wtorek, 28 czerwca 2016

Rozmowa z Andrzejem Tucholskim

Bloger Andrzej Tucholski od kilku lat doradza swoim czytelnikom jak umiejętnie zarządzać czasem i realizować się w życiu najlepiej jak to możliwe. Sam prowadzi szereg rozmaitych aktywności - komentuje gry i zjawiska internetowe, przeprowadza wywiady z inspirującymi go ludźmi, dzieli się swoimi przeżyciami z podróży po świecie. Jego ogromny wysiłek został doceniony szeregiem wyróżnień - Andrzej znalazł się między innymi na sporządzonej przez blogera Kominka liście najbardziej wpływowych blogerów w Polsce, a jego strona na listach najlepiej rozpoznawalnych i kojarzonych blogów w Polsce. W wywiadzie Andrzej Tucholski opowiada o swojej przygodzie z blogowaniem, studiowaniu za granicą, miłości do kawy, fascynacji psychologią… Oraz o wielu innych rzeczach, bo z takimi ludźmi jak on można rozmawiać dosłownie o wszystkim. Zapraszam do lektury!


Wystartowałeś ze swoim autorskim blogiem w 2009, ale już wcześniej prowadziłeś działalność internetową. Jak wyglądały początki Twojej przygody z blogowaniem? Z tego co wiem zaczęło się od małego kłamstwa dotyczącego Twojego wieku…

Dzięki Bogu dawno temu w internecie nie za bardzo pytano się o wiek, a nawet jeśli cię pytano to nikt nie mógł tego zweryfikować. Po prostu byłem aktywnym użytkownikiem stron i społeczności, które mnie ciekawiły. Zdarzyła się taka sytuacja, że w społeczności „Anime Worlds” (już nieistniejąca strona poświęcona anime, mandze i japońskiej kulturze) był nabór na redaktorów – ostatecznie zostałem jednym z jej głównych administratorów. Część ludzi chyba wiedziała ile mam lat, ale większość ekipy była święcie przekonana, że mam minimum dwadzieścia parę, a wtedy miałem bodajże trzynaście. Bardzo szybko nauczyłem się pisać w taki sposób, żeby nikt się nie skapował ile mam lat, co troszeczkę szybciej pozwoliło mi dojrzeć jeśli chodzi o rozumowanie.

Cechą charakterystyczną młodych ludzi, którzy piszą jest to, że oni wiedzą wszystko, a ja zauważyłem, że mile widziane jest właśnie takie patrzenie z większą dozą pokory i wątpienia w swoje siły. Oczywiście wychodziło mi to różnie, bo byłem za młody, by rozumieć na czym polega prawdziwa pokora, ale się starałem. Z „Anime Worlds” przeszedłem do jeszcze jednej strony, tym razem poświęconej fantastyce. Potem stałem się aktywny w społeczności portalu o grach wideo Gram.pl – tam siedziałem na forach i zacząłem pisać bloga, bo była taka możliwość. Kolejny projekt był już mój własny, na mojej domenie – był to blog o grach wideo założony razem z moim przyjacielem w marcu 2009. W sierpniu tego samego roku założyłem z kolei bloga, którego mam do dziś.

Ten Twój blog ewoluował na przestrzeni siedmiu lat. Najpierw pisałeś głównie o kulturze, a obecnie dotyczy on strategii projektowania życia. Jak wyglądała ta przemiana i jak została przyjęta przez Twoich czytelników?

Zmiana została przyjęta bardzo dobrze. O tym się niewiele się mówi, ale po pierwsze mniej więcej co dwa lata 95% twoich czytelników to nowe osoby. Bardzo rzadko ktoś cię czyta dłużej niż dwa lata w internecie. Oczywiście jest jakaś grupa „pewna”, która czyta cię powiedzmy pięć lat – dziesiątki, setki lub tysiące, jeśli masz szczęście, ale to jest mega mała grupa. Po drugie jak blogujesz o jakimś konkretnym temacie drugi, trzeci i czwarty rok, ludzie zaczynają być powoli ciekawi ciebie. Dlatego duże pomysły na rebranding, zmianę tematu czy motywu przewodniego, kiedy robisz szczerze to co lubisz, zostaną zrozumiane przez twoją społeczność. Oczywiście pewna grupa ludzi sobie pójdzie, w moim wypadku była to spora grupa, ale odchodząc pisali mi fajne maile w stylu „Andrzej, dzięki za wiele lat miłej przygody – to nie jest temat dla mnie, ale mam nadzieję, że będzie ci się wiodło". To jest zdrowe, miłe, nie mam nic poza fajnymi wspomnieniami.

Starasz się utrzymywać stały kontakt ze swoimi czytelnikami poprzez takie inicjatywy jak „Tajemna Lista” i „Sekretna Kawiarnia”. Na czym dokładnie polega ta Twoja integracja z odbiorcami?

Głęboko wierzę w rozdział technologii od relacji międzyludzkich. Zakładam newsletter, jest on pewną formą komunikacji, gdzie ktoś się może zapisać, potem wysyłam maile, ale to jest coś o czym ja muszę myśleć. To moje zmartwienie wiedzieć jak to działa. Nie muszę jednak dawać tej drugiej osobie opowieści technologicznej: „O, wysyłam do ciebie wiadomość w newsletterze, który działa tak a tak”. Pomyślałem, że w zamian mogę dać odbiorcom pewną opowieść – dlaczego nie mogę mówić, że wysyłam sowy z listami? Wszyscy wiedzą, że to jest z przymrużeniem oka. Blogerzy na Zachodzie mają newsletter, a ja chcę mieć „Tajemną Listę” – włączyły mi się mocno klimaty „Harry’ego Pottera”. Uznałem, że to będzie zabawne. Najprościej mówiąc „Tajemna Lista” jest moim newsletterem, a „Sekretna Kawiarnia” jest grupą na fejsie. Panuje tam zabawny klimacik, mamy swoje własne powiedzonka – fajnie to działa.


