jednak powstało. To była moja pierwsza i chyba jedyna dotychczas tak duża rola, weryfikowała moje umiejętności, nie tyle aktorskie, co wytrzymałości psychicznej. Za każdym razem jak wstawałem i wiedziałem, że mam do zagrania coś więcej niż po prostu przejście w tle, to byłem zesrany od rana do wieczora. Przez cały czas spędzony na planie byłem na jakiejś niesamowitej adrenalinie. W ogóle nie czułem zmęczenia, a de facto spałem tyle co nic i pracowałem dziennie po 12-14 godzin.

Film „Miasto 44” był filmem bardzo brutalnym i dosłownym - wybuchy, krew, rozlatujące się szczątki… Czy po kilku miesiącach pracy na planie miałeś problem z wyjściem z roli i przejściem do porządku dziennego? 

Myślę, że ta rola zostawiła na mojej psychice trwały ślad. Wszystko, co cię w życiu kosztuje, potem w tobie pozostaje i żeby była jasność: mi to w ogóle nie przeszkadza. Pracowaliśmy na dużych emocjach, więc oczywiście potrzebowałem czasu dla siebie, żeby po tym wszystkim odetchnąć. To był mój pierwszy tak wielki projekt, więc ta naiwność i maksymalna wiara, że trzeba dać z siebie wszystko, była dodatkowo spotęgowana. Myślę, że cenę tego zapamiętam na zawsze, ale cieszę się, że ją płacę. Musiałem wypić swoje z tego piwa, które sobie warzyłem przez cały ten czas i tyle.

Miałeś jakąś swoją najtrudniejszą scenę, czy do wszystkich podchodziłeś w ten sam sposób?

Na planie byłem obsrany od samego początku do końca. Założyłem sobie jednak, że chcę być nieustająco w skupieniu, z dala od zewnętrznych bodźców tego świata jak np. imprezy. Bałem się tych wszystkich scen i stresowałem nimi, ale wiedziałem, że robię wszystko co mogę, żeby utrzymać skupienie. Ważnymi dniami były pierwszy i ostatni, kiedy byłem już na maksa wypruty. Były oczywiście takie dni, że gorzej się wyspałem albo miałem szczególnie emocjonalne sceny jak np. śmierci matki, ale generalnie wszystkie dni były strasznie ciężkie i trudno wyszczególnić jeden konkretny.

„Miasto 44” nie było Twoim jedynym filmem historycznym, zagrałeś też między innymi syna Ryszarda Kuklińskiego w filmie „Jack Strong”. Często tego typu filmy stanowią ważny element zdobywania przez młodzież wiedzy historycznej. Jak oceniasz polskie kino historyczne - czy może być dobrym edukatorem? 

Polskie kino historyczne jest bardzo niestabilne, bo obok wielu pięknych filmów, było też wiele fuck upów - trudno wystawić tu średnią ocenę. Akurat jeśli chodzi o „Jacka Stronga” czy „Miasto 44”, to są w miarę stabilne historycznie i trzymają się faktów. Generalnie moim zdaniem tendencja jest raczej ku górze niż ku dołowi, jak zresztą w całym polskim kinie, co mnie bardzo cieszy. Nie ma opcji, żeby się nie potknąć, ale polskie kino uczy się na swoich błędach i zmierza ku dobremu.


Na planie „Jacka Stronga”, podobnie jak i na planie „Bodo” pojawił się również Twój starszy brat Stefan, ale nie mieliście za bardzo okazji grać wspólnych scen. Chciałbyś zagrać ze Stefanem obok siebie w jednym filmie?

W „Jacku Strongu” Stefan grał nawet starszą wersję granej przeze mnie postaci. W „Bodo” mieliśmy wspólną scenę, ale nasi bohaterowie nie mieli ze sobą interakcji. Myślę, że zagranie razem byłoby bardzo ciekawym doświadczeniem, chociażby pod względem przygotowań. Stefan zna mnie całe życie, więc nasza droga byłaby znacznie krótsza. Nie musielibyśmy przełamywać granicy obcości, bo nasze ciała, charaktery i emocjonalność się znają. Byłoby super zderzyć się z kimś tak bliskim i tak mi znanym. Stwarzałoby to wiele możliwości, ale też pewne ograniczenia. Ciężko byłoby mi zagrać niektóre sceny…

Na przykład scenę zabójstwa?

Nie, z przyjemnością bym go kropnął! (śmiech) Nie wiem jakbym się zachował, gdybyśmy w czasie pracy nad filmem mieli między sobą jakiś trudny okres. Mam nadzieję, że zachowalibyśmy się właściwie, ale na pewno byłby to taki newralgiczny moment. Przez to, że jesteśmy rodziną i nie mamy między sobą granic kulturowych, moglibyśmy się na siebie gniewać albo się pokłócić, chociaż rzadko nam się to zdarza.

Macie chyba trochę różne charaktery - Stefan gra w serialu komediowym „O mnie się nie martw”, a Ty od komedii raczej uciekasz…

Tak naprawdę do tej pory miałem tylko jedną rolę komediową - grałem przerysowanego Ukraińca w „Dziewczynach ze Lwowa”. Często też komedia pojawia się w dubbingu, ale tu akurat wydurniam się za czyimiś plecami, więc nie jest to weryfikacja umiejętności. Na pewno jesteśmy ze Stefanem inni, ale trudno mi powiedzieć pod jakim względem, bo nawet na Akademii Teatralnej nie mieliśmy okazji spotkać się na jednej scenie - Stefan zaczął tam studiować, jak byłem na II roku.

Wspomnieliśmy o Twojej działalności dubbingowej - podkładałeś głos pod różne postaci, między innymi Donatella w „Wojowniczych Żółwiach Ninja” i Robbiego Shapiro w „Victorii znaczy zwycięstwo”. Które z tych seriali i filmów były Twoimi ulubionymi?

Moją ukochaną bajką była „Victoria znaczy zwycięstwo”, w której dubbingowałem dwie postaci: Robbiego i jego lalkę Rexa. Sama atmosfera pracy przy tym projekcie była genialna. Teraz zrobiłem „Twojego Vincenta”, przepiękny film o Vincencie van Goghu - byłem zaszczycony, że mogłem wziąć w nim udział. To były takie moje dwa dubbingowe „sztosy”. Większe fabuły jak „Żółwie Ninja” i „Valerian”, w których dubbinguję sobie zupełnie inny świat, też były dla mnie bardzo otwierające. Użyczam również głosu w „Call of Duty”. To moja pierwsza gra, przy czym jest ona zrealizowana mega filmowo.

A jakie programy oglądałeś jako dzieciak, zanim zacząłeś pracę w dubbingu?

Przez to, że miałem czwórkę rodzeństwa, moje warunki oglądania telewizji były mocno ograniczone. Oglądałem głównie dobranocki takie jak „Gumisie”, „Smerfy”, „Zaczarowany ołówek”, „Bolek i Lolek” i „Pszczółka Maja”. Bardzo lubiłem też „Było sobie życie” i serię historyczną tej samej produkcji. Z bajek filmowych podobały mi się „Tarzan” i „Droga do El Dorado”, które na okrągło wałkowałem na kasacie. Uwielbiałem też filmową „Trylogię” - „Potop”, „Ogniem i mieczem” i „Pana Wołodyjowskiego” oraz filmy „Braveheart”, „Gladiator” i „Patriota”. Jak byłem pięć dni chory, to każdy z tych filmów oglądałem po dwa razy. Znałem kiedyś całe linijki i byłem w stanie „gadać” ze wszystkimi bohaterami.

Wcielasz się w różne role dubbingowe, często mocno zróżnicowane pod względem głosowym. Jak wygląda przygotowanie do pracy w dubbingu - musisz mieć do tego wrodzone predyspozycje, czy można sobie ten głos wypracować?

Środowisko dubbingowe jest bardzo małe, więc żeby się w nim utrzymać, trzeba mieć naturalne predyspozycje, słuch i poczucie rytmu. Los chciał, że spotkałem ludzi, którzy mieli do mnie cierpliwość, a sam starałem się uczyć najszybciej jak się da. W pracy głosem najczęściej czerpię inspiracje z życia. Na przykład w dubbingowaniu Rexa zainspirował mnie jeden z profesorów z Akademii Teatralnej. Kiedy byłem najbardziej zafascynowany dubbingiem, potrafiłem z kolei gadać na pięć głosów, siedząc w wannie. Wiadomo, że było to dość amatorskie i durnowate, ale myślę, że takie przedrzeźnianie rzeczywistości i robienie z siebie pajaca jest w tej pracy bardzo pomocne.


Niedawno pojawiłeś się w północnoirlandzkim filmie „Bad Day for the Cut”. Jak wspominasz pracę z anglojęzyczną ekipą? Czy praca tam różni się od polskich warunków?

U nas nie ma czegoś takiego jak stałe warunki pracy, a w Wielkiej Brytanii podejście do higieny pracy jest bardzo restrykcyjne. Wszędzie podany jest dokładny plan pracy, a po pięciu godzinach musi być godzinna przerwa. W Polsce często zdarzają się nadgodziny czy spóźnienia, a tam mają praktycznie żelazne granice, kiedy zaczynasz i kończysz zdjęcia. Panuje olbrzymi szacunek do twojego prywatnego czasu, a każda istotna zmiana planu musi być jednogłośnie zatwierdzona. Inna sprawa, że z tego co wiem warunki pracy w Wielkiej Brytanii są regulowane przez ustawę, a nie umowę.

Jesteś otwarty na kolejne zagraniczne propozycje?

Angielskiego nauczyłem się już na studiach, bo w gimnazjum i liceum olałem naukę tego języka. Na maksa kocham brytyjską kulturę, chociaż Irlandczycy, Szkoci, Walijczycy i Anglicy to inne narody, które trudno ze sobą porównywać. Znacznie bardziej siedzi mi brytyjski niż amerykański akcent. Fascynują mnie niesamowicie English breakfast, piwa, bary, mecze, ich sposób ubierania się, kultura, teatry radiowe i kameralne brytyjskie filmy. Przez sześć lat uczyłem się angielskiego z intencją, że chciałbym chociaż kiedyś zagrać epizod w brytyjskim filmie, a udało się zagrać drugą rolę męską w produkcji bardzo fajnie odebranej na świecie. Bardzo bym marzył, żeby jeszcze kiedyś było mi dane zagrać w anglojęzycznym filmie.

Czyli nie masz takiego problemu z akcentem, że możesz grać tylko przybyszów ze Wschodu?

Jednak słychać u mnie, że nie jestem Brytyjczykiem, przy czym na tyle, na ile uczyłem się z radia, wszyscy są pod dużym wrażeniem moich umiejętności. Na dzień dzisiejszy myślę, że nie brzmię jak Polak czy Rosjanin, raczej jak zagubiony w czasoprzestrzeni ktoś, kto trochę mówi po brytyjsku, trochę nie wiadomo jak. Niektóre słowa mówię bardzo dobrze, bo są łatwe w wymowie, ale niestety w sporej części mam albo błędny akcent, albo żaden. Amerykanów potrafię oszukać, ale Brytola już nie.

Oprócz ról filmowych, grasz również w serialach, między innymi w „Belfrze” i „Diagnozie”. Traktujesz te role jako swego rodzaju odskocznię od filmu?