Jednym z ciekawszych aspektów Twojego bloga są niewątpliwie opisy Twoich niezwykłych podróży. Pół roku studiowałeś w Porto w Portugalii, a niedawno wróciłeś z konferencji w Amsterdamie.

Miałem przyjemność zobaczyć sporą część świata, chociaż po raz pierwszy opuściłem granice Polski dosyć późno. W liceum duża część moich znajomych była już w Alpach na nartach, w Egipcie i innych odległych miejscach, a ja najwyżej w Gdańsku lub w Zakopanem. Miałem jednak to szczęście, że poprzez blogowanie te podróże w ostatnich latach jakoś tak „wybuchły” – byłem w masie różnych miejsc.

A którą z tych podróży wspominasz najlepiej?

Przez długość najbardziej wspominam Porto, gdzie studiowałem i gdzie zmieniło się bardzo moje podejście do życia. Bardzo dobrym pomysłem dla młodych ludzi jest pomieszkać za granicą miesiąc-trzy, żeby poznać trochę tę kulturę, a nie siedzieć tylko w hotelu. Oczywiście najlepiej spędzić tam cały rok. Daje ci to sporo pokory, ale zauważasz też jak wiele problemów jest wydumanych, gdy obserwujesz je z odległości na fejsie. Ludzie panikują na jakiś temat, a ty siedzisz sobie x kilometrów dalej i to jest takie „Boże, o co stres?”.

W jakim stopniu studia w Portugalii różnią się od studiowania w Polsce?

Bardzo. Portugalia nie ma jakiejś fantastycznej edukacji, nie jest jak Oxford. Bardzo mi się podobało, że dla wielu wykładowców wykładanie jest czymś dodatkowym. Koleś ma dwie firmy i wykłada albo jest w radzie miasta i wykłada. Raczej nie ma tylko zawodowych wykładowców. Niektórzy pracują tylko naukowo, ale to są pracownicy naukowi, a nie wykładowcy w pełnym tego słowa znaczeniu. Ci ludzie są praktykami. Drugą ciekawą i zabawną sprawą jest to, że w Portugalii bardzo przymyka się oko na kwestie związane z alkoholem – oni lubią swoje wino. Między innymi małe wino albo słabe piwo można było dostać w kawiarni uniwersyteckiej (takiej naszej mesie). Mieliśmy takiego fantastycznego profesora, który uczył nas biznesu i którego zawsze po zajęciach mogliśmy spotkać jak siedzi sobie na browarku na terenie uniwersytetu. Można było do niego podejść i pogadać. Był z nami na „ty” – tam jest bardzo duży luz w relacjach profesor-uczniowie. Było to bardzo przyjemne doświadczenie.

Skoro mowa o napojach… Jesteś wielkim zwolennikiem kawy, byłeś nawet przez pewien czas blisko związany z Costa Coffee. Mógłbyś opowiedzieć coś więcej na temat tej współpracy?

Kiedy Costa przeprowadzała finał rebrandingu w Polsce, żeby stać się Costą, a nie Coffee Heaven, to zaprosiła blogerów do różnych części tej kampanii. Miałem przyjemność być w dwóch czy trzech takich kampaniach – jedną z nich był wspólny wyjazd do Londynu i zwiedzanie palarni kawy Costy na ulicy Old Paradise Street koło stacji Waterloo, która notabene jest w każdej kawiarni pokazana na mapach. Mogłem zrealizować się mocno jako osoba kochająca kawę. Spotkałem człowieka, którego język ubezpieczono na dwa miliony funtów, bo jest jednym z najważniejszych języków kawowych na świecie. „Język” kawowy to taki ktoś jak „nos” w perfumach – jest w stanie nazwać o wiele więcej smaków niż przeciętny człowiek. Było dla mnie ogromnym zaszczytem, że mogłem go poznać i spróbować kawy flat white, którą dla mnie zrobił.


Miałeś też okazję przeprowadzić z nim wywiad. Na Twoim blogu możemy odnaleźć wiele ciekawych rozmów z niezwykłymi ludźmi, między innymi z Jerzym Owsiakiem czy ostatnio z Ryanem Holidayem, autorem książki „Ego is the Enemy”. Jak przygotowujesz się do tych wywiadów?

Przeprowadzam wywiady z ludźmi, których śledzę od dawna, lubię, znam i którzy w pewien sposób mi imponują. U mnie to przygotowanie nie jest znowu tak rozbudowane, bo mam na wstępie dużą wiedzę na temat tej osoby. Inną historią są wywiady, które przeprowadzam dla SWPS w ramach cyklu „Można”. Ten cykl jest jednym z najlepszych tego typu cyklów w internecie. Kanał youtubowy SWPS-u bardzo zyskał dzięki tej inicjatywie. Jest za to odpowiedzialna niesamowita ekipa, której miałem przyjemność być częścią. To mnie widać, bo ja zadaję pytania, ale sporo osób pracuje na sukces tego projektu. Do tamtych wywiadów przygotowuję się różnie. Jeśli ten wykładowca jest mi w miarę znany to czytam różnego rodzaju skrypty albo informacje prasowe. Bardzo wielu wykładowców SWPS-u czynnie udziela wywiadów albo jest zaangażowanych w jakieś sprawy, o których można poczytać. Trzy razy zdarzyło mi się zagadać do studentów, którzy mieli z daną osobą zajęcia, pogadać jaki to człowiek, jakie lubi anegdoty, co może pozwolić mi celniej poprosić o jedną z nich – znam w ten sposób spektrum, które mojego rozmówcę bawi. To jest trochę jak odrabianie pracy domowej. Gdy idziesz z kimś pogadać to kluczowe jest, żeby przedtem usiąść i naczytać się. Nie ma w tym jakiejś wielkiej magii.

Sam jesteś absolwentem SWPS-u, magistrem psychologii biznesu. Psychologia jest jednym z najważniejszych elementów Twojego bloga. Dajesz wskazówki psychologiczne swoim czytelnikom, ale jak wiadomo ludzie są różni. Czy w psychologii możemy znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania?

Nie. Z psychologią jest trochę jak z filozofią. Filozofia nie szuka odpowiedzi, tylko lepszych pytań. Z psychologią jest dokładnie taka sama sytuacja. To nie jest tak, że będziesz umiał lepiej coś załatwić z innymi ludźmi. Są pewne proste sztuczki, ale skutkują najczęściej tym, że bardzo szybko nikt cię nie lubi. Tak się kończy korzystanie z psychologicznych hacków. Ludzie są coraz mądrzejsi i mają coraz większe ogólne poczucie psychologiczne. Jakbyś dzisiaj poczytał mega marne poradniki dla sprzedawców z lat 80. to byłoby ci trudno uwierzyć, że ktokolwiek leciał na takie sztuczki, ale wtedy to było coś. Ponieważ masa ludzi zaczęła używać tych sztuczek, wielu ludzi się uodporniło. 

Dla mnie psychologia jest niesamowitą wiedzą, bo dzięki niej mam prywatne poczucie norm. Jak zachowam się nieadekwatnie do bodźca, odczuwając przesadny smutek albo przesadnie się wkurzając, dzięki psychologii jestem w stanie pogadać sam ze sobą dlaczego tak się wydarzyło. Mogę być w ten sposób lepszym przyjacielem – będę wiedział w jaki sposób reagować, żeby dłużej zachować spokój, dzięki czemu mogę pomóc moim przyjaciołom w problemie, a z drugiej strony jestem teraz trochę lepszym obserwatorem i na przykład po latach zauważyłem co drażni moją przyjaciółkę. Teraz kiedy się z nią spotykam, nie robię tego, bo chcę być dobrym przyjacielem. Po co mam robić coś, gdy wiem, że kogoś wkurza? Psychologia uczy mnie bycia lepszym człowiekiem w społeczeństwie, ale nie mam zamiaru pracować w tym zawodzie, nie będę psychoterapeutą.

Na pewno psychologia uczy też zarządzania czasem...

Psychologia uczy tak naprawdę zarządzania wszystkim. Mam tło biznesowe związane z HR-em czyli kadrami w firmach, więc mam dużo wiedzy czysto naukowej i bardzo praktycznej poświęconej organizowaniu środowiska pracy albo opracowywaniu celów. Dosłownie dziesięć prostych sztuczek dotyczących tego jak sobie piszesz na kartce rzeczy do zrobienia na dzień i znienacka robisz dwa razy tyle.

Sam robisz bardzo wiele rzeczy, angażujesz się w ogromną liczbę rozmaitych projektów. Jak znajdujesz czas na te wszystkie aktywności, jednocześnie organizując też czas tylko dla siebie?

Po pierwsze podchodzę wynikowo do spraw. To nie jest tak, że siadam popisać bloga albo poświęcam środę na filmiki, tylko wiem że na przykład będę potrzebował w lipcu ośmiu tekstów i ośmiu filmów, fajnie gdy dwa z tych tekstów i dwa z filmów będą o tym samym, bo to ładnie wygląda i daje dodatkową wartość – mogę coś omówić na dwa sposoby. Po czym siadam i zastanawiam się na jakie one będą tematy. Wiecznie wymyślam coś nowego na bloga i na Youtuba. Staram się tak ułożyć te zagadnienia, aby nie było dwa razy pod rząd czegoś podobnego. Do wszystkiego czym się zajmuję podchodzę w sposób bardzo ustrukturyzowany.

Jeszcze w liceum nauczyłem się pracować niesamowicie szybko. Piszę, montuję, nagrywam bardzo szybko. Nagrywam filmy tak, aby nie trzeba było ich ciąć i montować. 15-minutowy film robię mniej więcej 25 minut. Nagrywam, zgrywam, obcinam z obu stron, dodaję filtry i uploaduję.

To wszystko robisz sam?

Absolutnie wszystko robię sam, chociaż ewidentnie dojeżdżam już do końca tej pięknej trasy samodzielności. Po prostu wymiękam. Jest bardzo dużo czynności powtarzalnych, w których ewidentnie ktoś mógłby mi pomagać. Mogę nauczyć ich kogoś i zaufać czyjemuś profesjonalizmowi, wynająć jakąś osobę, zatrudnić albo współpracować. Na ten moment nie jestem jednak w stanie wykonać tego skoku, bo na razie nie umiem jeszcze zaufać komuś, że zrobi coś tak jak ja to lubię mieć zrobione. Kiedyś do tego dojrzeję. Każda osoba za nami, która dzisiaj ma swoich pomocników, też na początku mówiła, że nie chce ich mieć.