Generalnie na tyle, na ile pozwala mi dane zlecenie i jego warunki, staram się dawać z siebie w pracy wszystko. Czy traktuję to jako odskocznię? Gdybym na dzień dzisiejszy miał propozycję zagrania w jakimś zajebistym filmie, to wziąłbym zajebisty film. A że ostatnio takich propozycji nie było, to pojawiła się „Diagnoza”, z czego się bardzo cieszę. Na tę chwilę nie jestem w sytuacji, że mogę sobie przebierać w ofertach.

Pomocne w tej roli na pewno jest doświadczenie pochodzenia z lekarskiej rodziny.

Moja babcia była farmaceutką, mama jest lekarzem, rodzice mojego przyjaciela też. Od dziecka przychodziłem do mamy do pracy, więc szpital jest dla mnie środowiskiem naturalnym. Większość ludzi dorosłych, którzy mnie otaczali, było bezpośrednio związanych z medycyną. Myślę, że to pomaga, bo nie jest to dla mnie temat w stu procentach obcy. Może nie znam wielu naukowych pojęć i chorób, ale jeśli chodzi o atmosferę, charakter i napięcie w pracy, to patrzyłem na to codziennie.


Twój dziadek Jerzy Pawłowski był szermierzem, Ty zaś od dłuższego czasu trenujesz sztuki walki. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o swoich zainteresowaniach sportowych?

Pochodzę ze skromnej rodziny, wychowałem się na blokowisku. Do 16. roku życia zbierałem grosiki z ziemi albo sprzedawałem butelki, żeby mieć na słodycze. Jak miałem 14 lat pojawił się u nas komputer, a jak 16-17 internet. Do tego czasu jedyną rzeczywistością była dla mnie piłka i dwór. Jak szedłem wyrzucić śmieci, to zawsze brałem ze sobą piłkę i wracałem po pół godziny-godzinie, bo stałem i kopałem. Sport był więc w moim życiu elementem naturalnym, za co jestem losowi bardzo wdzięczny.

Jeśli chodzi o sporty walki, to zawsze chciałem je uprawiać. Jak byłem dzieciakiem, trafiłem na karate, ale niestety mama nie zgodziła się, żebym to kontynuował, choć podobno byłem bardzo obiecujący. Wróciłem do tego dopiero na studiach, aby zdyscyplinować i uporządkować samego siebie. Z przerwami w związku z zawodem i różnymi sprawami zdrowotnymi trenuję już od czterech lat. Dzięki treningom wzrasta moja świadomość ciała, dyscyplina, pewność siebie i kondycja, a przy okazji poznaję fajnych ludzi.

Z tego co wiem, nie przeszkadzał Ci dubstep w „Mieście 44”. Jakiej zatem muzyki sam słuchasz na co dzień?

Dubstep faktycznie pasował mi w tym filmie, chociaż na co dzień nie słucham takiej muzyki. Wychowałem się na polskim rapie i to w nim głównie siedzę. Na drugim miejscu jest cięższe brzmienie, np. metal, rock, punk rock, a równolegle muzyka klasyczna, która mnie uspokaja i wycisza. Trzecie miejsce zajmują z kolei ex aequo nuty gospelowe i jazzowanie - raz na milion lat lubię i tych dwóch gatunków posłuchać.

A sam śpiewasz? 

Zawodowo nic z tym nie robię, ale śpiewam, bo przez lata miałem zajęcia na Akademii, brałem nawet udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Nie pociągnąłbym jednak musicalu, bo wymaga on niesamowitej kondycji, gospodarki tlenu i pracy przeponą. Mogę stanąć sobie przed mikrofonem i zaśpiewać nawet kilka utworów, ale żeby połączyć to z ruchem scenicznym, trzeba być kosmitą! Może dałbym radę, jakby ktoś mnie przygotował, ale na dzień dzisiejszy miałbym z tym duży problem.

Z tego co wiem, unikasz ścianek i imprez, skupiając się przede wszystkim na wykonywanym zawodzie. Jak w pracy aktora, którą często uważa się za narcystyczną, zachować skromność i nie dać się wciągnąć w celebryctwo?

Bardzo buduje mnie wiara i to, co czytam w Piśmie Świętym. Mam też przyjaciół, którzy potrafią dać mi w łeb, kiedy widzą, że mi odbija. A że jestem dość egoistycznym i narcystycznym typem, to budowanie pokory jest mi szalenie potrzebne. Cały czas staram się być bardziej pokorny, bo zabijając narcyzm lub chociaż go studząc, otwierasz się na innych ludzi, a o to chodzi w mojej pracy. Trzeba być z siebie dumnym i pewnym siebie, ale to absolutnie nie oznacza egoizmu, narcyzmu i egocentryzmu. Wydaje mi się, że artyści powinni być odwrotnością tych trzech cech. Musimy być zwróceni na drugiego człowieka, a takie pierdolenie na swój temat w zachwycie jest kompletnie bezproduktywne.

Mógłbyś zdradzić na zakończenie swoje kolejne aktorskie plany?

Niedawno zakończyłem zdjęcia do kolejnych odcinków seriali „Wojenne dziewczyny” i „Diagnoza”. Pod koniec listopada wchodzę na drugi sezon „Diagnozy” i zobaczymy jak to się rozwinie. Nie wiem czy też tak masz, ale ja lubię się raz na jakiś czas zachwycać się tym, jak szalenie dynamiczne jest życie. W gruncie rzeczy jutro mogę już siedzieć na Wyspach, pracować w magazynie i być mega szczęśliwym gościem. Może jeszcze czeka mnie milion filmów i seriali, a może nie czeka mnie już żaden. Liczy się przede wszystkim to, jakim jesteś człowiekiem. Nie da się zrealizować wszystkich marzeń i pasji, trzeba po prostu rozpoznawać, co jest dla ciebie najważniejsze i nie być w tym wszystkim egoistą.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Józefa Pawłowskiego i jego działalności zawodowej, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

piątek, 10 listopada 2017

Interview with James Maslow

James Maslow is an American actor and singer known for the role of James Diamond in the TV series "Big Time Rush" and being a member of the group with the same name. Three years ago he started his solo career and recently he released his debut solo album "How I Like It". He also appeared on the cover of Mexican "Men's Health". In the interview, James is talking about his Big Time Rush memories, musical inspirations, sport and plans for the future.


You became popular worldwide after playing a role of James Diamond in Nickelodeon TV series "Big Time Rush". As a band Big Time Rush, you recorded three successful albums and travelled all over the world. What are your favourite memories from these times? Do you feel the influence of BTR style in your current musical career and projects?

BTR was an amazing journey! I’m grateful to have had that experience to prep me for what I’m doing now, though the majority of my current music comes from experiences in the last 2-3 years. There are so many memories from the many years of filming and touring, but one of my favorites will always be the time the boys and I went hang gliding in Rio! Lots of fun.

Recently you starred in a film "48 Hours to Live" as Wyatt, an aspiring dancer who has trouble with the law. You started playing more mature characters and you are still developing as an actor. Do you find yourself more comfortable in comedic roles or rather more complex and dramatic ones?

I love film because it constantly gives me the opportunity to play different characters. A lot of the roles I’ve played in the last few years have been darker but I still enjoy comedy. In fact, my next film coming out is a bit of an action comedy called "Bachelor Lions". I definitely want to do more of those.

On 3 March 2017, you released your debut solo record "How I Like It", which can be described as a mix of pop and electronic music. How can you describe your main influences and sources of inspiration while making this album?

My inspirations track back to living in San Diego listening to Michael Jackson on the same play list (real CDs back then) as Jack Johnson. Currently I’m inspired by artists like Jon Bellion and Brian McKnight. Quite different, but you’ll hear aspects of both in the music I’m creating now.

In July 2017 you appeared on the cover of "Men's Health" magazine and I know that you spend a lot of time at the gym to look good. What is your typical training schedule? Do you care a lot about healthy lifestyle and diet?

Exercise is equally mental as it is physical for me. I love to feel good and look good. I do hit the gym a lot but also love kickboxing and H.I.I.T. training to mix it up and keep my training functional.

We can see on your Youtube channel that you like trying a lot of different things, for example sailing and making sushi. What was the most unusual and crazy thing that you have done so far and what would you still like to do?

I love YouTube because it’s a space for me to create whatever I want. Traveling is one of my favorite things to do, even when I’m not working, and I definitely want to include more of that on my channel. And of course, be on the lookout for my new music video for my song "Who Knows"!

Your new music video is coming soon and next year we will finally see the movie "Bachelor Lions", in which you and Mitchel Musso play the main characters. Can you tell us something more about your acting and musical plans for the future?

I’m working on more music videos and writing a bunch of new music right now. I’ll definitely be dropping new songs here pretty soon. As for movies, expect more action.


If you want to learn more about James Maslow and his music, please visit his official website:
http://www.jamesmaslow.com/
https://www.facebook.com/JamesMaslow/

Wywiad z Jamesem Maslowem

James Maslow jest amerykańskim aktorem i piosenkarzem znanym przede wszystkim z roli Jamesa Diamonda w serialu „Big Time Rush“ i występowania w zespole o tej samej nazwie. Trzy lata temu rozpoczął karierę solową, a niedawno wydał debiutancki solowy album „How I Like It“. Pojawił się również na okładce meksykańskiego „Men's Health“. W wywiadzie James wspomina czasy Big Time Rush oraz opowiada o swoich muzycznych inspiracjach, sporcie i planach zawodowych.


Zdobyłeś światową sławę rolą Jamesa Diamonda w serialu Nickelodeon „Big Time Rush“. Z samym zespołem Big Time Rush nagrałeś trzy udane albumy i miałeś okazję objechać cały świat. Jakie są Twoje ulubione wspomnienia z tamtych czasów? Czujesz wpływ stylu BTR w swojej obecnej karierze i nowych projektach?

BTR było dla mnie niesamowitą podróżą! Jestem wdzięczny, że mogłem nabrać doświadczenia, które przygotowało mnie do tego, co robię teraz. Większość mojej obecnej muzyki jest jednak owocem doświadczeń z ostatnich dwóch-trzech lat. Mam bardzo wiele wspomnień z czasu spędzonego na planie i wspólnych tras koncertowych, ale jednym z moich ulubionych na zawsze pozostanie latanie z chłopakami lotnią w Rio. Mieliśmy przy tym niezły ubaw!

Niedawno wystąpiłeś w filmie „48 Hours to Live“ jako Wyatt, aspirujący tancerz, który ma problemy z prawem. Zacząłeś grać bardziej dojrzałe postaci i cały czas rozwijasz się jako aktor. Lepiej czujesz się w rolach komediowych, czy jednak bardziej dramatycznych i złożonych?

Uwielbiam kino, ponieważ cały czas daje mi szansę wcielania się w różnych bohaterów. W ciągu ostatnich kilku lat miałem okazję grać bardziej mroczne postaci, ale jednak cały czas bardzo lubię komedię. Właściwie mój kolejny nadchodzący film jest nieco komediowym filmem akcji pod tytułem „Bachelor Lions“. Zdecydowanie chciałbym grać więcej podobnych ról.