Oprócz zajmowania się blogiem od siedmiu lat, miałeś też swoje pięć minut w „Świat się kręci” jako ekspert, zapraszają Cię też do różnych stacji radiowych i telewizyjnych jako gościa. Nie myślałeś może, by założyć własny program w telewizji albo na dłużej w niej zagościć?

Uwielbiam robić ciekawe rzeczy, dlatego ucieszyłem się, kiedy pojawiła się propozycja dołączenia do pierwszej redakcji programu „Świat się kręci”. Poprosili mnie, abym raz na kilka tygodni pojawiał się na antenie jako internetowy obserwator trendów (trendwatcher) i opowiadał o czymś ciekawym. Taka anegdota: między innymi za naszymi naciskami doprowadzono do jednego ze studiów TVP wi-fi oraz spięto iPada i Apple TV do stacji nadawczej. Bardzo chciałem pokazać Vine’a – razem z redakcją chcieliśmy omówić tę aplikację i Instagrama. Był to jeden z pierwszych razy, kiedy pokazano je w państwowej telewizji. Robiliśmy wielkie fajne rzeczy. Kasy z tego nie ma, wielce mi to nie pomogło w karierze blogowej (zakładając, że jakąś mam), ale była to cudowna przygoda z fajnymi ludźmi. Chociażby dla szansy nauczenia się czegoś od tych ludzi było warto.

To są moje motywacje. Gdyby była jakaś okazja na coś większego, też bym pewnie ją rozważył lub nawet chciał. Lubię wszystko co dotyczy kontaktu z drugą osobą. Im większy zasięg, tym bardziej się cieszę. Lubię móc mieć kontakt z ogromnymi rzeszami ludzi, przy czym jednak nie jest to coś za czym aktywnie teraz podążam. Skupiam się ewidentnie na tym, aby dostarczyć maksymalną wartość blogiem i Youtubem.

 

Czego więc możemy się po Tobie spodziewać w najbliższym czasie?

W najbliższym czasie możemy spodziewać się tego, że blog dosyć mocno zmieni charakter treści wraz z dniem siódmych urodzin czyli 2 sierpnia. Będzie się dużo działo – zmieniam wkrótce layout na nowy, bo blog już się zestarzał wizualnie. Zmieniam wkrótce dostęp do moich treści, aby część rzeczy stała się płatna. Od siedmiu lat moją pracą jest de facto wrzucanie za darmo ogromnej ilości rzeczy w internet, więc będę powoli przestawiał się mimo wszystko na jakąś formę treści płatnych, tylko jeszcze nie wiem jakich. Dojrzewam do tego, zastanawiam się jak mogę zachować to, że przynajmniej 95% tego co robię jest za darmo i dla każdego. Dla mnie jest to bardzo ważne, ponieważ sam uczyłem się z rzeczy dostępnych za darmo w necie. Sam chcę być kimś takim kogo być może ktoś przeczyta i poda dalej. Zyskałem wiele na tym, że w necie wszystko jest za darmo. Na jakimś forum znajdziesz poradnik jak zrobić cokolwiek. Zastanawiam się tylko co zrobić z tymi 5%, aby móc się ustabilizować finansowo, aby robić większe rzeczy i mieć na nie budżet.

Wielu Youtuberów i blogerów w tym celu idzie w stronę reklam i ogromnej medialności. Jak w tej pogoni za pieniędzmi nie stracić poczucia misji?

Ja mam takie dwie zasady. Po pierwsze nie robię żadnej akcji, której bym żałował – to brzmi banalnie, ale bardzo często dostaję na przykład propozycję reklamowania hazardu, co jest w Polsce nielegalne. Niemieckie filie tego typu firm składają mi takie oferty – kasa za to jest przepiękna, ogromne stawki. Jest to jednak nielegalne i nie ma nawet w mojej głowie dyskusji czy to przyjąć. Był to hardkorowy przykład, ale oczywiście są też bardziej miękkie, np. produkt którego byś nie używał, ale też ci ładnie chcą zapłacić. Nie przyjmuję takich propozycji współpracy. Po drugie zawsze staram się ograć to, by współpraca była zabawna i ciekawa. Jak nie może być ciekawa to chociaż zabawna dla moich odbiorców. Bardzo nie lubię wrzucania czegoś tylko po to, by się pojawiło.

Ostatnio mogliśmy zobaczyć przykład takiej współpracy z marką Śnieżka – przygodę Pana Ekspresa…

To jest bardzo zabawna anegdota. Jacek Gadzinowski prowadzi kanał na Youtubie z formatem „wjazd na chatę”. Wjeżdża na chatę do różnych Youtuberów i tak dalej – między innymi wjechał do mnie. Polega to na tym, że pokazuje jak mieszkam i pracuję oraz zadaje mi kilka pytań. Znam się z Jackiem i lubię, więc fajnie to wyszło. Dwa dni później dzwoni do mnie pewna pani i mówi do mnie: „Dzień dobry, reprezentuję pewną markę farb. Widzieliśmy pana u Jacka Gadzinowskiego”. Ja mówię: „O, miło mi”, a oni: „No wie pan co, bo zauważyliśmy, że mam pan trochę brudną kuchnię. Nie chciałby jej pan może odmalować?”. Ja w śmiech – rewelacyjna sprawa! Po prostu coś absolutnie pięknego taki kontekst. Powiedziałem: „Ej, jasne!”. Z tego się właśnie narodziła współpraca ze Śnieżką. Cudni ludzie tam byli. Jestem bądź co bądź zawodowcem i wiem jak funkcjonuje biznes, więc zawsze dzielę się z markami moim pomysłem na kontekst. Podesłałem im pomysł na historię z Panem Ekspresem, który napluł kawą na ścianę, ściana jest brudna i musimy uratować Pana Ekspresa przez malowanie ściany. Nie było żadnego „ale”, pani z którą się kontaktowałem powiedziała: „Wiesz co, puszczę to górze, zobaczymy co z tego wyjdzie”. Puściła to górze, a góra: „Jasne, rób to”. Poszło, czytelnicy się cieszyli, marka zachwycona. Można robić mega fajne rzeczy bez naruszania swoich zasad.