3 marca 2017 wydałeś swój debiutancki solowy album „How I Like It“, który można opisać jako połączenie popu i muzyki elektronicznej. A jak mógłbyś opisać swoje główne wpływy i źródła inspiracji przy tworzeniu tego krążka?

Moje inspiracje siegają czasów, kiedy mieszkałem w San Diego i słuchałem Michaela Jacksona i Jacka Johnsona na tej samej playliście (wtedy jeszcze na płytach CD). Obecnie inspirują mnie tacy artyści jak Jon Bellion i Brian McKnight. To trochę różne style, ale możesz odczuć wpływy ich obydwu w tworzonej przeze mnie muzyce.

W lipcu 2017 pojawiłeś się na okładce magazynu „Men’s Health“ i wiem, że spędzasz dużo czasu na siłowni, aby dobrze wyglądać. Jak wygląda Twój typowy plan treningowy? Bardzo dbasz o zdrowy styl życia i właściwą dietę?

Ćwiczenia są dla mnie tak samo ważne pod względem fizycznym jak i psychicznym. Uwielbiem czuć się dobrze i wyglądać dobrze. Często chodzę na siłownię, ale bardzo lubię też kickboxing i trening HIIT. Łączenie tych aktywności czyni mój trening bardziej funkcjonalnym.

Z Twojego kanału na Youtubie możemy się dowiedzieć, że lubisz próbować wielu nowych rzeczy, na przykład żeglowania czy przygotowywania sushi. Jaka była najbardziej nietypowa i szalona rzecz, którą dotychczas zrobiłeś i co nadal chciałbyś zrobić?

Uwielbiam Youtube'a, ponieważ jest on miejcem, w którym mogę tworzyć co tylko zechcę. Podróżowanie jest jedną z moich ulubionych pasji, nawet kiedy nie pracuję, tak więc na pewno chciałbym publikować na moim profilu więcej nagrań z podróży. Przy okazji zachęcam do obserwowania mojego kanału, bo już niedługo premiera mojego nowego teledysku do utworu „Who Knows“!

Premiera Twojego teledysku już wkrótce, a w przyszłym roku w końcu zobaczymy Twój nowy film „Bachelor Lions“, w którym gracie z Mitchelem Musso główne role. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o swoich aktorskich i muzycznych planach na przyszłość?

Obecnie pracuję nad kolejnymi klipami i piszę dużo nowych utworów, tak więc na pewno w najbliższym czasie opublikuję kilka świeżych piosenek. A co do filmów, spodziewajcie się więcej akcji.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Jamesa Maslowa i jego muzyki, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
http://www.jamesmaslow.com/
https://www.facebook.com/JamesMaslow/

poniedziałek, 6 listopada 2017

Rozmowa z Zuzanną Bijoch

Zuzanna Bijoch to pochodząca z Katowic modelka, która współpracowała z największymi światowymi domami mody. Wystąpiła między innymi w pokazach Prady, Gucci, Marca Jacobsa, Valentino i Givenchy oraz trafiła na okładki „Vogue’a”, „Harper’s Bazaar” i „Glamour”. 25 października 2017 nakładem wydawnictwa Burda Książki ukazała się jej debiutancka powieść „Modelka”, w której dzieli się z czytelnikami swoim dziesięcioletnim doświadczeniem w pracy w modelingu. W wywiadzie Zuzanna opowiada między innymi o kulisach życia modelki, swoim literackim debiucie, udziale w „Azja Express” i planach na przyszłość.


Tytuł Twojej debiutanckiej książki to „Modelka”. Jest to słowo, które budzi wśród ludzi różne, często sprzeczne skojarzenia. Przykładowo z jednej strony mówi się o modelkach-wieszakach, z drugiej modelki Victoria’s Secret uważa się za kwintesencję kobiecości. Jakie skojarzenia budzi w Tobie słowo „modelka”?

Pierwsze skojarzenie to przede wszystkim: mój zawód od dziesięciu lat. To słowo pokierowało moim życiem i wywróciło je do góry nogami, chociaż nigdy nie marzyłam o karierze w modelingu. Rzeczywiście słowo „modelka” jest pełne sprzeczności i różnych ekstremów, które wiążą się z pracą w tej branży. Z jednej strony jest to kolorowy świat pełen luksusu, z drugiej tego luksusu i świata glamour wcale nie widzisz na backstage’ach, gdzie dziewczyny po prostu niedosypiają. Jak zresztą piszę w książce: śpią na jakiejś kanapie lub po prostu na podłodze, bo przymiarki trwają do 4-5 nad ranem. Dolepiane są rzęsy, klej wchodzi ci do oczu, a tony lakieru kumulują się na głowie. To wcale nie jest tak lekka praca, jak można sobie wyobrażać.

Twoja kariera zaczęła się w 2007 od konkursu w „Bravo Girl”, gazecie, która kojarzy się z zabawnymi poradami dla młodzieży. Dla Ciebie stała się zaś kluczem do świata mody.

Powiedzmy to sobie jasno - z głupotami! (śmiech) Każda z nas czytała „Bravo Girl”, będąc w podstawówce i jak na ironię, moja kariera zaczęła się właśnie od tego pisma. Gdyby nie ono, nie chodziłabym po wybiegach Gucci i Versace. Wracałam z wakacji z moją siostrą i w stosie gazet znalazłyśmy „Bravo Girl”, a w nim ogłoszenie, że agencja D’VISION będzie poszukiwać nowych modelek. Na początku Julia doszła do wniosku, że to ona się zgłosi, potem stwierdziłam, że ja też wezmę udział. Ta historia została zresztą opisana w książce.

Z Twoimi początkami wiążą się różne ciekawe incydenty - podobno zemdlałaś podczas sesji z Marcinem Tyszką, ale natychmiast pozbierałaś się i wróciłaś do pracy. 

Marcin był jednym z pierwszych fotografów, z którymi pracowałam. W Polsce ma renomę „strasznego fotografa”, którą może trochę odczarował (albo potwierdził) przez różnego rodzaju programy. Wtedy jednak ludzie z branży twierdzili, że trzeba się go bać. Miałam 16 lat. Wszyscy poszli na lunch, a ja zostałam z fryzjerem, bo stylistka z Marcinem doszli do wniosku, że trzeba mi poprawić włosy. Nikt się nie zorientował, że cały dzień byłam głodna, a sama bałam się do tego przyznać, żeby nie przedłużać sesji. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nagle nie zrobiła się godzina 21. Podskakiwałam w obcasach, pozowałam i nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami - zemdlałam w trakcie sesji. Niestety, jeśli w tej branży pracują dzieci, to często nie powiedzą, że mają już dość lub są głodne, bo po prostu się boją. Ponieważ w makijażu i w obcasach wyglądasz na starszą niż jesteś, to wszyscy zapominają, że masz 13-14 lat i że trzeba się ciebie zapytać, czy chcesz chwilę przerwy. Tak było właśnie ze mną. 

Czy nadal zdarzają się momenty przez pokazami i sesjami, że paraliżuje Cię strach? Masz jakieś przedpokazowe rytuały, aby opanować stres?

W momencie, kiedy się bardzo stresuję, zaczynam ziewać (śmiech). To właśnie ziewanie jest takim moim „odruchem obronnym” przed najbardziej stresującymi pokazami. Specjalnych rytuałów raczej nie mam. Zawsze na próbach lubię sprawdzić buty, bo kiedy robimy próby przed pokazem, to masz dowolność - albo przechodzisz w obcasach, które będziesz miała na wybiegu, albo w swoich codziennych butach. Ważne, żeby zbadać podłoże, aby nie było niespodzianki w czasie pokazu. Była taka sytuacja, że na próbie chodziłyśmy po wykładzinie, którą zasłonięto wybieg, żeby się nie zniszczył, a na pokazie okazało się, że sam wybieg jest jak lodowisko. Ponieważ na próbie wszystko było w porządku, każdy zaczynał z przekonaniem i na luzie, dopiero potem orientując się jaka jest sytuacja. To niby są głupoty, ale przecież żadna modelka nie chce się skompromitować przed stylistami i ludźmi, z którymi współpracuje.

Masz na koncie mnóstwo pokazów dla czołowych światowych projektantów: Dolce&Gabbana, Alexander McQueen, Alexander Wang, Marc Jacobs… Jakie jest Twoje największe zaskoczenie, jeśli chodzi o ludzi świata mody?

Pamiętam jak pierwszy raz spotkałam Marca Jacobsa. Pojechałam na przymiarki do jego studia w Nowym Jorku, to miał być jeden z moich pierwszych naprawdę ważnych pokazów. Była godzina 22 (przymiarki odbywają się po nocach), Marc siedział w szlafroku, mokasynach i z cygarem, odwrócił się do mnie i powiedział: „Cześć Zuzanna, jak się masz?”. Ten obraz był dla mnie tak surrealistyczny. Nagle ze szkoły w Katowicach trafiłam do Nowego Jorku, a sam Marc Jacobs wybiera mi sukienkę na pokaz. Wtedy zrozumiałam, że ten modeling to będzie ciekawa przygoda! (śmiech) Pamiętam też jak kłócili się przy mnie Domenico Dolce i Stefano Gabbana. Ich kłótnie są już legendarne - nagle mogą zrzucić pół kolekcji, bo wpadają w pełną fajerwerków włoską kłótnię. Na pewno nie chcesz być w środku takiej awantury! W większości są to jednak pozytywne odczucia - to grupa bardzo ekscentrycznych postaci, ale wbrew pozorom wcale nie są tacy niedostępni i straszni. Nie można ich jednak mierzyć swoją miarą - często zmieniają zdanie: coś podoba im się dzisiaj, a jutro nie. Trzeba do tego podchodzić z przymrużeniem oka.

(Foto: Burda Książki)

Podobne zdanie pada w Twojej książce „Modelka”, w której pokazałaś kulisy funkcjonowania wielkiego świata mody. Jak przedstawiciele branży modowej zareagowali na pomysł napisania tej książki?

Na sam pomysł zareagowali pozytywnie, byli bardzo zaciekawieni tym, że postanowiłam coś napisać. W czasach powszechnego wyrażania swojej opinii w mediach społecznościowych, tematy tabu się przesuwają i możesz o pewnych rzeczach jasno powiedzieć. Niedawno była taka sytuacja, że modelka Ulrikke Hoyer w dniu pokazu dowiedziała się, że dom mody Louis Vuitton ją odwołał, ponieważ była według nich zbyt opuchnięta. Przyleciała specjalnie na pokaz do Tokio - na przymiarkach było ok, a następnego dnia dowiedziała się, że wraca do Europy. Postanowiła publicznie opowiedzieć o tym, co ją spotkało. Takie zachowania coraz częściej wychodzą na jaw. Między innymi casting director James Scully bardzo zaangażował się w rozmowy na ten temat i walczy o ukrócenie podobnych sytuacji.

Czyli nie obawiałaś się, że możesz w tej książce ujawnić zbyt wiele? W „Modelce” pojawiają się też opisy ciemnych stron modelingu, między innymi skandal z udziałem Johna Galliano.

Nie. Myślę, że na przykład kwestia Galliano pokazuje kawałek historii świata mody. Abstrahując od tego jakim jest człowiekiem i jakie ma poglądy, Galliano to absolutna legenda tej branży. Stworzył na nowo DNA Diora i nikt nie zaprzeczy, że jego projekty są niesamowite. Byłam jako modelka świadkiem tego jego ostatniego pokazu i wszyscy czuliśmy, że kończy się pewna era. To było bardzo ważne wydarzenie, dlatego umieściłam je w swojej książce.