Ostatnie pytanie: Jakie jest obecnie Twoje największe marzenie?

Moje największe marzenie jest takie, aby troszeczkę ustabilizować to czym się zajmuję. Żartowałeś przed włączeniem dyktafonu, że napisałem na fejsie, że już od rana byłem w pięciu miejscach. Niestety tak często wyglądają moje dni. Teraz to lubię, ale czuję też, że dochodzę powoli do końca tej tolerancji. Mam ochotę mieć dwa-trzy tygodnie po sobie, że nie mam spotkań, rzeczy wylatujących znienacka. Chcę móc po prostu siedzieć, robić sobie kawę i dziergać projekt, który będzie cudny. Na razie przez to jak wygląda moje życie jestem troszeczkę ograniczony do projektów, których czas realizacji nie przekracza miesiąca, bo za dużo się dzieje, żebym utrzymał coś większego. Mam kilka pomysłów na rzeczy, które mogą zająć pół roku albo rok. Chciałbym takiej miniaturowej stabilizacji i dążę do niej. Maksymalnie jesienią będę już tak operował.

Tego Ci życzę i dziękuję za rozmowę.


Bardzo dziękuję.


Jeżeli chcecie lepiej poznać Andrzeja Tucholskiego i jego działalność, zapraszam was do lektury jego bloga oraz na jego oficjalny profil na Facebooku:

sobota, 18 czerwca 2016

Interview with Barrie-James O'Neill

Barrie-James O'Neill is a rock musician from Scotland who started his music career from being a member of the band Kassidy. For years music has been playing the most important role in his life. Two months ago he released his first solo album “Cold Coffee”, recorded in 13 days with the help of producers Rob Schnapf and Scottie Diablo. In the interview Barrie talks about his music inspirations, his work on the album and future plans.


You became popular as a member of the Scottish alternative folk rock band Kassidy, but in 2014 you decided to left them. Do you feel better as an independent artist or do you miss the times with the group? 

In a band you share any joy when it comes, all the fun, and any bad times too. There's support from each other for when bad shit happens. When you're solo, it's all on you. Bad review, it's on you. Bad album, it's on you. You have all the responsibilities, you write all the songs, it's on you. I've been writing songs since I was 12 years old, and performing. So that's 16 years I've been writing things like songs down on paper. It's the reason why I'm alive today. It's all I have to me so I don't mind doing all the writing, or being alone in it all because I'm used to it. Besides I love it.

On 8 April 2016 you released your debut solo album called "Cold Coffee" - I know that this recording was done very quickly. How do you remember your work on this album? 

I remember 14 hour days of playing instruments, laughing, and learning, and discovering. Being in the studio is where I like to be. I like thinking about what's next in the process of recording a song and thinking how to make it sound like how it sounds in your head, and sometimes loosing a little of your mind on that. It's a blur really cause it was a year ago. I had wished to work with Rob (Schnapf) for a while, so it was a pleasure on my end. Not sure about his end. You need to ask him... He's a master of his trade. But it all wouldn't of been possible if it weren't for Scottie Diablo.

I have heard some of your songs and I must say that a lot of them are a bit melancholic and sometimes even depressive. Does your music reflect your personality? 

Thank you. I have no idea what it reflects. I just need to make it.

Three years ago you did a cover of Nancy Sinatra and Lee Hazlewood' song "Summer Wine" with Lana Del Rey, on your Youtube account we can also find a cover of Black Sabbath's "Paranoid". Who is your greatest musical inspiration and why? 

Well there's a lot. Right now it's Frank Zappa. Why Zappa? Because he never played by any sort of rules. He pushed his art beyond the fringes. I love that.

You are from Glasgow, Scotland - your country is famous all over the world from pipes, kilts and great Scotch whisky. What are your favourite aspects of being a Scot and what do you appreciate the most in your country? 

I like the soundtrack to Braveheart. It's cool.

Your music career seem to develop quickly - you have released the album and you have a lot of gigs in your hometown. What can we expect from you in the future - is there a chance for you to come to Poland? 

Hopefully more songs. I'd like to make a lot more films. We'll see... And it would be a privilage to play in your country. Hopefully I make it there one day.

Thank you very much for the interview. 

No problem at all. Thanks for your questions.


If you like to follow the next musical steps of Barrie-James O'Neill, please visit his official Facebook profile:
https://www.facebook.com/nightmareboybjo/?fref=ts

Wywiad z Barriem-Jamesem O'Neillem

Barrie-James O'Neill jest pochodzącym ze Szkocji muzykiem rockowym, który zaczynał swoją karierę w zespole Kassidy. Muzyka od lat stanowi dla niego najważniejszy element życia, a niedawno ukazał się jego pierwszy solowy album “Cold Coffee”, nagrany w ciągu zaledwie 13 dni we współpracy między innymi z producentami Robem Schnapfem i Scottiem Diablo. W wywiadzie Barrie opowiada o swoich muzycznych inspiracjach, pracy nad albumem i planach na przyszłość.