A czy widząc te wszystkie skandale i niebezpieczne sytuacje, nie pomyślałaś nigdy: „może to nie jest świat dla mnie?”? Miałaś przecież do czynienia z wieloma ekscentrykami... 

Bardzo często tak miałam. Niebezpieczne sytuacje są na porządku dziennym, dlatego obracając się w tym świecie, trzeba bardzo uważać. Kilka lat temu jechałam paryskim metrem w czasie pokazów haute couture i miałam w ręku swoje portfolio. Podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział mi, że pracuje z agencją modową. W tym biznesie cały czas poznajesz tylu nowych ludzi, że nawet nie wiesz, czy powinnaś kogoś kojarzyć czy nie. Nie chciałam go urazić, ale półsłówkami grzecznie dałam mu do zrozumienia, że wysiadam, a on nagle mówi, że on też i że chętnie mnie odprowadzi. Dałam mu do zrozumienia, żeby odszedł, ale cały czas mnie śledził. Pędem wbiegłam do siedziby mojej agencji. Czekałam godzinę lub dwie, aby tego mężczyzny na pewno nie było w pobliżu. W końcu booker odprowadził mnie do taksówki. Takie sytuacje sprawiają, że czasami zastanawiasz się czy na pewno to wszystko jest normalne. W modelingu bardzo ważne jest to, żeby ludzie cię lubili i chcieli z tobą pracować, więc jesteśmy otwarte na ludzi, ale musimy zachować czujność.

Miałaś też okazję poznać świat mody od strony biznesowej podczas stażu u Toma Forda. Jak wspominasz to doświadczenie - czy znajomość kulisów pomogła Ci w dalszej pracy modelingowej?

Na pewno dało mi to dużo do myślenia. Przede wszystkim uświadomiłam sobie, że jestem bardzo szczęśliwa, że moją pracą jest modeling (śmiech). Pracowałam tam w dziale finansów. Było ciekawie, ale praca od 9 do 18 każdego dnia, ślepe patrzenie się w komputer i przepisywanie liczb z jednej kolumny do drugiej nie jest moim marzeniem. Uświadomiłam sobie, że często wydaje się nam, że czegoś chcemy, a jak to dostajemy, to nagle okazuje się, że to jednak nie do końca to i trzeba szukać dalej. Ważna jest dla mnie kreatywność i nie mogę jej tak po prostu zostawić odłogiem. Poznałam jednak bardzo fajnych ludzi, z którymi do dzisiaj się przyjaźnimy.


Z tego co wiem, studiujesz ekonomię na wyższej uczelni na Manhattanie. Jednego dnia jesteś w Nowym Jorku, drugiego w Warszawie, kolejnego na przykład w Mediolanie. Jak udaje Ci się pogodzić naukę z pracą, która wymaga ciągłych podróży?

W Stanach uczelnie bardzo pomagają, jeśli chodzi o kwestię obecności. Jeśli cię nie ma, to możesz wysłać eseje czy rozwiązać testy on-line, a z profesorem rozmawiać przez Skype’a. Wszystkie lekcje są dostępne w formie pdf-ów, więc nie jest to aż taki problem. Na amerykańskich uczelniach zanim wybierzesz sobie specjalizację, robisz tak zwany core - podstawy, które każda osoba musi zrobić: kilka zajęć ze sztuki, kilka z przedmiotów ścisłych i kilka z pisania. To jest fajne, że nie zamykasz się tylko w swojej dziedzinie.

W „Modelce” opisujesz nieznane zakątki Paryża i Nowego Jorku. A jakie są Twoje ulubione miejsca w rodzinnych Katowicach? Masz swój ulubiony tajemniczy zakątek?

Tak, oczywiście. W Katowicach zawsze spotykałam się (i nadal co jakiś czas spotykam) z przyjaciółmi w kawiarni w centrum miasta pod Teatrem Wyspiańskiego. Mało osób o niej wie. Schodzisz po schodach i wchodzisz do małej sali, w której często między spektaklami aktorzy i kostiumografowie piją kawę. Jest to bardzo fajne klimatyczne miejsce w podziemiach.

Skoro mowa o ciekawych miejscach… W tym roku razem ze swoją starszą siostrą Julią zwiedziłaś Sri Lankę i Indie w ramach programu „Azja Express”. Na co dzień mieszkasz w Nowym Jorku, a Twoja siostra większość czasu spędza w Polsce. Czy ten wyjazd zacieśnił wasze siostrzane więzi?

To był dla nas bardzo emocjonalny wyjazd - byłyśmy razem 24 godziny na dobę w najbardziej stresujących sytuacjach. Potwierdził on, że nasze więzi są rzeczywiście mocne i że cokolwiek by się nie działo, wspieramy się nawzajem. Od lat mieszkamy w różnych miejscach, więc mogłyśmy sobie przypomnieć jak zgranym jesteśmy teamem.

A jaka jest Twoja ulubiona sytuacja z programu, która najbardziej zapadła Ci w pamięć?

Na pewno najbardziej zapadła mi w pamięć sytuacja, która jeszcze nie została pokazana. Wydarzy się niebawem, będzie dużo niespodzianek (śmiech). To będzie zadanie, w którym musieliśmy działać osobno. To dało mi najwięcej do myślenia, jeśli chodzi o moją relację z Julią. Zobaczyłam jak mocne jesteśmy, kiedy działamy razem, i jak trudno nam jest, kiedy jesteśmy odseparowane.

Odczarowałaś też w tym programie obraz modelki, która obraca się tylko w świecie luksusu - biegacie po Azji, starając się przeżyć za dolara dziennie.

Mam nadzieję, że tak! Dla mnie to nigdy nie było problemem. Mam 23 lata, może pracuję w tej branży od 10 lat, ale luksusowe warunki nigdy nie były mi niezbędne, bo mogę też pojechać na camping czy pod namioty. Może nie jest to mój ulubiony sposób spędzania czasu, ale muszę zbierać doświadczenia (śmiech). Na pewno nie jestem jeszcze na tym etapie, że muszę żyć wygodnie i nie chcę próbować niczego nowego. Jeśli ktokolwiek miał taką wizję mnie czy w ogóle modelki, to cieszę się, że ten program to zmienia. Szczerze mówiąc, myślę, że jestem aż za normalna w tym szalonym świecie (śmiech).


„Azja Express” to program wymagający sporej sprawności fizycznej, a wiem, że jedną z Twoich sportowych aktywności jest kickboxing. Jak wyglądają Twoje typowe treningi? Domyślam się, że Twój zawód nie pozwala na sparingi…

Głównie są to tarcze z trenerem, ale przez ostatnie miesiące trochę te treningi zaniedbałam. Strasznie dużo się działo, a to sport wymagający bardzo dużo energii. Lubię też biegać - bieganie jest o wiele prostsze, bo możesz się wyłączyć i biec przez pół godziny, słuchając muzyki. W boksie musisz cały czas myśleć i być skupiony, ale kiedy ma się zły dzień, to takie wyładowanie na tarczach czy worku jest super. Samymi walkami nie jestem jednak zafascynowana.

Wspomniałaś o bieganiu, podczas którego słuchasz muzyki. Jakie utwory znajdują się na playliście topmodelki?

Powiem ci, że bardzo dziwne rzeczy! (śmiech) Mam bardzo dziwny gust muzyczny. Na mojej playliście są utwory The Weeknd, Coldplay, „Don’t Cry for Me Argentina” Madonny oraz muzyka z „Nędzników” i „Dziadka do orzechów”. Lubię piosenki, które przywodzą mi na myśl różne obrazy. Namiętnie oglądam musicale w Nowym Jorku i chodzę na spektakle kilka razy w miesiącu, więc od razu jak słyszę muzykę, przypominam sobie tę atmosferę: wieczór, Nowy Jork i grupa znajomych. Muzyka, której słucham jest właśnie takim podkładem pod różnego rodzaju wspomnienia.

Dla przeciętnego człowieka wydajesz się być osobą, która osiągnęła w życiu wszystko: prestiżowe pokazy mody, spotkania ze światowej sławy artystami, teraz własna książka. Czy są jeszcze jakieś marzenia, które chcesz spełnić w modelingu lub poza nim?

Jasne, że tak. Mam wrażenie, że przede mną długa droga. Na pewno nie jestem jeszcze panią swojego czasu. Chcę być absolutnie w pozycji decyzyjności - nie chcę mieć 30 lat i martwić się, czy ktoś zabookuje mnie do pracy. To jest ok, ale jako dodatek. Chcę realizować własne projekty, rozkręcić własny biznes. Nie chcę być cały czas na łasce projektanta czy fotografa.

Smutną stroną branży modowej jest to, że praca modelki zaczyna się szybko, ale z reguły też szybko kończy - 30-latki często „idą na emeryturę” i, jak piszesz w książce, szukają bogatych mężów. Jaki jest Twój plan B po zakończeniu kariery modelki - może założenie własnej agencji?

Trudno powiedzieć, bo życie pisze różne scenariusze. Pomysłów na pewno jest tysiące, ale coraz częściej myślę o tym, że może będę działać równolegle z modelingiem z moją siostrą Julią, która właśnie skończyła studia stomatologiczne. Może więc będzie to bardziej jakaś klinika niż agencja modelek. Julia zajmie się stroną medyczną, a ja stroną biznesową.

Wspomniałaś o tym, że Twoja książka zostnanie przetłumaczona na język angielski, być może pojawi się druga część lub ekranizacja. Czy masz już jakieś pierwsze konkretne zapewnienia w tym temacie?

Jest zapewnienie, że książka zostanie przetłumaczona na język angielski i wydana w Stanach Zjednoczonych. Każdy pyta mnie o ekranizację. Myślę, że jak czyta się tę historię, to gdzieś tworzą się w głowie obrazy i nasuwa się myśl, że mógłby to być scenariusz filmowy. Na razie jednak nie myślę aż tak daleko, bo dopiero odbyła się premiera. Cały czas siedzę na Instagramie i odbieram wiadomości od osób, które właśnie przeczytały „Modelkę”. To dla mnie bardzo motywujące. Nie napisałam tej książki, żeby zarobić czy stać się bardziej sławna. Po prostu chciałam się sprawdzić, bo wierzyłam, że to może być fajne czytadło dla młodych dziewczyn i osób, które interesują się modą. Chcę, żeby ta książka odbiła się szerokim echem. A co dalej - zobaczymy.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Zuzanny Bijoch, zajrzyjcie na jej profile na Facebooku i Instagramie:
https://www.facebook.com/bijochzuza/
https://www.instagram.com/bijochzuzanna/

niedziela, 29 października 2017

Rozmowa z Michaliną Robakiewicz

Michalina Robakiewicz jest aktorką znaną z ról Kamili Chojnickiej w „Klanie” i Sandry Chełmińskiej-Gawriłow w „Na Wspólnej”, córką aktorów Macieja Robakiewicza i Adrianny Biedrzyńskiej. Ma również duży talent wokalny, który możemy obecnie podziwiać w serialu „Na Wspólnej” - jej bohaterka pracuje bowiem nad debiutancką płytą. W wywiadzie Michalina opowiada między innymi o swoich aktorskich początkach, miłości do muzyki, podróżach i planach na przyszłość.