Zdobyłeś popularność jako członek szkockiego zespołu Kassidy, grającego alternatywny folk rock, ale w 2014 zdecydowałeś się opuścić grupę. Czujesz się lepiej jako niezależny artysta czy tęskisz za czasem spędzonym w zespole? 

Z zespołem możesz dzielić każdą przychodzącą radość, zarówno te zabawne jak i trudne momenty. Wspieramy się nawzajem kiedy wpadamy w jakieś gówno. Z kolei kiedy grasz solo, wszystko spada na ciebie. Zła recenzja spada na ciebie. Zły album – to twoja wina. Ty ponosisz pełną odpowiedzialność, sam piszesz wszystkie piosenki i wszystko jest na twojej głowie. Piszę utwory odkąd skończyłem 12 lat, od tego czasu też występuję. Zatem od szesnastu lat przelewam swoje myśli na papier. Z tego powodu żyję obecnie na tym świecie. To wszystko co mam, więc nie przeszkadza robienie tego wszystkiego samemu, bo jestem do tego przyzwyczajony. I przy okazji to kocham.

8 kwietnia 2016 wydałeś swój debiutancki solowy album “Cold Coffee” – wiem, że był on nagrywany w bardzo szybkim tempie. Jak wspominasz swoją pracę nad tym krążkiem? 

Pamiętam 14 godzin dziennie grania na instrumentach, śmiania się, uczenia i nowych muzycznych odkryć. Uwielbiam pracę w studio nagraniowym. Lubię myśleć o kolejnych etapach nagrywania piosenki i o tym jak sprawić, by brzmiała tak jak to słyszę w mojej głowie. Czasem lubię się w tym zatracić. Te wspomnienia już mi się trochę rozmywają, ponieważ nagrania miały miejsce rok temu. Marzyłem już od pewnego czasu o współpracy w Robem (Schnapfem), więc z mojej strony to była ogromna przyjemność. Nie wiem jak z jego strony, musiałbyś zapytać… On jest mistrzem w swoim fachu. To wszystko nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie Scottie Diablo.

Słuchałem kilku z Twoich piosenek i muszę przyznać, że wiele z nic jest dość melancholijnych, a nawet depresyjnych. Czy Twoja muzyka odzwierciedla Twoją osobowość?

Dzięki. Nie mam pojęcia co ona odzwierciedla. Po prostu muszę ją tworzyć.

Trzy lata temu nagrałeś z Laną Del Rey cover piosenki Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda “Summer Wine”, na Twoim kanale na Youtubie możemy też znaleźć cover “Paranoid” Black Sabbath. Kto jest Twoją największą muzyczną inspiracją i dlaczego? 

Cóż, tych inspiracji jest wiele. Obecnie jest nią Frank Zappa. Dlaczego Zappa? Bo nigdy nie trzymał się żadnych określonych zasad. Jego twórczość przekraczała wszelkie możliwe ramy. Uwielbiam to. 

Pochodzisz z Glasgow ze Szkocji – Twój kraj jest znany na całym świecie z dud, kiltów i dobrego whisky. Jakie są Twoje ulubione aspekty bycia Szkotem i co najbardziej lubisz w swoim kraju?

Bardzo lubię ścieżkę dźwiękową do “Bravehearta”. Jest naprawdę dobra.

Twoja kariera muzyczna zdaje się rozwijać bardzo prężnie – wydałeś swój album i grasz wiele koncertów w rodzinnym mieście. Czego możemy się od Ciebie spodziewać w przyszłości – czy jest szansa, że wystąpisz w Polsce? 

Oby jak najwięcej piosenek. Chciałbym też kręcić więcej filmów. Zobaczymy… Byłoby wielkim zaszczytem zagrać w Twoim kraju. Mam nadzieję, że pewnego dnia się uda.

Dziękuję bardzo za wywiad. 

Nie ma problemu. Dziękuję za twoje pytania.


Jeżeli chcecie obserwować dalszy rozwój kariery Barriego-Jamesa O'Neilla, zachęcam do śledzenia jego profilu na Facebooku: 
https://www.facebook.com/nightmareboybjo/?fref=ts

czwartek, 9 czerwca 2016

Wywiad z Filipem "Szajbą" Szawernowskim

Student I roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim Filip „Szajba” Szawernowski od kilku lat rapuje pod pseudonimem Szajba Bez Granic Abstrakcji. Swoją muzyką udowodnia, że rap wcale nie musi kojarzyć się z wulgaryzmami i obrażaniem policji. O nagrywanych przez siebie utworach mówi, że są „rapowaną poezją”. W wywiadzie opowiada między innymi o początkach w muzycznej branży, inspiracjach i swoim nietuzinkowym wizerunku. 


Podobno zacząłeś pisać teksty już podczas nauki w gimnazjum. Jak wyglądały Twoje początki jako tekściarza?

Próbowałem już coś skrobać nawet w podstawówce, ale podczas wypracowań w szkole podstawowej i gimnazjum wychodziło, że kompletnie nie umiem pisać i do niczego się nie nadaję. Moja matka mi pisała wszystkie wypracowania domowe, bo bała się, że będę miał same jedynki od góry do dołu. Kiedy nadszedł czas pisania egzaminu gimnazjalnego, wzięliśmy korepetytorkę Katarzynę Wolską, która po pierwszych zajęciach powiedziała, że nie jest źle i żebym napisał jakąś pracę domową na za tydzień. Godzinę przed jej przyjściem przypomniałem sobie, że jest praca domowa i naskrobałem coś intuicyjnie na szybko. Korepetytorka przyszła i powiedziała: „Kurde, to jest super praca! Naprawdę dobre wypracowanie”. To właśnie ona przedstawiła mi abstrakcję, pokazując kawałek Ostrego „Zamach na Ostrego”. Powiedziała, że to jest kompletna abstrakcja i mi się strasznie ta abstrakcja spodobała. Zacząłem więc pisać, kładąc nacisk na technikę, układy rymowe i brzmienie. Potem przyszły pierwsze próby tworzenia rapu z chłopakami z osiedla z Wilanowa, ekipą WNDSz. Różnica stylów zadecydowała o tym, że przestaliśmy razem nagrywać, ale dalej się widujemy.