Zanim trafiłaś do serialu „Na Wspólnej” przez dwanaście lat występowałaś w „Klanie”, w którym grałaś młodszą siostrę Jerzego Chojnickiego, Kamilę. Pamiętasz swój pierwszy dzień na planie?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie pierwszego dnia. Nie wiem, czy jest to kwestia emocji, które temu towarzyszyły, czy tego, że po prostu było to już bardzo dawno. Początkowo miałam być w serialu tylko na kilka scen i mój wątek nie miał się rozwijać, ale tak wyszło, że zostałam na dwanaście lat.

Generalnie moi rodzice są aktorami, więc od najmłodszych lat bywałam z mamą na planie czy w teatrze i chciałam zostać aktorką lub piosenkarką. Moja mama mi to odradzała, wolała, żebym była prawnikiem. Kiedy więc okazało się, że wystąpię w „Klanie”, byłam bardzo podekscytowana, zwłaszcza, że był wtedy serialem bardzo oglądanym i szanowanym.

Zaczęłaś grać w „Klanie” jako dziecko, skończyłaś jako dorosła dziewczyna. Jak wyglądało to dorastanie na planie z Twojej perspektywy?

Kiedy okazało się, że zostaję na stałe, trzeba było jakoś zacząć łączyć szkołę z pracą. Nie było to szczególnie trudne, ponieważ nie miałam dużo dni zdjęciowych w miesiącu. W podstawówce wszyscy jakoś to akceptowali - starałam się brać ze sobą książki na plan i odrabiać prace domowe. Natomiast „Klan” też starał się dostosować do mnie - jeżeli naprawdę nie mogłam, to nie mogłam i po prostu nie było mnie tego dnia na planie. Zawsze miesiąc wcześniej możemy podać, kiedy jesteśmy niedostępni.

Miałaś to „szczęście”, że nie byłaś główną bohaterką, na początku często pojawiałaś się w tle w czasie wydarzeń rodzinnych Lubiczów.

Tak, na początku faktycznie nie było mnie tak dużo, dopiero później, kiedy Kamila dorastała, a ja wraz z nią, zaczęły się pierwsze wątki miłosne - Kamila miała swojego pierwszego chłopaka Błażeja, którego grał Maciej Chorzelski. Wcześniej była też zbuntowana po śmierci mamy - tak wprowadzono mnie na stałe do domu Lubiczów. Bardzo dobrze wspominam ten czas, zwłaszcza pracę z panią Barbarą Bursztynowicz i panem Andrzejem Grabarczykiem, którzy byli dla mnie na planie jak druga rodzina.

Później Kamila stawała się coraz starsza, tak jak i ja, poszłyśmy do gimnazjum, miałyśmy pierwszych chłopaków. W liceum było ciężej, ponieważ najpierw poszłam do szkoły publicznej, a tam nie podobało się nauczycielom, że opuszczam zajęcia. Na przykład od takiej bardzo sympatycznej pani od polskiego usłyszałam, że każdy umie zamykać i otwierać drzwi w „Klanie”, więc jej to nie interesuje. Tak więc po pół roku przeniosłam się do szkoły prywatnej i tam nie było już problemu z tym, że trochę z moich dni jest zajętych.

Z serialowym mężem Mariuszem Ochocińskim na planie „Na Wspólnej”

Niedawno w mediach pojawiła się informacja, że Twoje rozstanie z „Klanem” nie wyglądało zbyt miło… 

Podczas jednej z relacji live na Instagramie zostałam zapytana, dlaczego odeszłam z „Klanu”. Nigdy tego nigdzie nie mówiłam, bo nie miałam okazji, ani ochoty, ale w sumie dlaczego miałabym o tym nie mówić? Dostałam propozycję od „Na Wspólnej”, czy chcę zacząć grać od jutra. Propozycja nie do odrzucenia, zwłaszcza że 12 lat w „Klanie” to trochę dużo. Oczywiście wiele nauczyłam się na planie tego serialu, ale nie chciałam zostać tam na zawsze.

Nasza współpraca nie zakończyła się jednak zbyt pozytywnie, ponieważ faktycznie produkcji „Klanu” przeszkadzało, że chcę odejść do „Na Wspólnej”. Padła propozycja, że jeżeli chcę, to mogę tam grać w peruce i okularach, jednak nie widziałam powodu, by zgadzać się na tak bezpodstawne warunki. Poza tym jest mnóstwo aktorów, którzy grają w różnych serialach. W „Klanie” padła też teza, że niby moja rola Sandry w „Na Wspólnej” jest identyczna jak Kamilki w „Klanie”, a to są przecież dwa inne światy. Nawet tego nie skomentowałam. W ramach „groźby” wysłano moją bohaterkę do Niemiec, a po pół roku dostałam wiadomość, że zagra mnie inna aktorka.

Rzeczywiście Sandra jest zupełnie inną postacią niż Kamila, a jej wątek prowadzony jest bardziej dynamicznie. Grasz kuzynkę Brunona, która mieszka wraz z nim i jego kumplami w domu studentów. Jak odnalazłaś się na planie „Na Wspólnej” i w tej zgranej studenckiej ekipie?

Na początku byłam bardzo zestresowana, bo jak wspomniałam decyzja o dołączeniu do obsady była bardzo szybka. Faktycznie następnego dnia po otrzymaniu propozycji poszłam na plan, dowiadując się, że będę miała stałą rolę, co było dla mnie wtedy marzeniem. Pierwszą moją sceną do zagrania była scena plenerowa z Michałem Malinowskim, zupełnie wyrwana z kontekstu. Dostałam jedną scenę z odcinka, w którym już jakiś czas minął od mojego dołączenia do studentów, więc totalnie nic nie wiedziałam o mojej postaci. Nie wiedziałam co robię i dlaczego mówię to co mówię, więc byłam trochę w szoku (śmiech). Później dostałam już więcej scenariuszy, wszyscy zdążyliśmy się zakolegować i bardzo szybko przyzwyczaiłam się do nowego planu i nowych ludzi. Chwilę przede mną dołączył Mariusz Ochociński, czyli mój obecny serialowy mąż. Ta nasza rodzina zresztą cały czas się rozrasta.

Czyżby Sandra miała spodziewać się dziecka?

Nic mi o tym nie wiadomo! (śmiech) Mam na myśli to, że dołączyła do nas Ola Radwan, która gra dziewczynę Norberta i Martyna Dudek, która gra dziewczynę Brunona. Coraz więcej się nas wprowadza do tego mieszkania i zobaczymy co z tego wyniknie.

W domu studentów zawsze panuje luźna i zabawna atmosfera. Masz jakąś swoją ulubioną śmieszną historię z planu zdjęciowego? 

Współpraca z Wojtkiem Rotowskim, Mariuszem Ochocińskim, Michałem Malinowskim i Dawidem Czupryńskim to seria wpadek i śmiesznych sytuacji, więc nawet nie potrafię ci powiedzieć, która jest moją ulubioną, bo tam na planie cały czas coś się dzieje. Rzucamy sobie nawzajem żarty, dużo rzeczy sami dopowiadamy poza scenariuszem, a chłopaki zawsze dbają o to, żeby mnie i Kasię Chorzępę (serialową Elizę) rozśmieszyć czy zabawić.


(Foto: Brunon Szczapiński)

Ostatnio z Twoim serialowym mężem Michelem przeżywaliście swój pierwszy poważny kryzys, obecnie zaś nagrywacie razem płytę. Mogłabyś zdradzić, jak potoczą się dalsze losy Twojej bohaterki?

Wiem tylko, że płyta jest w drodze. Walczę o to, żeby utwory, które nagraliśmy, wyszły i były dostępne do ściągnięcia również w prawdziwym życiu. Nakręciliśmy teraz teledysk do nowej, piątej już piosenki. Sceny te zostaną pokazane bodajże pod koniec grudnia albo w styczniu.

Premiera będzie miała miejsce tylko w życiu serialowym, czy również w realu?

Na razie tylko w życiu serialowym.

Nie ukrywam, że byłem zaskoczony Twoim talentem wokalnym, który pokazałaś jako serialowa Sandra. Jak doszło do tego, że Twoja bohaterka dostała muzyczny wątek?

Dwa lata temu na corocznym bankiecie na zakończenie sezonu ktoś miał gitarę i ja trochę śpiewałam. Słyszeli to producenci serialu i powiedzieli mi, że będę śpiewać w „Na Wspólnej”. Potraktowałam to jako żart, aż tu nagle prawie rok później pojawiła się pierwsza piosenka. Michel napisał mi utwór na urodziny i razem go zaśpiewaliśmy. To była jedna scena totalnie nie zapowiadająca jakiegokolwiek nowego wątku. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa i myślałam sobie: „To jest to śpiewanie, o którym mówili”. Kolejny rok później okazało się jednak, że faktycznie specjalnie dla mnie napisano cały wątek związany z karierą muzyczną. Byłam w szoku i kompletnie się tego nie spodziewałam. Zaczęło się nagrywanie kolejnych utworów, a potem jeszcze teledysk. Wow!

Muzyka jest obok aktorstwa moją największą pasją, są to dla mnie zresztą rzeczy mocno ze sobą powiązane. Byłam przeszczęśliwa, że dostałam taką szansę, ponieważ sama chciałabym w pójść w muzyczną stronę. Czekam tylko aż skończę szkołę i na pewno będę to robić. Teraz jestem na III roku studiów, jest troszeczkę luźniej, więc powoli coraz bardziej skupiam się na śpiewaniu.

Twoja miłość do śpiewu sięga czasów wczesnego dzieciństwa - niedawno wrzuciłaś na Facebooka filmik, na którym jako 7-latka śpiewasz w programie Polsatu. Jak wyglądały Twoje pierwsze muzyczne kroki?

Śpiewam od zawsze. Jako czterolatka w hotelach przy śniadaniu dawałam na parapecie koncerty z piosenkami z repertuaru mojej mamy - nie wiem, czy pozostali goście byli szczęśliwi z tego powodu! (śmiech) Często wchodziłam też mamie na scenę. Później brałam udział w programie „Raz, dwa, trzy - śpiewaj ty”, z którego pochodzi wspomniany przez ciebie filmik. Nawet o tym nie pamiętałam. Prowadząc live na Instagramie, jedna z moich obserwatorek napisała mi, że ma taki filmik i może mi pokazać, gdzie go można znaleźć. Później dalej rozwijałam się muzycznie, uczyłam się śpiewać między innymi w teatrze Buffo.


Czyli można powiedzieć, że prywatnie jesteś bardziej podobna do Sandry z „Na Wspólnej” niż Kamili z „Klanu”, chociażby ze względu na miłość do muzyki?

To na pewno! Jestem gdzieś pomiędzy nimi, ale jednak krok bliżej Sandry. Kamila jednak też czasem bywała szalona. Pamiętam jak grałyśmy wspólnie sceny z Agnieszką Kaczorowską - Bożenka była bardziej nieśmiała, a Kamila kupowała sobie na przykład jakąś seksowną bieliznę dla Błażeja.

Wracając do Twoich muzycznych zamiłowań - masz swoich wokalnych idoli i ulubione utwory?

Słucham strasznie różnej muzyki, więc ciężko mi wskazać konkretne piosenki. Z zagranicznych artystów moją wokalną idolką jest na przykład Beyoncé. Ale tak jak mówię, mój gust muzyczny jest bardzo różnorodny.

Wiem, że Twoją pasją są też podróże, a w dzieciństwie miałaś okazję spędzić dłuższy czas w Australii. Jakie jest Twoje ulubione miejsce zagranicznych wojaży? 

Tak, miałam tę wyjątkową okazje odwiedzić Australię, ponieważ moja mama miała tam koncert sylwestrowy dla Polonii, co samo w sobie było wielka przygodą, bo to mój jedyny do tej pory sylwester przy 35 stopniach i pierwsza wigilia spędzona na lotnisku w Singapurze. Mam nadzieję jeszcze kiedyś tam wrócić i zwiedzić większy kawałek, póki co 10 dni spędziłam jedynie w Perth. W ogóle uwielbiam podróżować, chociaż panicznie boję się samolotów, co zdecydowanie jest w tym przeszkodą. Jestem też trochę „amerykańska”, lubię wracać do Stanów i robię to kiedy tylko mam możliwość. Oprócz tego zdecydowanie jestem też fanką Włoch - uwielbiam włoski klimat i jedzenie. W tym roku planuję polecieć do Rzymu, od pół roku uczę się języka włoskiego i już nawet trochę się dogaduję! Bardzo chciałabym też polecieć do Tajlandii.

Obecnie jesteś studentką Warszawskiej Szkoły Filmowej na Żoliborzu. Mogłabyś zdradzić swoje najbliższe plany na przyszłość?

Na pewno chcę zdać egzamin eksternistyczny w ZASP-ie. Będę się też rozwijać muzycznie i mam nadzieję filmowo. Mam nadzieję, że będę miała tę okazję i zaszczyt pracować w zawodzie, ponieważ nie wyobrażam sobie zajmować się czymś innym.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Michaliny Robakiewicz, zaglądajcie na jej oficjalną stronę:

czwartek, 19 października 2017

Rozmowa z Antonim Pawlickim

Antoni Pawlicki jest jednym z najzdolniejszych polskich aktorów młodego pokolenia. Debiutował na deskach Teatru Nowego w Poznaniu rolą Romea w spektaklu „Romeo i Julia”, zaś na wielkim ekranie pojawił się po raz pierwszy w wielokrotnie nagradzanym filmie „Z odzysku”. Sympatię widzów zyskał przede wszystkim rolami Janka Markiewicza w serialu „Czas honoru” oraz komisarza Michała Orlicza w „Komisarzu Alexie”. Grał również w takich produkcjach jak „Katyń”, „Jutro idziemy do kina” i „Big Love”. W wywiadzie Antoni opowiada między innymi o początkach swojej kariery, aktorskich wyzwaniach, podróżach i planach zawodowych.

W Iranie obok budynku zaprojektowanego przez Zahę Hadid

Pochodzisz z rodziny filmowców, jesteś synem operatora, bratankiem producenta filmowego i wnukiem aktorki. Od dziecka wiedziałeś, że chcesz pójść w stronę aktorstwa?

Myśl, żeby zostać aktorem, zrodziła się we mnie jeszcze w szkole podstawowej. Poszedłem do liceum o profilu estradowym, w którym aktor Marcin Sosnowski prowadził warsztaty teatralne. Ta szkoła przygotowała mnie do tego, żeby dostać się później na Akademię Teatralną w Warszawie na Miodowej.

U mnie w domu zawsze panowała opinia, że zawód aktora jest interesujący, a aktorzy mają ciekawe życie. Moja mama fascynowała się teatrem, podziwiała aktorów i prowadzała nas na spektakle. Babcię Barbarę Rachwalską, zapamiętałem jako babcię, a nie jako aktorkę, ponieważ zmarła, kiedy miałem 10 lat. Wiedzę na temat jej życiorysu zawodowego zbadałem dopiero pisząc pracę magisterską.

Z tego co wiem napisałeś tę pracę, bo zaczęło się o Ciebie dopominać wojsko.

Rok po skończeniu Akademii Teatralnej nie mieszkałem już z rodzicami, ale ciągle byłem u nich zameldowany, przez co nie odbierałem wezwań do wojska. Pewnego dnia policja zapukała o szóstej rano do mojej mamy i wręczyła jej pismo z wezwaniem do jednostki i informacją, że jeśli się nie stawię, to zostanę uznany za dezertera. Oczywiście odwołałem się od tej decyzji w Wojskowej Komendzie Uzupełnień na Mokotowie i powiedziano mi, że mam rok na napisanie pracy magisterskiej. Pomyślałem sobie, że może to jakiś rodzaj pójścia na łatwiznę albo nieskromność, ale napiszę ją o mojej babci, bo niewiele o niej wiedziałem. Ludzie ze środowiska aktorskiego mówili o niej wiele dobrego, interesowało mnie też jej podejście do zawodu. Wielu aktorów czuje się niespełnionych i ciągle chce więcej, a ona w sobie tego „chciejstwa” nie miała. Mam marzenie, żeby kiedyś wydać tę pracę magisterską w formie krótkiej biografii, bo warto przypomnieć jej życiorys i dokonania.

Wspomniałeś o tym aktorskim „chciejstwie”, sam miałeś debiut aktorski na III roku studiów główną rolą w filmie „Z odzysku”, nagradzanym na europejskich festiwalach. Miałeś taki moment, że uderzyła Ci sodówka? Koledzy z roku na pewno trochę Ci zazdrościli…

Dostałem za tę rolę nagrodę Najlepszego aktora w Salonikach i Bratysławie, byłem na festiwalach w Toronto, a przede wszystkim film dostał się do oficjalnej selekcji w Cannes, ale sodówka nie mogła mi uderzyć do głowy, bo po „Z odzysku” bardzo długo nie dostawałem kolejnych propozycji. Właściwie huśtawka braku pracy i jej posiadania towarzyszy mi cały czas. Stałą pracę miałem tylko wtedy, kiedy grałem w serialu „Komisarz Alex”, gdzie kręcono jedną serię po drugiej.

Można powiedzieć, że wysłużyłeś swoje jako żołnierz, grając w filmach i serialach historycznych jak „Czas honoru”, „Katyń” czy „Jutro idziemy do kina”. Traktujesz te role jak każde wyzwanie aktorskie, czy też może widzisz w nich przejaw swojego patriotyzmu?

To dobre pytanie. Oczywiście z jednej strony jako aktor traktuję te role jako zwykłe wyzwanie, bo tak musimy do tego podchodzić. Z drugiej jednak czuję, że robienie takich filmów jest bardzo ważne. Wymienione przez ciebie produkcje były wartościowe, więc cieszę się, że mogłem wziąć w nich udział. Jeżeli w jakiś sposób przyczyniły się do budowania świadomości narodowej, to fantastycznie i jestem dumny, że miałem w tym swój skromny udział. Zawsze fascynowałem się historią i uważam, że należy pamiętać o tym, skąd pochodzimy i jaka jest nasza historia.

Akcja BohaterON

Twoja rodzina od pokoleń jest związana z Warszawą, Twój wujek walczył w Powstaniu Warszawskim. Jak tradycja o wydarzeniach z 1944 była przekazywana w Twojej rodzinie?

Moi rodzice są z wykształcenia archeologami, zatem ciekawość historii wyniosłem z domu. Mój brat też jest fascynatem historii i zawsze podrzucał mi różne ciekawe książki do czytania. Jest dla mnie autorytetem, jeśli chodzi o wiedzę historyczną. Musimy mieć świadomość, że historia może być manipulowana i interpretowana w różny sposób. Trzeba umieć na podstawie zebranej wiedzy wyrobić sobie własne zdanie na jej temat, a nie tylko polegać na zdaniu innych ludzi.

Mój wujek walczył w Powstaniu, po wojnie wyemigrował do Anglii i mieszka na stałe w Londynie. Pochodził z biednej praskiej rodziny, cała rodzina zginęła w czasie wojny, więc nie miał za bardzo do czego wracać. Zawsze jednak pamięta, że jest Polakiem i co roku przyjeżdża na obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Spotkania z nim są dla mnie bardzo wartościowe. Bardzo ważne jest, abyśmy rozmawiali z naszymi dziadkami, bo ich bezpośrednie relacje na temat przeszłości są najbardziej interesujące.

Sam zaangażowałeś się w akcję BohaterON, w której młodzi ludzie wspierają bohaterów Powstania Warszawskiego, wysyłając im kartki.

To jest niewątpliwie bardzo fajna akcja, która może być pożyteczna dla obu stron. Myślę, że nawet bardziej dla osób, które te kartki wysyłają. Od tamtych pokoleń możemy się uczyć kindersztuby, skromności i szacunku. Jestem świeżo po lekturze fenomenalnej książki Jana Nowaka-Jeziorańskiego „Kurier z Warszawy”. Uważam, że każdy powinien ją przeczytać, zwłaszcza jeśli interesuje się tematem Powstania Warszawskiego. Pokazuje ona tragizm sytuacji, w jakiej znalazła się Armia Krajowa w czasie Powstania oraz pokazuje jak Polacy są niepokorni i potrafią zdobyć się na czyny, które zapisują się na kartach historii całego świata.

Twoje role niejednokrotnie wymagały od Ciebie metamorfoz i przemian, przykładem może być postać Jerzego Ficowskiego w „Papuszy”. Które z tych aktorskich wcieleń były najbardziej wymagające?

Postać Ficowskiego niewątpliwie była dla mnie sporym wyzwaniem. Musiałem wcielić się w rolę człowieka obdarzonego ogromną wiedzą, dużo mądrzejszego niż ja (śmiech). Oddanie charakteru tej postaci, jej wrażliwości i intelektu, wymagało ode mnie dużego poświęcenia. W „Jutro idziemy do kina” miałem z kolei do zagrania rolę chłopaka, który jest przestraszonym intelektualistą, nie chce iść do wojska i zostaje lekarzem. Wymyśliłem sobie, że zagram go w okularach, które dodadzą mi fajtłapowatości. Na drugim biegunie mogę postawić na przykład film „Drzazgi”, gdzie musiałem zagrać kibica Górnika Zabrze. Świat kibiców jest mi kompletnie obcy, a piłką nożną nie interesuję się w ogóle. Wiele wysiłku wymagał ode mnie również film „Big Love”, w którym grałem chłopaka, który zabija swoją dziewczynę. Im więcej muszę od siebie wymagać, żeby zbudować rolę, tym bardziej mnie ona fascynuje.

Czyli można powiedzieć, że aktorstwo uczy Cię empatii i zrozumienia dla różnych ludzkich odmienności?

To prawda. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma w sobie wszystkie kolory. Nasze życie i wychowanie kształtuje jacy jesteśmy, ale tak naprawdę każdy człowiek może być i mordercą, i poetą. Aktor zmusza się do wewnętrznych poszukiwań tych innych barw, bo przecież nadal jestem sobą, grając jakąś postać. Masz rację, że aktorstwo uczy zrozumienia różnych postaw. Z podwórka wyniosłem, że nikt nie lubi policjantów, a przygotowując się do roli w „Komisarzu Alexie”, miałem okazję poznać życie policjantów kryminalnych z Łodzi i przestałem już mówić takie bzdury. To są ludzie, którzy cały czas żyją w totalnym stresie i konflikcie. Nabrałem do ich pracy dużego szacunku.

Na planie filmu „Legiony”

Na pewno szacunku do innych kultur uczą Cię też podróże, a wiem, że bardzo lubisz zwiedzać świat. Miałeś już okazję być w Afryce, Azji, Ameryce i różnych częściach Europy. Masz swoje ulubione miejsce, „raj na ziemi”, który odkryłeś?

Miejscem, które bardzo pokochałem, są Indie, będące kompletnie inną planetą niż Europa i świat zachodni. Są też miejscem, w którym większość ludzi żyje dniem dzisiejszym. Jeżeli podróżuje się po tym kraju samemu i mądrze, to Indie okazują się krajem, w którym można robić wszystko. Hindusi mają mnóstwo pomysłów na to jak żyć. Ostatnim moim fenomenalnym odkryciem jest Iran, którego kultura perska obfituje w bogactwo architektury i sztuki. Ludzie są niebywale mili i kulturalni - nigdzie na świecie czegoś takiego nie spotkałem. Oczywiście w naszych głowach pokutuje stereotyp, że Iran to niebezpieczny kraj fanatyków religijnych, ale prawda jest taka, że takie myślenie to stek bzdur. To jedno z miejsc, w których czułem się najbezpieczniej. Na pewno kiedyś tu wrócę. Zarówno Iran jak i Indie fascynują mnie również pod względem ogromnego bogactwa przyrodniczego.

Wziąłeś udział w programie „Azja Express”, w którym gwiazdy podróżują przed kamerami po Indiach za dolara dziennie, wykonując przy tym różne dziwne i zabawne zadania. Skąd pomysł, aby dołączyć do tego projektu?

Jako dziecko byłem harcerzem i od zawsze lubiłem grę w podchody, więc jak zaproponowano mi grę w podchody w Indiach, to pomyślałem, że warto się skusić (śmiech). Nie będę ukrywał, że jest to też jakiś rodzaj pracy, bo w końcu nam za to płacą. Troszkę żałuję, że ten program skupia się głównie na naszych wzajemnych relacjach, a mało opowiada o naszym kontakcie z mieszkańcami Indii. Jeździliśmy najróżniejszymi środkami lokomocji, autobusami wypełnionymi bosymi ludźmi z workami z jęczmieniem między nogami, wpatrzonymi w telewizor, na którym leciał bollywoodzki teledysk. My zaś z uśmiechem z nimi tańczyliśmy. Bardzo wartościowe było też dla mnie w programie to, że zmuszał nas do mieszkania w prywatnych domach. Z jednej strony nigdy nie podróżuję z biurami podróży, ale z drugiej podczas wycieczek zazwyczaj zatrzymuję się w tanich hotelach. W „Azja Express” naprawdę musieliśmy wejść w prywatne życie obcych osób.

Wiedziałem jednak, że biorę udział w show, dlatego wziąłem ze sobą Pawła Ławrynowicza, z którym już wcześniej dużo podróżowałem po Indiach i wiedziałem, że sprawdzi się w trudach podróży, ale zarazem jest facetem, który mówi to co myśli i może budzić pewnego rodzaju kontrowersje.

Z Pawłem Ciołkoszem, z którym występuje w spektaklu „Matki i synowie”

Wspomniałeś o oglądaniu w Indiach bollywoodzkich teledysków, sam wystąpiłeś w dwóch polskich, do piosenki Izy Lach „Chociaż raz” i zespołu Syrop „Młynek”. Jaka muzyka siedzi w Twojej głowie?

Występy w tych teledyskach to były z mojej strony raczej koleżeńskie przysługi. W zespole Syrop jest mój kumpel z liceum czyli Igor Seider, a reżyserem operatorem teledysku Izy Lach był z kolei mój drugi kolega. Co do ulubionej muzyki, jadąc na wywiad, słuchałem Radiohead. Na co dzień słucham jednak najróżniejszych utworów, od Charliego Hadena i Stana Getza do Metalliki. Czasem lubię jazz, czasem cięższe brzmienie. Muszę przyznać, że podoba mi się też muzyka elektroniczna i house - jestem stałym bywalcem na Audioriver Festival w Płocku. Nie jest więc tak, że jestem przywiązany do jednego gatunku.

W przyszłym roku w kinach ma się pojawić film „Legiony”, w którym grasz jedną z głównych ról. Jakie są Twoje najbliższe aktorskie plany?

„Legiony” są na razie w fazie realizacji - pewna część zdjęć już się odbyła, niedługo będzie kolejna. Prawdopodobnie film ukaże się w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Teraz w listopadzie zapraszam z kolei na spektakl „Polowanie na łosia”, który będziemy grać w Teatrze IMKA w Warszawie. Tekst Michała Walczaka z doborową obsadą: Piotr Cyrwus, Leszek Lichota, Grażyna Wolszczak, Agnieszka Więdłocha i ja. Groteska, dużo śmiechu, ale mądre, bo opowiadające o tym, jak bardzo w wieku 30 lat jesteśmy jeszcze niedojrzali.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Antoniego Pawlickiego i jego aktorskich planów, zachęcam do śledzenia oficjalnej strony aktora:

środa, 18 października 2017

Rozmowa ze Stanisławem Karpielem-Bułecką

Stanisław Karpiel-Bułecka jest pochodzącym z Zakopanego piosenkarzem, który od 2011 jest liderem zespołu Future Folk. Wcześniej przez wiele lat zajmował się narciarstwem freestylowym, wygrał między innymi Polish Freeskiing Open w Zieleńcu w 2005. Obecnie możemy go oglądać w programie „Azja Express”, w którym wraz z kolegą z zespołu Szymonem Chycem-Magdzinem podróżuje po Sri Lance i Indiach. W wywiadzie Stanisław wspomina swoją karierę narciarską, opowiada o muzyce i udziale w „Azja Express” oraz zdradza swoje plany na przyszłość.


Zanim zostałeś wokalistą, zawodowo zajmowałeś się narciarstwem freestylowym. Jakie były Twoje największe sukcesy z tamtych lat? 

Moja pasja do narciarstwa zaczęła się w 1997. Pamiętam moje pierwsze narty freestylowe, które w Polsce wyglądały wtedy jak narty do nauki - były zagięte z tyłu, co nas zawsze denerwowało. W którymś momencie ktoś zobaczył, że dobrze sobie radzę i tak się zaczęła moja przygoda z międzynarodowym teamem Völkla, gdzie przez kilka lat jeździłem jako jedyny Polak. To było chyba moim największym sukcesem w tamtych czasach. Później zaczęły się zawody w Polsce. Na początku wyglądało to jak partyzantka - każdy robił to, co umiał. Sędziowie oceniali jak chcieli i kogo lepiej znali, temu dawali lepsze noty. Dopiero później świadomość sportu się rozwinęła. W 2005 wygrałem swoje pierwsze Polish Freeskiing Open w Zieleńcu, wtedy jeszcze nieoficjalne mistrzostwa Polski (od kilku lat mamy już oficjalne - początkowo w Zakopanem, teraz w Białce). Ostatni raz startowałem w PFO jakoś w 2011 na Harendzie i nawet dostałem się do finału - stary wyjadacz dał sobie radę. Potem poszedłem w stronę muzyki.

Obecnie ta dyscyplina przeżywa kryzys. Przez lata marzyliśmy o miejscach do trenowania, a kiedy już powstały, to brakuje chętnych osób, żeby z nich korzystać.

Od kilku lat narciarstwo freestylowe jest dyscypliną olimpijską. Żałujesz, że nie udało Ci się załapać na olimpiadę? 

Zawsze jest jakiś lekki żal, ale z wiekiem pojawiają się inne priorytety. Teraz to rodzina i muzyka są najważniejsze. Mogę jednak tę pasję dalej kontynuować bez stresu związanego z zawodami. Im człowiek młodszy, tym mniejszy ma rozum i przez to może więcej, dlatego ci najmłodsi są najlepsi. Próbowałem łączyć narciarstwo i muzykę ze sobą, ale dzisiaj nie chcę ryzykować, bo przecież beze mnie na scenę nie wyjdą. Rok temu po trzech latach poszedłem skakać do snowparku i znów poczułem się tak jakbym miał 15 lat. Całkiem nieźle mi poszło - skakałem do tego nad moim synem, który miał trzy-cztery miesiące i był w wózku pod skocznią, więc zrobiliśmy naprawdę fajne zdjęcia. Oprócz tego zajmuję się też skitouringiem, chodzeniem na nartach po górach. Mój syn, mając trzy miesiące, był ze mną na samej górze na Kasprowym na nartach w specjalnym wózku, w którym ciągnę go za sobą. To jest piękne, że możemy całą rodziną uczestniczyć w tego typu sportach.

Muzyka zespołu Future Folk, jak sama nazwa wskazuje, łączy tradycję z nowoczesnością. Jak inni górale przyjmują waszą muzykę - bywacie krytykowani przez tak zwanych ortodoksów? 

Powiem ci szczerze, że nie zastanawialiśmy się jak naszą twórczość przyjmą inni górale. Szliśmy za głosem serca i robiliśmy wszystko tak jak nam serce podpowiadało. I o dziwo, na naszym pierwszym koncercie w Zakopanem chyba nawet ortodoksom się podobało. Każdy znajdzie w tej muzyce coś dla siebie - jak ktoś chce góralszczyznę, to ma góralszczyznę, jak ktoś chce muzykę taneczną czy klubową, to też ją u nas znajdzie. Nasza muzyka podoba się zarówno ludziom młodym, jak i starszym. Nastawialiśmy się na występy w klubach, ale tak naprawdę gramy więcej plenerów.

Góralszczyzna ma to do siebie, że może być mieszana z bardzo wieloma gatunkami. Mój ojciec ze Zbigniewem Namysłowskim łączył muzykę jazzową z góralszczyzną. My łączymy góralszczyznę z elektroniką - ta luka była jeszcze w muzyce niezapełniona.


Czujesz się trochę ambasadorem góralskiej kultury? Przybliżasz ją szerszej publiczności. 

Myślę, że ludzie, którzy słuchają nas na koncertach, czują, że gramy co nam w duszy gra. Widzimy jak niektórzy przychodzą nawet trzydziesty raz na nasz koncert i dalej wracają, bo im się to podoba i ich nie nudzi, może też dlatego, że nie ma nas non stop w radiu. Góralską muzykę albo się kocha, albo nienawidzi. My podaliśmy tę muzykę w wersji dla młodzieży, żeby pokazać, że w takim anturażu też może być super.

A zdarzają się jakieś szalone sytuacje na scenie lub z fanami? 

Nieraz spadły głośniki ze sceny, a jak graliśmy w Stanach, to imprezy kończyły się na stołach - ludzie są tam głodni góralskiej muzyki. Sytuacje bywają przeróżne i naprawdę nieraz jest zaskakująco, ale my mamy do tego dystans. Jesteśmy dla ludzi i z każdym umiemy sobie pogadać. Mamy chyba dar od Boga, który pozwala nam się odnaleźć w każdym towarzystwie.

Twój ojciec i stryj są utalentowanymi skrzypkami. Nie chciałeś również nauczyć się grać na tym instrumencie? 

U nas w zespole Future Folk każdy robi co innego - ja śpiewam, Szymon Chyc-Magdzin to drugi wokal, skrzypce i instrumenty pasterskie, a Matt Kowalsky muzyka elektroniczna. Próbowałem grać na skrzypcach, miałem fajną nauczycielkę, ale przez dwa lata uczyła mnie trzymać smyczek i przez to mi się znudziło. Jakbym od razu zaczął grać z muzykantami, to na pewno bym grał, bo miałem do tego smykałkę. Trochę żałuję, ale dzisiaj śpiewam, mam swój zespół. Gardło to też instrument, z tym że nie kupimy go na Allegro i trzeba na niego uważać. Nie gramy z playbacku, a człowiek nie jest niezniszczalny - zdarzają się choroby, a śpiewać trzeba. Na razie jednak jeszcze góralskie gardło wytrzymuje.


Jak zatem dbasz o to, aby to góralskie gardło było w jak najlepszej kondycji - masz swoje techniki? 

Chodziłem na śpiew, uczyłem się technik od różnych ludzi, ale prawda jest taka, że im więcej grasz i śpiewasz, tym jest lepiej. Oczywiście zawsze trzeba się rozgrzać przed koncertem - tak jak przed treningiem, żeby nie złapać kontuzji. Śpiewamy kawałki wysoko, mamy wysokie tonacje, więc tym bardziej jest to potrzebne. Bynajmniej nie rozgrzewamy tego alkoholem, jak niektórzy myślą, bo alkohol akurat bardzo szkodzi na wokal. Jedynym dobrym trunkiem na śpiewanie jest lampka czerwonego wina, która bardzo nawilża gardło.

I dodaje też pewnie odwagi… 

Tak. Niby wiemy z czym to się je, ale zawsze jakiś stres i trema są. To jednak taki stres, który motywuje do działania, a nie chora trema, która cię przerasta.

Muzyczna tradycja w Twojej rodzinie sięga dziadka, kontynuowali ją przed Tobą Twój ojciec i stryj. Myślałeś o jakimś wspólnym rodzinnym projekcie? 

Fajnie, że pytasz, bo właśnie w tym roku o tym pomyślałem. Niedługo będzie można nas zobaczyć w TVN-ie przy akcji w ramach fundacji Nie jesteś sam. Na koniec specjalnego koncertu zagramy góralskie kolędy. Na scenie pojawią się ze mną Szymek z zespołu, a z rodziny siostra cioteczna i cioteczny brat. W przyszłości chcę też coś nagrać z tatą. Występuję również w super projekcie kolędowym Ani Rusowicz, która zaprosiła do współpracy dwunastu artystów (m.in. Marek Piekarczyk i Czesław Mozil), jak dwunastu apostołów. Płyta powstała w zeszłym roku i jest to projekt, którego na polskim rynku jeszcze nie było - kolędy bigbitowe. Nazywa się to „RetroNarodzenie”. Coś fantastycznego, wybitni artyści polskiej sceny muzycznej, którzy robią naprawdę kawał dobrej roboty. Cieszę się, że mogłem z nimi stanąć na jednej scenie. Sprawdzajcie na stronie Ani Rusowicz kiedy gramy i zobaczycie, że na kolędach może być taki czad, że się w głowie nie mieści!


Obecnie możemy Cię oglądać w programie „Azja Express”, do którego zaprosiłeś swojego kolegę z zespołu Szymona Chyca-Magdzina. Dostrzegasz jakiekolwiek podobieństwa między kulturą azjatycką a polską, czy rzeczywiście są to dwa różne światy? 

To są kompletnie różne światy, aczkolwiek jak pokazałem się w kierpcach, to chcieli mi je wziąć, bo trochę pasowały do ich regionalnego stroju - zupełnie innego, ale kolorowego jak nasz góralski.

Jak wspominasz Sri Lankę, a jak Indie? Chciałbyś wrócić do któregoś z tych krajów?

Sri Lanka całkowicie różni się od Indii - zielony kraj i piękne plaże. Były też góry, więc momentami czuliśmy się jak u siebie w domu. Ta podróż była tym bardziej fascynująca, że mieszkaliśmy u zwyczajnych ludzi i pomagali nam najbiedniejsi. Później przeskok do Indii, w których panuje prawdziwy syf - ludzie żyją tam otoczeni śmieciami. To zarazem kraj dużych skrajności, bo jechałeś 30 kilometrów dalej i byłeś w przepięknym parku narodowym.

Myślę, że wrócę kiedyś na Sri Lankę, bo mieszka tam człowiek, który bardzo nam pomógł. Po sześciu godzinach szukania noclegu przyjął nas do swojego domu jak własnych synów i napiliśmy się z nim poważnych trunków, bo to również ważny element tamtejszej gościnności. Jego dom był podzielony na pół - połowę domu zajmowały psy, którymi się opiekował. Jako coach i trener tenisa nastawił nas pozytywnie do walki. Historia w programie sama się napisała - odpadliśmy w 4. odcinku, ale udało mi się wrócić w nowej parze. Sami nie wiedzieliśmy, że coś takiego jest możliwe.

Dementujesz tym samym plotki, jakoby program był ustawiony...

Każdy myśli, że gwiazdy jadą, śpią w hotelach i mają jedzenie, a to nieprawda. Mamy tylko wodę i musimy sobie radzić sami. Operator, chociaż cię uwielbia, ma kamienną twarz do końca i za to też ich podziwiam. Powinien być jeden odcinek programu poświęcony operatorom, bo to są prawdziwi komandosi. Biegają z dużymi profesjonalnymi kamerami, ryzykując swoje zdrowie. Na przykład nasz operator skończył w karetce, bo przy bieganiu przez miasto w temperaturze 50 stopni po prostu się odwodnił. Niejednokrotnie przy wywrotkach kamery poszły w piach. Dobrze, że nie przejechały nas samochody, bo różnie mogło się skończyć. Mało tego musieliśmy znajdować taki transport, żeby zabrać operatora ze sobą, co było dodatkowym wyzwaniem.

Masz jakąś swoją ulubioną sytuację z programu? 

Wielu fantastycznych zdarzeń z braku czasu nie zobaczycie w programie. Między innymi tego, że na Sri Lance spotkaliśmy Polaków z Bielska Białej, bardzo dobrych znajomych moich przyjaciół. Później spotkaliśmy z kolei fantastyczne Francuzki - okazało się, że we Francji jest już jedenasta edycja „Azji Express”, więc wiedziały o co chodzi i kazały zatrzymać się kierowcy, żeby zawiózł nas do mety. Śpiewaliśmy z nimi „Aux Champs-Elysées” i graliśmy, bo poza kierpcami mieliśmy też skrzypce i piszczałkę. Wszędzie, gdzie nas przyjmowano, były tańce góralskie i śpiewy. W pierwszym odcinku pokazano, jak przyjęła nas kobieta z dziećmi. Okazało się, że jej mąż jest DJ-em i chciał nas zabrać na dyskotekę. Trafił swój na swego. Baliśmy się jednak, że już nie wrócimy po niej do Polski (śmiech).

W programie pokazaliśmy jacy naprawdę jesteśmy i nie różnimy się niczym od tego, co było w telewizji. Zresztą tam nie dało się udawać. W pewnym momencie zapominasz o kamerach, robisz tylko swoje i walczysz. Wydaje mi się, że nikt nikomu nie podkładał kłód pod nogi, co też dla programu nie było dobre, bo najlepiej by było, jakby była awantura i bitka. Proponowano mi już udział w pierwszej edycji, ale miałem wiele wątpliwości. Ostatecznie przekonała mnie moja koleżanka Izolda Sanetra. Zawsze myślałem o „Agencie”, że tam lepiej dałbym sobie radę, ale dzisiaj dziękuję Bogu, że byłem w „Azji”. To co zobaczyłem i przeżyłem, to moje.


„Azja Express” nie była pierwszym programem TVN, w którym brałeś udział - mogliśmy Cię wcześniej oglądać w „Wipeout - Wymiatacze” i „Tańcu z Gwiazdami”. 

Zaczęło się od „Wipeout - Wymiatacze”, później zauważyli mnie producenci i poszedłem do „Tańca z Gwiazdami”. Ja zawsze na to mówię „Taniec z Gazdami”. W „Wipeout” poznałem fantastycznych ludzi, zresztą w ostatnim czasie spotkaliśmy się wszyscy po siedmiu latach i mimo upływu czasu śruba w głowie została ta sama. To były rzeczy, które zostaną mi w głowie do końca życia.

Programy, w których brałeś udział, wymagały od Ciebie dużej sprawności fizycznej. Jakie są Twoje ulubione sportowe aktywności poza wymienionymi już narciarstwem i skitouringiem? 

Sport odgrywa w moim życiu bardzo dużą rolę. Muszę trenować minimum cztery razy w tygodniu, bo jak zawsze powtarzam, mam „pieprz w tyłku”. Wynika to z mojej grupy krwi „0” - kiedyś czytałem o niej, że jak nie będzie się nic robić, to człowieka roznosi energia. Fajnie, że tę energię mogę roznieść na treningach i rzeczywiście codziennie trenuję crossfit, który zastąpił mi chodzenie na siłownię. Sport bardzo mi pomógł w programach „Wipeout” i „Azja Express”, chociaż w wielu konkurencjach w „Azji” bardziej było potrzebne szczęście niż tężyzna fizyczna.

Masz w sobie dużo pozytywnej energii i chęci do czerpania z życia pełnymi garściami. Czerpiesz tę energię właśnie z gór? 

Taką mam naturę i jestem przekonany, że ma to związek z moim pochodzeniem. Jak wstajesz rano w Zakopanem i widzisz te góry, to zupełnie inaczej patrzysz na świat. Od sześciu lat mieszkam w Warszawie, ale potrafię pojechać w góry nawet na trzy godziny. Wyjeżdżam o 4 rano, żeby złapać tę energię i trochę oddechu, i wracam z powrotem. Mogę sobie na to pozwolić, bo nie mam typowej 8-godzinnej pracy biurowej. Lubię podróżować, dlatego na koncerty po Polsce jeździmy sami - jesteśmy zespołem ekonomicznym.

Mógłbyś na zakończenie zdradzić nam swoje plany na przyszłość? 

Mamy już zaplanowanych dużo koncertów na przyszłe lato, a jeszcze w tym roku będzie nas można zobaczyć na Wembley i koncert ten będzie transmitowany na żywo w telewizji. Wystąpimy też na imprezie sylwestrowej. Znów będziemy się mogli pokazać od strony artystycznej, a nie biegania po krzakach i rywalizacji między teamami. Zamierzamy wydawać kolejne single, z których na pewno powstanie nasz trzeci album. Kończę też moje największe marzenie, czyli własny dom i pensjonat rodzinny w centrum Zakopanego przy Krupówkach. Wracam na Podhale i chcę tam zostać do grobowej deski.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Stanisława Karpiela-Bułecki i Future Folk, zaglądajcie na oficjalne strony jego i jego zespołu:
http://www.futurefolk.eu/
https://www.facebook.com/Stanisław-Karpiel-Bułecka-210511178998345/
https://www.facebook.com/pg/futurefolk/