W końcu w ciemnym okresie mojego życia (wtedy wydawał mi się barwny), kiedy bardzo dużo imprezowałem, paliłem marihuanę i piłem jak idiota w zdecydowanie zbyt wczesnym wieku, poznałem mojego przyjaciela i nagraliśmy z nim pierwszy track, który bardzo dobrze się przyjął. Był przeznaczony dla ludzi z naszego środowiska, dużo traktował o paleniu i piciu – głupkowaty, ale fajnie zrobiony. Potem się rozdzieliliśmy – on poszedł w mniej przyjemną stronę, a ja w rapowaną poezję. Gram koncerty, kocham to co robię i robię to cały czas. Piszę codziennie i jestem absolutnie 24/7 w kontakcie z moim producentem Enigmatem.

A jak zaczęła się Twoja współpraca z Enigmatem?

Poznaliśmy się jeszcze w moich ciemnych czasach, nad Wisłą przy joincie – nie ma tu co ukrywać. Po paru godzinach siedzenia, gadania i słuchania muzyki okazało się, że jest producentem i robi bity. Puścił mi kilka – bardzo mi się spodobały, kompletnie mój styl, taki oldschoolowy, jazzowy i niezbyt inwazyjny dla słuchacza. Potem podszedł do nas jakiś Kanadyjczyk, który jak się okazało był raperem. Zaczęliśmy freestylować, tworzyć muzykę na bieżąco i spontanicznie. Bardzo się Igorowi (Enigmatowi) spodobało to co potrafię z siebie wyprodukować.

Potem wydałem swój pierwszy kawałek „Robię to co chcę”. Igor napisał do mnie, że to jest super i zaproponował mi współpracę. Byłem mega zajarany, bo bardzo go lubiłem jako człowieka i wzięliśmy się do pracy. Okazało się, że dał mi dokładnie zestaw bitów, którego potrzebowałem pod projekt. Niedługo ukaże się on w formie płyty „8 razy po 3 na 24”. Ledwie zdążyliśmy dokończyć ten projekt od części technicznej (podkłady, teksty i nagrywki w wersji roboczej), a już się pojawił prawie w całości ukończony drugi projekt. Z kolei kilka dni temu pojawił się w całości ukończony trzeci projekt oraz pomysł na czwarty projekt. To się dzieje w bardzo małych odstępach czasowych. Niestety musimy się też bardzo skupiać na koncertach i na kolektywie artystycznym BAS, w którym jesteśmy w grupie organizacyjnej, ale robimy co możemy, żeby jakoś wyrabiać z naszym materiałem. A współpraca z Enigmatem jest po prostu fantastyczna! Ten człowiek, chociaż jest gdzieś obok, stanowi dla mnie błogosławieństwo absolutne. Każdemu życzę takiego współpracownika.


Publikujesz swoją muzykę na Youtubie. Jak jest ona odbierana przez słuchaczy i jak jest komentowana?

Dla mnie najważniejsze jest to, że przede wszystkim podoba się starszym ludziom z pokolenia mojej matki. Oni są tym bardzo zajarani, moi znajomi jak najbardziej też. Oczywiście ta grupa dla której przedtem nagrywaliśmy nie kuma tego za bardzo, bo te teksty są skomplikowane. Poznałem swoje możliwości poetyckie i uważam, że są na dość wysokim poziomie. Oczywiście codziennie się uczę, by było jeszcze lepiej, ale to nie są proste teksty. Są takie trzy fazy w ich odbiorze: „nie rozumiem”, „fajnie to brzmi, wygląda na mądre, podoba mi się” oraz „ podoba mi się na tyle, że posłucham tego kilka razy i będę się starał to interpretować, zobaczyć co autor miał na myśli”. Ludzie którzy przechodzą do tej trzeciej fazy są w moim sercu na kamiennym fundamencie.

Co stanowi Twoje twórcze paliwo?

Po pierwsze dotychczasowe przeżycia, bo jestem człowiekiem, który w swoim życiu przeżył dość dużo, zdecydowanie za dużo jak na przeciętnego 20-latka. Mam bardzo barwne życie, ale dzieją się w nim też rzeczy nieciekawe. Mam strasznie pokręconą rodzinę i pokręconych znajomych. Byłem w różnych subkulturach: od dziewięciu lat jestem skatem, ale byłem też punkiem, hipisem, rasta, brudasem i innym nie wiadomo czym. Teraz jestem człowiekiem w kapeluszu. Nie ukrywam, że marihuana też miała ogromny wpływ na moją twórczość, bo jak paliłem dużo (a paliłem jak psychopata) to odkręcały mi się zawory z kreatywnością i wylewało się tonami na te kartki. Jak powiedziałem mojej mamie (kiedy już nie paliłem), że większość tego co jej się podoba było pisane pod wpływem, to powiedziała: „Tutaj to twoje ziółko zdało egzamin, ale czy jest dalej potrzebne?”. Powiedziałem, że nie, bo zauważyłem jak wysoki poziom kreatywności mogę wygenerować sam.

Dużo piję podczas pisania, lubię mieć ze cztery piwa na biurku w zanadrzu. Co jakiś czas robię sobie przerwę na papierosa i wzięcie paru łyków, a tak to jestem tylko ja i kartka. Alkohol zdejmuje pierwiastek lęku w człowieku, a jak nie masz pierwiastka lęku przed tym co chcesz napisać to teksty wychodzą prawdziwsze i bardziej chwytliwe.

Trochę jak Witkacy…

Byłem w domu Witkacego w Zakopanem i to wygląda dokładnie tak samo. Żadnych granic w procesie twórczym. Nie jest jednak tak, że nie potrafię pisać na trzeźwo. Bardzo dużo tekstów piszę na trzeźwo, głównie w autobusach czy na zajęciach jak są nudne albo jak mam wolną chwilę w pracy i nic się nie dzieje. Wtedy lubię sobie otworzyć zeszyt, piszę właściwie wszędzie gdzie mogę. Nigdy się z nim nie rozstaję, jeżeli nie mam go przy sobie to panikuję. Muszę mieć zawsze zeszyt, długopis i książkę, ostatnio jest to „Czarodziejska góra” Tomasza Manna. Sztuka jest właśnie moją kolejną inspiracją. Czytam coś, odkładam książkę, patrzę się w ścianę pogrążony w refleksjach nad jej zawartością, a potem zapamiętuję myśl i używam jej w mojej twórczości. Podobnie jest po filmie lub słuchaniu muzyki. Bardzo duży wpływ ma na mnie twórczość Trzeciego Wymiaru, a szczególnie Michała Baryły czyli Szada Akrobaty, mojego ulubionego muzycznego artysty i poety. Nie da się być kompletnie autonomicznym w tym co się robi, nie da się nie mieć żadnych autorytetów.


Integralną częścią Twojej artystycznej kreacji jest wizerunek, a przede wszystkim tatuaże. Czy mógłbyś przybliżyć nieco ich znaczenie?

Mam pięć tatuaży. Według mnie ludzie, którzy mają tatuaże już się z nimi rodzą. Ja zawsze chciałem mieć tatuaże, a to że nie mam kilkunastu więcej to tylko kwestia czasu. Pierwsze tatuaże jakie sobie robiłem dotyczyły symbolicznych rzeczy w moim życiu. Mam tatuaż z połamaną deską z napisem „Skate and Destroy”, więc proste – jeżdżę na desce i kocham to robić. Mam też tatuaż z napisem „Live and Enjoy”, bo kocham życie i chcę je przeżywać i  się z niego cieszyć. Mam rękę Fatimy, bo w moim herbie rodzinnym jest półksiężyc i gwiazda, islamskie znaki. Wszystkie ręce Fatimy, które sobie przyczepiałem do kluczy czy plecaka gubiłem, więc stwierdziłem: „Co zrobić, by nie zgubić?”. Nogi, na której mam ten tatuaż, nie zgubię, więc jest zawsze przy mnie. Mam gwiazdę Dawida, bo uwielbiam Żydów i nienawidzę antysemitów. Mam rybę, bo chciałem mieć rybę, poza tym jestem jaroszem. Mam też feniksa – tutaj zaczyna się nowy rozdział tatuażowy, bo ten motyw bardzo często powtarza się nieświadomie w moich tekstach. Nie zwracam na to uwagi, a potem nagle patrzę, że w trzech na pięciu utworach jest słowo „feniks”. Następnym tatuażem pewnie będzie studnia – ona jest w co drugim tekście.

Jakie znaczenie mają dla Ciebie te dwa słowa: „studnia” i „feniks”?

Ja się czuję takim feniksem, bo jestem osobą, która bardzo często poświęca się dla innych. Czasami czuję się jakbym spłonął od tego wszystkiego, miał już dosyć. Wtedy tracę równowagę, błędnik mi siada i padam – spalam się tylko po to, żeby zebrać z powrotem siły, powstać i ruszać dalej w świat. A studnia… Nie wiem, jakoś ta studnia pasuje do kontekstów moich utworów, przychodzi samoistnie. Studnia bardzo często rymuje się z tym, co piszę, non stop znajduje się coś do „studni”.

A jakie są Twoje plany na najbliższy czas i czego można Ci życzyć?

O wypalenie się nie martwię. Pomysłów mam zdecydowanie za dużo względem tego ile jestem w stanie zrobić. Chcę jak najszybciej zrealizować plan wydania takiej ilości materiału na fizycznych nośnikach, żeby było to moje portfolio – muzyczne CV. Planem moim i mojego ojca jest, by z tym materiałem wybrać się do Wałbrzycha, gdzie stacjonuje Trzeci Wymiar, zaprosić wszystkich lub chociaż Akrobatę do Warszawy, na spokojnie usiąść i pogadać. Mamy bardzo podobne style. Bez żadnej arogancji i megalomanii mogę powiedzieć, że nasza hipotetyczna współpraca byłaby superciekawa. Mimo że jestem gościem, którego kawałek z największą ilością wyświetleń ma ich osiemsetkilka, a oni mają kilka milionów pod każdym teledyskiem, są najdłużej w branży i tworzą materiał na najwyższym poziomie. To jest mierzenie wysoko, ale to cały ja – mierzę trzy razy wyżej niż mogę tak na zdrowy rozum sięgnąć, żeby się znaleźć gdzieś w połowie.



Jeżeli chcecie lepiej poznać twórczość Filipa "Szajby" Szawernowskiego, zapraszam do odwiedzenia jego kanału na Youtubie: