wtorek, 6 lutego 2018

Wywiad z Robertem Rowińskim

Robert Rowiński jest pochodzącym z Koszalina tancerzem, posiadającym najwyższą międzynarodową klasę „S” w tańcach latynoamerykańskich i standardowych. Wystąpił w pięciu edycjach polskiego „Tańca z Gwiazdami”, a obecnie tańczy w parze z irlandzką producentką i pisarką Maią Dunphy w irlandzkiej wersji programu. Brał również udział w największym na świecie tanecznym show „Burn the Floor” i tournée brytyjskiego programu „Strictly Come Dancing”. W wywiadzie Robert opowiada między innymi o początkach swojej kariery tanecznej, kulisach irlandzkiego „Tańca z Gwiazdami”, wszechstronnej edukacji i zdrowym stylu życia.


Swoją przygodę z tańcem zacząłeś w wieku 7 lat, ale dopiero jako nastolatek stwierdziłeś, że chcesz się tym zajmować profesjonalnie. Jak wspominasz po latach swoje pierwsze zajęcia taneczne i jaki był Twój pierwszy wielki taneczny sukces?

Cała przygoda rzeczywiście zaczęła się, kiedy mając 7 lat poszedłem z moimi rodzicami na dyskotekę. Zacząłem sobie tańczyć, ludzie zrobili krąg i mówili, że ruszam się jak mały Michael Jackson. Kiedy w latach 90. zapisywałem się na zajęcia taneczne, taniec towarzyski nie był jeszcze w Polsce popularny i na jednego chłopca w mojej grupie przypadało sześć-siedem dziewczynek. Pierwsze zajęcia wspominam pozytywnie, była bardzo miła atmosfera. Szybko dużo osób zaczęło mi mówić, że mam talent i powinienem dalej rozwijać się w tym kierunku. Decyzję o tym, że chcę zostać profesjonalnym tancerzem podjąłem w szkole średniej.

Moim pierwszym sukcesem było reprezentowanie Polski na mistrzostwach zamkniętych w Paryżu. Trafiłem do finału i zająłem szóste miejsce. Takimi pierwszymi porządnymi sukcesami były jednak turnieje w Londynie i mistrzostwa Polski, gdzie w pół roku przeskoczyłem o dwie kategorie i trafiłem na siódme miejsce. Potem były Estonia, Wielka Brytania i kariera zaczęła się bardzo rozwijać.

Jako tancerz trenowałeś i występowałeś nie tylko w Polsce, ale również między innymi w Estonii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Dostrzegasz jakieś różnice w podejściu do tańca w innych zakątkach świata? Które z państw, w których występowałeś, jest najbardziej „roztańczone” i naprawdę żyje tańcem?

Bardzo fajne pytanie. Szczerze mówiąc, jeżeli chodzi o różnice w podejściu do tańca towarzyskiego, to zdecydowanie są one znaczne. Może nie między Polską a Estonią, gdzie brałem udział w mistrzostwach, ale na pewno między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Tam jest bardzo dużo ludzi, którzy nie tańczą i starają się uczyć. Polska troszkę się roztańczyła dzięki różnym programom telewizyjnym, ale np. w porównaniu z Wielką Brytanią jesteśmy bardzo do tyłu. Brytyjczycy uwielbiają taniec. „Strictly Come Dancing” cały czas jest najlepszym programem telewizyjnym, nawet w tym roku. Tak naprawdę ten kraj jest kolebką tańca towarzyskiego - tam są najlepsi trenerzy i tancerze.

W latach 2006-2010 brałeś udział w polskiej wersji „Tańca z Gwiazdami”, w której partnerowałeś między innymi Anecie Kręglickiej i Aleksandrze Szwed, a z Moniką Pyrek zdobyłeś Kryształową Kulę. Czy radość ze zwycięstwa w telewizyjnym show można porównywać z radością z sukcesów w turniejach tanecznych, czy jednak są to dwa zupełnie inne uczucia?

Moja kariera taneczna jest dość specyficzna. Nie jest tylko i wyłącznie usłana turniejami tańca towarzyskiego. Oczywiście takie były moje początki, ale potem w wieku 26-27 lat zakończyłem turniejową karierę. W międzyczasie wziąłem udział w polskim „Tańcu z Gwiazdami”, który otworzył mi bardzo wiele dróg. Między innymi pomógł mi rozwinąć moje dwa studia taneczne. Był jednak jeden mankament. Popularność „Tańca z Gwiazdami” w Polsce była olbrzymia i powiem szczerze: nie wiem, czy umiałem się w tym wszystkim odnaleźć. To było bardzo miłe, ale mimo wszystko czułem, że to nie jestem ja. Chyba jednak należę do skromniejszych osób, które nie marzą za bardzo o sławie. Po „Tańcu z Gwiazdami” wyprowadziłem się do Los Angeles, żeby znowu odnaleźć się tanecznie i dalej rozwijać. To był strzał w dziesiątkę. Zatańczyłem w „Burn the Floor” w Nowym Jorku, wziąłem udział w dwóch olbrzymich show w Kanadzie i odbyłem tournée po Anglii.

Sukcesy w turniejach tańca towarzyskiego są nieporównywalne z sukcesem w „Tańcu z Gwiazdami”. W tańcu towarzyskim robisz coś dla siebie i bierzesz za to pełną odpowiedzialność. W „Tańcu z Gwiazdami” duże znaczenia ma popularność danej osoby. To program rozrywkowy i nie do końca traktuje się go tak serio. Treningi tańca towarzyskiego są żmudna praca po pięć-sześć godzin dziennie, do tego dochodzi jeszcze siłownia i uczenie innych. To jest ciężka praca. „Taniec z Gwiazdami” to jednak coś zupełnie innego - też cieszy, ale w inny sposób.


Miałeś również okazję być jurorem w ukraińskim „Tańcu z Gwiazdami” i brać udział w tournée brytyjskiego „Strictly Come Dancing”. Jak trafiłeś do zagranicznych formatów tego show i jak wygląda ono z perspektywy jurora?

Rzeczywiście miałem okazję posędziować jeden odcinek ukraińskiego „Tańca z Gwiazdami”. Dostałem się do niego przez przypadek. Marcin Mroczek tańczył tam z Edytą Herbuś i zaproponowano mi, żebym zasiadł w jury. Bardzo mi się to spodobało, tym bardziej, że był tłumacz i mogłem mówić w programie po polsku. Polskie słownictwo mam jednak dużo bogatsze niż w pozostałych językach. Jeżeli zaś chodzi o „Strictly Come Dancing”, to przez ostatni rok zrobiłem tour po całej Anglii, było to 30 półtoragodzinnych show, wystawianych w teatrach w różnych brytyjskich miastach. Przygotował je jeden z największych choreografów na świecie, Jason Gilkison, odpowiedzialny też za największe na świecie show „Burn the Floor”. To on zaproponował mi udział w grupowych numerach w „Strictly Come Dancing".

Obecnie widzowie z Irlandii mogą podziwiać Cię w programie „Dancing With The Stars”, gdzie partnerujesz Mai Dunphy. Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Maią i czy szybko znaleźliście wspólny taneczny język?

Przed programem Maia Dunphy nie miała nigdy styczności z tańcem. Bardzo trudno było rozpocząć z nią współpracę i z trudem uczyła się kroków. Mamy jednak bardzo dużo wspólnego osobowościowo. To bardzo inteligentna, wykształcona osoba, która ma pojęcie na różne tematy. Jest bardzo wszechstronna, oczytana i nie można się z nią nudzić. Do tego jest też dobrym człowiekiem. Od razu znaleźliśmy wspólny język i bardzo się zaprzyjaźniliśmy, co na pewno pomaga nam we wzajemnej współpracy.

Z tańcem było na początku bardzo ciężko, bo Maia nie ma scenicznego przygotowania i obycia w ruchach tanecznych. Nie jest też typem sportsmenki, która ma motywację. Z odcinka na odcinek jest jednak coraz lepiej. Myślę, że dopiero teraz zrozumiała, że musi się więcej starać, a nie tylko bawić. Na początku podchodziła do programu trochę za mało poważnie.

Oprócz tańca piszesz doktorat z socjologii i ukończyłeś podyplomowe studia dziennikarskie. Czy traktujesz te dwie dziedziny jako plan B na wypadek zakończenia działalności tanecznej? Ciągnie Cię do kariery naukowej i dziennikarstwa?

Ukończyłem program doktorski z socjologii, ale mój doktorat jest jeszcze niedokończony. Bardzo ciężko ukończyć studia, będąc czynnym tancerzem w aktywnej karierze zawodowej - mnie się to udało i jestem z tego najbardziej dumny w swoim życiu. Nie traktowałem tego jako awaryjne wyjście, chciałem po prostu zrobić coś dla siebie i sprawdzić się w trochę innej dziedzinie. Tak więc nawet moja praca magisterska była kompletnie niezwiązana z tańcem. Praca doktorska już jednak dotyczyła tańca ze względu na to, że wiem w tej dziedzinie najwięcej ile mogę. Przygotowywałem ją, ale bardziej jest to chyba materiał na książkę niż na doktorat - cały czas mam jednak kontakt ze swoją promotor. Studia pomogły mi też w rozwijaniu kariery tanecznej, np. nauka obycia wśród kamer w ramach studiów dziennikarskich.


Z tego co wiem do utrzymania kondycji i sprawności fizycznej służy Ci nie tylko taniec. Jakie inne aktywności sportowe uprawiasz?

W rozwijaniu sprawności fizycznej pomaga mi przede wszystkim siłownia. W tańcu bardzo ważna jest wizualność, więc moje ciało musi dobrze wyglądać. Mam swojego osobistego trenera, z którym zawsze współpracuję, ale ze względu na to, że mieszkam w różnych miastach, zasięgam też informacji od trenerów na miejscu. Teraz mieszkam w Dublinie, mam tu swojego prywatnego trenera, który zajmuje się m.in. moją dietą. Ważę produkty, jadam określoną ilość kalorii i węglowodanów. Staram się prowadzić dietę bezglutenową (chociaż nie jestem uczulony), bezcukrową i bezmleczną - kieruję się takimi trzema zasadami. Nie jest to łatwe, ani konieczne dla tancerza. Podchodzę jednak bardzo profesjonalnie do tego czym się zajmuję i uważam, że jest mi ona potrzebna do tego, abym jako tancerz miał więcej energii.

Podczas tanecznych show towarzyszy Ci różnego rodzaju muzyka. Jak mógłbyś opisać swój gust muzyczny?

Podczas tanecznych show towarzyszą nam bardzo aktywne, mocne dźwięki - samba, cha-cha, jive, quickstep… Szczerze mówiąc, nie mam jakiegoś ustalonego gustu muzycznego. Moje serce jest jednak totalnie oddane muzyce wolnej, czyli lirycznej, swobodniej, bardziej w chilloucie. Nie jazz, bardziej takie „smuty”. Tak często obracam się na sali wśród muzyki, że chyba po prostu potrzebuję od niej wypocząć. Nie potrafię jednak bez niej żyć, więc zawsze w tle musi coś lecieć. Śmieszne jest też to, że zasypiam z muzyką i śpię jak muzyka leci całą noc. Jestem totalnie muzyczny! (śmiech)

Występowałeś również w sztukach teatralnych „Traviata” i „Samson i Dalila” oraz musicalach „Dance Temptation” i „Dance Star”. Nie myślałeś nigdy o karierze aktorskiej? Niewątpliwie duszę artystyczną masz.

Kiedyś proponowano mi aktorstwo, grałem nawet epizody w serialach i reklamach telewizyjnych. Nie jest więc mi jakoś strasznie obce, tym bardziej, że sam taniec ma w sobie dużo gry aktorskiej i emocjonalności. Tak naprawdę my tancerze jesteśmy trochę aktorami. Nie byłem jednak w szkole aktorskiej i nigdy do tego nie dążyłem. Nie mam zamiaru robić wszystko na raz. A w operze występowaliśmy tylko i wyłącznie jako tancerze, więc nie było w to wydarzenie wpisanego aktorstwa.

Do końca marca przebywasz w Dublinie i pracujesz nad kolejnymi układami tanecznymi. A jakie są Twoje plany na kolejne miesiące roku?

Mam tu w Dublinie bardzo dużo pracy - jesteśmy w czwartym tygodniu programu, a przygotowujemy już układ na siódmy tydzień. Tancerze, którzy tańczą z gwiazdami, co tydzień przygotowują też otwarcia programów, więc mamy dwanaście różnych układów tanecznych do nauczenia. Mam też bardzo dużo wywiadów i sesji zdjęciowych. Po powrocie do Polski wracam do swojego studia tanecznego, które prowadzę od dwunastu lat z moją siostrą. Mam świetne pary, które bardzo za mną tęsknią. Być może w przyszłości będę dalej działać na Wyspach. Zobaczymy jakie dostanę propozycje. Mam w głowie jeden projekt, zobaczymy czy mi się uda. Na pewno będę mnie kosztował dużo pracy, ale jestem gotowy na to, żeby go zrealizować.

(Foto: Krzysztof Wyżyński)

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Roberta Rowińskiego, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę internetową:

piątek, 2 lutego 2018

Interview with The Rocket

The Rocket is a pop-punk band from Belgium formed in 2009. They released two albums "The Rocket" and "Not Everyone Grows Up To Be An Astronaut" and in April 2018 they release their third record. In 2013 they performed on the prestigious punk rock festival Groezrock. The members of the group are: Tom de Ridder (vocals), Stijn Debontridder (guitar), Bastiaan Jonniaux (drums), Joris Goetstouwers (bass) i Frederik Meuris (synths). In the interview, the band's guitarist Stijn Debontridder is talking about the beginning of the band, their greatest achievements, new song "Chain Reaction" and future plans.


The Rocket was found in 2009, but your career started developing very quickly eight years later when you released your song "Chain Reaction". Can you tell us something more about the beginning of the group and its first years?

Sure thing! The band actually started as a side project for (our singer) Tom and (our former synth player) Geoff. They used to be in another punk rock band called Gino's Eyeball, but they wanted to try something more… theatrical. So they started writing songs for a - I'm not joking - punk rock musical titled "The Incredible Ninja Attack". The logistics of that whole thing proved to be a bit much, so the idea was scrapped but the guys kept playing and writing and (long story short) The Rocket was born. Some band members (like myself) where added, and pretty soon after forming we recorded a first, self-titled album in a small but great studio called The Penthouse.

As things usually do in the punk rock circuit, the ball started rolling from that point on. We quickly developed a reputation as a cool, energetic costume party band and thus landed a bunch of really cool shows in the BeNeLux.

Over the course of those first years, we experienced some line-up changes (all of which were amicable), but the core songwriters always stayed in the band. That provided a much needed basis of consistency; we even got away with changing singers for the last album we did before our break. Hans Roofthooft (singer for F.O.D.) did an album with us called "Not Everyone Grows Up To Be An Astronaut", which in turn landed us a spot at Groezrock, some national airplay in Belgium, and stuff like that.

About four years ago, after yet another exhausting line-up change, we decided to put the band on hold as for the first time, we felt we lost a bit of our "essence". Luckily the break we took rekindled the fire and then some. And now here we are!

"Chain Reaction" is a song about ending up a relationship and putting the blame on each other. When did you come up with the idea of writing this song? Is it based on your life experience?

The better part of Chain Reaction was written by Geoff, the founding synth player of the band who hasn't been playing with us for a long time but who's always been a great supporter. I think all of our albums so far had at least one song written by him. So anyway, he provided the basis of the lyrics on which we built - the song's true meaning might have been lost on us too and I think that might be one of the things that makes the song stand out - some sort of general resonance in the lyrics.

That being said, "Chain Reaction" could very well not be a love song at all. I know it wouldn't be the first song we wrote that has a way deeper layer once you actually start reading the lyrics.

Your favourite artists and musical inspirations are rock bands Motion City Soundtrack and Weezer, as well as top pop stars Katy Perry and Taylor Swift. How do you combine these two different genres? Is it difficult?

It all boils down to the fact that we like good music. And good music can be found in any genre. Though our love for punk rock unites us we have a few metalheads in the band, and a few pop lovers. We never try to mimic a style of music based on the artists we like, but basically we want to make great pop songs that have an edge to them, a soul so to speak.

From a more technical point of view, we strongly believe that any song should work with one or two acoustic guitars, and a voice or two. If the core of a track doesn't keep up in that setting, it's simply not a good track to our ears (electronic music or death metal withstanding). Also, punk rock and straight up pop have way more in common than one might think: similar arrangements, structures, often even instruments (though they're used differently), vocal patterns and harmonies… it’s all a matter of putting the pieces of the puzzle together in this or that style.


In 2013 you had an opportunity to perform on Groezrock, Europe's biggest punk rock festival. What are your memories from this amazing event? How did people react to your music?

I remember it being really, really cold in the morning. And I remember standing on the empty stage with a hot coffee (we were up first so arrived before the doors opened) thinking "fuck yeah". But seriously though, it was amazing. We had the honour of playing the main stage, so the tent and stage itself were really big. And to our own amazement, the place was pretty packed by the time we actually struck our first chords. From that point on it's all a big haze for me personally, as I tend to get "in the zone" on stage.

I guess that apart from being musicians, you also have other hobbies and favourite activities. How do you spend your free time, when you are not working in the studio or playing gigs?

Music takes up a big part of our free time (and it's actually my job too) because we take it seriously. A lot of time goes into rehearsing and writing songs. We took a break from writing while we were recording the album, but ever since we've been back at it.

Some of us also run an independent label, Thanks But No Thanks Records. So I guess when we're not doing something that involves music, we're not in our free time. Or we're watching "Rick & Morty".

Jos is into a bunch of sports too, and Bastiaan plays in three different bands (in vastly different genres, one of them being quite big in Belgium) so he doesn't have that much free time left in the first place.

We love the lives we're leading though. Music is a luxury for so many people - there's so many kids paying money for tickets to go see bands play, paying money to buy or stream albums, and all that. We're just so happy to be on the other side of that, to be in a position where we can send our creativity into the world. If that takes up some of our time, so be it because we can't think of a better way to be spending our time.

"Chain Reaction" is the first single from your upcoming album which is scheduled to be released in April 2018. What can we expect from this record - more songs like "Chain Reaction" or something completely different as well? Are there any plans for a European tour?

There's going to be about 12 songs on the album, ranging from fast punk rock to Weezer-eque powerpop, but all with an undeniable Rocket sound. We'll be releasing two more tracks over the next few months so I guess those will provide some insights in the sound of the album. I know we can't wait for people's reactions, as "Chain Reaction" received such a warm reception.

As far as touring goes: there's a lot in the works. We have about 10 shows planned in Belgium alone over the next few months, and we’ll be heading out with F.O.D. this spring and fall for a tour package called Paper Planes Tour 2018. We plan to get started on some shows down south (France and Spain, to be precise) later this year too. Ample plans, but for now we're focusing on finishing up the album!


If you want to learn more about The Rocket, please visit their official website:
https://www.facebook.com/hiwearetherocket/

Wywiad z The Rocket

The Rocket to pochodzący z Belgii zespół pop-punkowy założony w 2009. Dotychczas wydali dwa albumy „The Rocket” i „Not Everyone Grows Up To Be An Astronaut”, a w kwietniu 2018 ukaże się ich kolejny krążek. Występowali między innymi na prestiżowym punkrockowym festiwalu Groezrock w 2013. W skład grupy wchodzą: Tom de Ridder (wokal), Stijn Debontridder (gitara), Bastiaan Jonniaux (perkusja), Joris Goetstouwers (gitara basowa) i Frederik Meuris (syntezatory). W wywiadzie gitarzysta grupy Stijn Debontridder opowiada o początkach kapeli, jej największych osiągnięciach, nowej piosence „Chain Reaction” i planach na przyszłość.


Zespół The Rocket powstał w 2009, ale dopiero po ośmiu latach wasza kariera prawdziwie się rozwinęła - wydaliście bowiem utwór „Chain Reaction”. Czy moglibyście opowiedzieć coś więcej na temat początków grupy i pierwszych latach jej istnienia?

Oczywiście! Zespół narodził się jako side-project naszego wokalisty Toma i Geoffa od syntezatorów. Byli członkami innego zespołu punkrockowego Gino’s Eyeball, ale chcieli spróbować czegoś bardziej… teatralnego. Zaczęli więc pisać piosenki do – nie żartuję – punkrockowego musicalu o nazwie „The Incredible Ninja Attack”. Przerosła ich jednak logistyka tego projektu, więc go zarzucili. Niemniej jednak chłopaki nadal grali i pisali, i tak w dużym skrócie narodziło się The Rocket. Niektórzy członkowie kapeli (jak choćby ja) dołączyli trochę później i wkrótce nagraliśmy nasz pierwszy album „The Rocket” w małym, ale wspaniałym studiu The Penthouse.

Jak to zwykle bywa z różnymi rzeczami w punk rocku, od tego czasu wszystko zaczęło się rozkręcać. Szybko zapracowaliśmy sobie na reputację fajnej i energetycznej kapeli rodem z balów przebierańców. Tym sposobem załapaliśmy się na kilka niesamowitych koncertów na terenie Beneluxu.

Przez kolejnych pięć lat doszło do kilku zmian w składzie (wszystkie odbyły się w przyjaznej atmosferze), ale główni tekściarze pozostali w kapeli. Dało to nam bardzo potrzebny element stabilności. Poradziliśmy sobie nawet ze zmianą wokalisty przy ostatnim albumie, który zrobiliśmy przed przerwą w występach. Hans Roofthooft (wokalista F.O.D.) nagrał z nami krążek „Not Everyone Grows Up To Be An Astronaut”, który w rezultacie zapewnił nam miejsce na Groezrock, w kilku belgijskich stacjach radiowych i inne tego typu rzeczy.

Jakoś cztery lata temu po ponownej męczącej zmianie składu pierwszy raz podjęliśmy decyzję o zawieszeniu działalności grupy - czuliśmy, że straciliśmy naszą „esencję”. Na szczęście przerwa, którą sobie zrobiliśmy na nowo rozpaliła w nas ogień. I teraz znów jesteśmy gotowi do działania!

„Chain Reaction” to piosenka o zakończeniu związku i zrzucaniu za to na siebie winy. Kiedy wpadliście na pomysł napisania tego utworu? Czy opiera się na waszych życiowych doświadczeniach?

Większa część „Chain Reaction” została napisana przez Geoffa, odpowiadającego za syntezatory w pierwotnym składzie, który od dłuższego czasu już z nami nie gra, ale cały czas nas wspiera. Myślę, że wszystkie nasze dotychczasowe albumy miały przynajmniej jedną napisaną przez niego piosenkę. Tak więc stworzył on bazę liryczną, na której dalej budowaliśmy - prawdziwe znaczenie piosenki pewnie zostało już zatracone. Myślę, że to może czynić ten utwór wyjątkowym - ma ona dość ogólny wydźwięk.

Tak właściwie „Chain Reaction” mogłoby nawet wcale nie być miłosną piosenką. Nie jest to zresztą pierwsza napisana przez nas piosenka, która ma głębsze dno, gdy dokładniej wczytasz się w słowa.

Waszymi ulubionymi artystami i muzycznymi inspiracjami są kapele rockowe Motion City Soundtrack i Weezer, ale również czołowe gwiazdy pop Katy Perry i Taylor Swift. Jak łączycie te dwa całkiem różne gatunki? Czy to trudne?

To wszystko sprowadza się do faktu, że lubimy dobrą muzykę. A taką można odnaleźć w każdym gatunku. Chociaż łączy nas miłość do punk rocka, mamy w kapeli kilku metalowców i kilku miłośników muzyki pop. Nigdy nie staramy się kopiować muzycznego stylu ulubionych artystów, po prostu chcemy tworzyć dobre popowe piosenki z duszą, które będą miały z nimi pewną więź.

Z bardziej technicznego punktu widzenia mocno wierzymy w to, że każdy piosenka może działać z jedną lub dwoma gitarami akustycznymi oraz jednym lub dwoma głosami. Jeżeli rdzeń utworu nie współgra z oprawą, po prostu nie nadaje się to do słuchania (jak choćby połączenie elektroniczna muzyka i death metal). Ponadto punk rock i prawdziwy pop mają ze sobą więcej wspólnego niż może wam się wydawać: podobne aranżacje, struktury, często nawet instrumenty (chociaż inaczej używane), warstwy wokalne i zharmonizowanie… To wszystko jest kwestią odpowiedniego układania puzzli w takim czy innym stylu.


W 2013 mieliście okazję wystąpić na Groezrock, jednym z większych punkrockowych festiwali w Europie. Jakie są Twoje wspomnienia z tego niesamowitego wydarzenia? Jak ludzie zareagowali na waszą muzykę?

Pamiętam, że rano było bardzo, bardzo zimno. Pamiętam też stanie na pustej scenie z gorącą kawą (graliśmy pierwsi, więc przyjechaliśmy przed otwarciem bramek) z myślą „fuck yeah”. Szczerze mówiąc, to było niesamowite. Mieliśmy zaszczyt grać na głównej scenie, więc podobnie jak sam namiot była to ogromna przestrzeń. Ku naszemu zaskoczeniu miejsce było całkiem zatłoczone już kiedy zaczęliśmy grać. Co działo się dalej pamiętam jak przez mgłę, bo mam tendencję do zapominania o całym świecie, gdy jestem na scenie.

Domyślam się, że oprócz bycia muzykami, macie też inne zainteresowania i ulubione aktywności. Jak spędzacie swój wolny czas, kiedy nie jesteście w studiu i nie gracie koncertów?

Muzyka zajmuje bardzo dużą część naszego wolnego czasu (to właściwie również moja praca), bo traktujemy ją naprawdę serio. Większość czasu spędzamy na próbach i pisaniu piosenek. Mieliśmy przerwę od pisania w czasie nagrywania albumu, ale teraz znów do tego wróciliśmy.

Niektórzy z nas prowadzą też niezależną wytwórnię płytową Thanks But No Thanks Records. Tak więc myślę, że jeśli nie robimy czegoś związanego z muzyką, to po prostu nie mamy wtedy wolnego czasu. Albo oglądamy „Ricka i Morty’ego”.

Joe jest związany z różnymi sportowymi dyscyplinami, a Bastiaan gra w trzech różnych kapelach (o bardzo zróżnicowanym stylu, jedna z nich jest bardzo znana w Belgii), więc nie mają tak dużo wolnego czasu do zagospodarowania.

Mimo wszystko uwielbiamy styl życia, który prowadzimy. Dla wielu ludzi muzyka jest luksusem - bardzo dużo dzieciaków płaci za bilety, by zobaczyć ulubione zespoły, za kupowane lub ściągane przez internet albumy i inne podobne rzeczy. Cieszymy się z tego, że jesteśmy po drugiej stronie i możemy wysyłać naszą kreatywność w świat. Jeżeli to zajmuje sporą część naszego czasu, niech tak dalej będzie, bo chyba nie wymyślimy lepszej metody spędzenia naszego życia.

„Chain Reaction” jest pierwszym singlem z waszego nadchodzącego albumu, który ma się ukazać w kwietniu 2018. Czego możemy oczekiwać po tym krążku - więcej utworów w stylu „Chain Reaction” czy również czegoś zupełnie innego? Macie jakieś plany europejskiej trasy koncertowej?

Na naszym albumie znajdzie się około 12 piosenek od szybkiego punk rocku do powerpopu w stylu Weezer, ale niezaprzeczalnie będzie to typowe brzmienie The Rocket. W najbliższych miesiącach wypuścimy dwa nowe utwory, więc dadzą one pewien wgląd w ogólne brzmienie krążka. Nie możemy się doczekać reakcji ludzi, bo „Chain Reaction” dostało bardzo dobre recenzje.

Jeśli zaś chodzi o trasę koncertową - czeka nas sporo pracy. Na kolejnych kilka miesięcy mamy zaplanowanych 10 indywidualnych występów w Belgii. Planujemy też wyruszyć wiosną i jesienią w trasę Paper Planes Tour 2018. W tym roku planujemy też zacząć koncertować na południu Europy (konkretnie we Francji i w Hiszpanii). Plany są szerokie, ale na razie skupiamy się na skończeniu albumu!


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat The Rocket, zajrzyjcie na ich oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/hiwearetherocket/

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Rozmowa z Natalią Hołownią

Natalia Hołownia jest redaktor prowadzącą serwisu gala.pl i prowadzącą programu „Gala Studio”, w którym regularnie przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiego i zagranicznego showbiznesu. Studiowała literaturę i języki obce w Poitiers oraz iberystykę na Uniwersytecie Warszawskim. Podczas pobytu we Francji miała okazję poznać tajniki paryskiego szyku i elegancji. Opisała je w książce „Jak być paryżanką w Polsce”, która ukazała się w listopadzie 2017 nakładem wydawnictwa Burda Książki. W wywiadzie Natalia opowiada o paryskim stylu na polskich ulicach, kulisach świata showbiznesu i pracy dziennikarki oraz swoich planach na przyszłość.

(Foto: Monika Szałek)

W marcu 2018 planowana jest premiera polskiej edycji magazynu modowego „Vogue”. Którą polską gwiazdę wyobrażasz sobie na okładce pierwszego numeru tego pisma?

„Vogue” jest w swoim założeniu tytułem międzynarodowym. Każda edycja stara się uwzględnić cały świat, a nie tylko regionalny showbiznes. Dlatego myślę, że to musi być międzynarodowa gwiazda, a na naszym polskim podwórku takimi gwiazdami są supermodelki. Skoro Małgosia Bela jest dyrektor kreatywną „Vogue’a”, to prawdopodobnie będzie to właśnie ona.

A czy poza supermodelkami mamy w Polsce takie kobiety, które mogą aspirować do rangi ikony mody na miarę „Vogue’a”? W swojej książce mówisz w ten sposób np. o Joannie Horodyńskiej, chociaż za taką ikonę często uchodzi też Grażyna Torbicka.

Absolutnie tak, chociaż pytanie jakie będzie założenie „Vogue Polska” - czy postawią głównie na gwiazdy międzynarodowe, czy również na polskie. Jeżeli to będzie ten drugi nurt, to Magda Cielecka, Maja Ostaszewska, Grażyna Torbicka, Grażyna Szapołowska i Lidia Popiel też byłyby świetnym wyborem na okładkę.

Młode dziewczyny coraz częściej inspirują się „polskimi paryżankami”, o których wspominasz w książce „Jak być paryżanką w Polsce”. Czy ten styl zaczyna dominować na ulicach, czy jednak nadal przeważa sztuczność i lekka tandeta?

Ten paryski styl jest bardzo obecny wśród młodych studentek. Naturalność, piękne rozpuszczone włosy, zamotane koczki, opadające na ramiona swetry… Trochę styl hippie, trochę boho. Obserwuję to w miejscach, które opisuję w książce. Takie dziewczyny przychodzą np. do knajpki Charlotte na śniadanie lub lunch. Strasznie im zazdroszczę, bo jak ja studiowałam, nie było jeszcze takich fajnych miejsc (śmiech). Ale też coraz częściej wyglądają tak dziewczyny 30+, w moim wieku. Wydaje mi się, że ten styl tipsy, pasemka i białe kozaczki już trochę odchodzi w zapomnienie, również dzięki polskim blogerkom. Można je lubić lub nie, ale robią dobrą robotę, jeśli chodzi o kształtowanie gustów w Polsce. Duże znaczenie mają także polscy projektanci jak na przykład Gosia Baczyńska, Łukasz Jemioł i MMC, którzy lansują fajne rzeczy. Nie zapominajmy o też o Magdzie Butrym, która jest już dziś gwiazdą światowej mody.

W książce podkreślasz, że paryski styl to roztrzepane włosy i walka z perfekcjonizmem. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi o to, by o siebie nie dbać.

Absolutnie nie chodzi o żadną abnegację, ale o to, by nie popaść w niewolę perfekcjonizmu. Jak pisze Dorota Wellman w tzw. blurbie do mojej książki, dziś odczuwamy olbrzymią presję bycia perfekcyjną i w pracy, i w domu. A im bardziej próbujemy być perfekcyjne, tym bardziej zatracamy swoją osobowość i oddalamy się od naturalnego stylu. Tymczasem pozwalanie na to, żeby wyszło nam ramiączko od stanika, a szminka była trochę rozmazana jest naprawdę sexy i świadczy o naszej pewności siebie. Coco Chanel mówiła, że nigdy kobieta nie powinna wyglądać tak, jakby za długo się starała - prawdziwie elegancka kobieta musi być zawsze trochę źle ubrana. Wydaje mi się, że tu leży „clue” paryskiego szyku.

(Foto: Helena Ludkiewicz)

Paryżanka może pozwolić sobie na więcej, jeśli chodzi o modę, ale nie na wszystko. Podajesz pewne żelazne zasady, których nie może ona złamać, np. noszenie tipsów. 

W książce mówię oczywiście o pewnym micie paryżanki – w rzeczywistości taka dziewczyna pewnie nawet nie istnieje. Chodzi po prostu o pewien ideał, do którego wiele kobiet dąży. Na pewno większość dziewczyn kiedyś spróbowała tipsów. Ja akurat nie, ale już hybryd jak najbardziej! Doczepiałam też sobie kilka razy rzęsy, ale uznałam, że to nie dla mnie. Lubię lekkość wizerunku, to właśnie urzeka mnie u młodych, naturalnych dziewczyn. Każdej z nas zdarzają się jednak błędy, nawet dzisiejszym ikonom stylu. Joanna Horodyńska wielokrotnie wyśmiewa swoje stare stylizacje. Ewoluujemy, dowiadujemy się z książek czy z magazynów, co jest fajne, a co nie. To nie jest tak, że rodzisz się jako kuzynka Coco Chanel lub Audrey Hepburn i masz ten styl we krwi. Fajnie jest jednak kierować się pewnymi zasadami, którym hołdowały takie ikony francuskiego stylu jak Charlotte Gainsbourg, Lou Doillon czy kiedyś Catherine Deneuve. Zawsze jest łatwiej, kiedy ma się jakiś wzór.

Mówisz o stylu paryskim, inni o włoskim czy amerykańskim. Polska chyba częściej jest znana z modowych wpadek niż własnego wypracowanego stylu. Czy możemy mówić o jakimś polskim szyku?

Wydaje mi się, że teraz ludzie bardziej nastawiają się na modę streetową. Jeśli chodzi o Warszawę, gdzie mieszkam, to naprawdę jest coraz lepiej. Coraz mniej widzę zlakierowanych loków czy trwałych, co mnie bardzo cieszy. Ale czy można tak generalizować, jeśli chodzi o Polskę? Nie wiem, trudno powiedzieć. Napisałam tę książkę w kontrze do tego, co widzę w polskim showbiznesie. Nie można mieć luźnej sukienki, bo od razu napiszą, że jesteś w ciąży. Trzeba zawsze epatować perfekcyjną figurą, a i tak na serwisach społecznościowych bardzo surowo cię ocenią. Bycie sławnym w Polsce jest wyzwaniem (śmiech). Nie znaczy to jednak, że wszystkie panie powinny wyglądać tak samo jak przez kalkę. Dlatego doceniam takie dziewczyny jak Horodyńska, Macademian Girl, Ramona Rey, Margaret czy Brodka, które absolutnie wyłamują się z tego pochodu sukienek koktajlowych i szpilek nude.

Czyli innymi słowy musimy znaleźć złoty środek między perfekcjonizmem a stylem „typowej Grażyny”...

Złoty środek jest zawsze najważniejszy, ale ważne jest też to, aby za nikogo się nie przebierać. Mamy ubierać się tak, żeby było nam wygodnie. Paryżanki, o których piszę, bardzo lubią naturalne tkaniny, czyli kaszmiry, wełny, jedwabie i to wcale nie musi być drogie. Na przykład kaszmirowe sweterki w sieciówce naprawdę można kupić w rozsądnej cenie. Sama nie kupuję ich nigdzie indziej, bo po prostu nie byłoby mnie na to stać. Można upolować fajne perełki, zwłaszcza na przecenach. Jak masz na sobie miękką tkaninę, która otula twoje ciało, to inaczej wyglądasz i inaczej się czujesz. Radziłabym też odrzucić wszelkie błyszczące rajstopy i niebotycznie wysokie szpilki, w których zwyczajnie nie da się chodzić.

Z tego co wiem, pomysł na książkę „Jak być paryżanką w Polsce” narodził się w Poitiers, gdzie studiowałaś literaturę i języki obce. Jak wyglądała Twoja pierwsza styczność z tym paryskim szykiem?

Najpierw zaczęłam zwracać uwagę na fryzury dziewczyn. Moja mama zawsze walczyła o to, żebym wiązała włosy w kok, a ja stanowczo się temu sprzeciwiałam. Nagle zobaczyłam, że w Poitiers jest to bardzo powszechna fryzura. Im bardziej ten kok niedbały, tym piękniej dziewczyna wygląda. Potem zauważyłam, że one w ogóle nie noszą tego, co jest aktualnie modne. Wtedy akurat były czasy popularności serialu „Gossip Girl” i dużo dziewczyn na świecie dążyło do takiego perfekcyjnego, wypracowanego wizerunku. Francja była do tego w zupełnej kontrze. Ówczesna pierwsza dama Carla Bruni ubierała się adekwatnie do okazji, ale bardzo skromnie. Pamiętam ją np. w toczku, szarym płaszczyku i płaskich butach. To był dla mnie fenomen, że tak ważna osoba w państwie założyła płaskie buty! Było to zarazem bardzo stosowne, ponieważ mąż był od niej niższy. Francuzki były tym stylem zachwycone. Modny był też styl Lou Doillon i Charlotte Gainsbourg, czyli roztrzepane włosy, klasyczne koszule, przetarte jeansy i buty motocyklowe.

Poitiers to takie małe międzynarodowe miasteczko, do którego przyjeżdżają studenci dosłownie z całego świata. Było tam bardzo dużo Włoszek i dziewczyn z Ameryki Łacińskiej. Stopniowo ulegałyśmy miejscowej modzie i z każdym miesiącem stawałyśmy się coraz bardziej francuskie. Nawet Włoszki porzucały swój bardzo bogaty styl na rzecz tych wszystkich małych sweterków. Wydaje mi się, że każda z nas powoli odnajdywała też tym samym swój własny styl.

(Foto: Monika Szałek)

W swojej książce najpierw prezentujesz Francuzki, a następnie Polki, które uległy temu paryskiemu szykowi. Wiele z nich miałaś okazję poznać osobiście. Jak wspominasz swoje pierwsze doświadczenie z polskim showbiznesem?

Najpierw pracowałam na festiwalach filmowych w Wenecji i w Berlinie, dopiero później w Polsce. Pierwsze co pamiętam to była impreza jakiegoś polskiego radia. Widziałam tam wiele gwiazd polskiej muzyki. Byłam zszokowana tym, jak bardzo szczupłe są te kobiety. Zobaczyłam też, że praktycznie nikt nic nie je na tych wszystkich eventach (śmiech). Potem zrozumiałam również, jaki stres towarzyszy dziewczynom, kiedy pozują na czerwonym dywanie. Przez kilka lat robiło na mnie wrażenie, jak można być tak perfekcyjnie wystylizowanym. Włosy, buty, paznokcie - ja tak nie potrafię. Mi jednak zawsze gdzieś po drodze odpada lakier na paznokciach (śmiech). Zaczęłam w końcu rozumieć, dlaczego zarobki gwiazd showbiznesu są takie, a nie inne, bo wyglądanie w taki sposób wymaga dużych nakładów finansowych.

Pamiętam też jak pierwszy raz zobaczyłam na żywo Magdę Cielecką na festiwalu filmowym w Gdyni. Zbliżała się już do czterdziestki, a wyglądała po prostu jak dziewczynka i otaczał ją wianuszek zachwyconych mężczyzn. W Gdyni zobaczyłam też Maję Ostaszewską w ponadczasowej sukience Gosi Baczyńskiej. Zawsze byłam wielką fanką Kasi Herman, która jest dla mnie sobowtórem Sophie Marceau, ikony Francji. Potem zaprzyjaźniłam się z Aśką Horodyńską i zrozumiałam jej pojęcie mody, inne niż moje. Szanuję jednak jej podejście, bo ona naprawdę żyje modą. Nie ma kolekcji, której ona by nie znała. Uważam, że jest bardzo odważna, choć niekiedy nierozumiana. W Polsce nie ma trochę zezwolenia na takie modowe szaleństwa, a myślę, że byłoby o wiele ciekawiej, gdybyśmy pozwalali naszym gwiazdom popuścić wodze fantazji.

Są takie gwiazdy w polskim showbiznesie jak wspomniana przez Ciebie Joanna Horodyńska czy Margaret, które balansują między modą a kiczem, ale umieją się wybronić…

Joanna Horodyńska, Margaret i Macademian Girl to taka moja trójca, która może uchodzić za nasze trzy Anny Dello Russo. Piszę zresztą o tym w mojej książce. Aśka może nie, ale Margaret i Macademian są totalnie poza trendami. Tworzą własną modę i wizerunek, są bardzo kolorowe i nie da się ich nie zauważyć. Joanna z kolei budzi emocje, bo na przykład jako pierwsza ma rzeczy Balenciagi czy Louis Vuitton. Inwestuje w to grube fundusze, ale uważa, że warto. Bardzo cenię te dziewczyny. Wyróżniają się w zalewie sukienek koktajlowych i 12-centymetrowych szpileczek.

Te piękne polskie paryżanki są w Twojej książce równie pięknie narysowane przez Annę Halarewicz. Jak narodziła się wasza współpraca i jak wyglądała? 

Obecność ilustracji w książce to był dla mnie absolutny „must”. Współpracę z Anią zaproponowało mi moje wydawnictwo, Burda Książki. Ania jest bardzo profesjonalna. Potrafi poprawić każdą kreskę, jeżeli nie jesteś do czegoś przekonany. Wymieniałyśmy maile o 4-5 nad ranem i nie było to dla niej żadnym problemem. Ania zajęła się też opracowaniem graficznym tytułu. Bardzo zależało mi na polskim aspekcie, więc umieściłam w tytule zarys naszego polskiego Empire State Building, czyli Pałacu Kultury (śmiech). Chciałam nim zaakcentować, że jest to książka o Polsce i o Polkach. Oczywiście „jak być paryżanką”, ale na naszych polskich warunkach.

Z tego co piszesz w swojej książce, paryżanka nigdy nie chodzi na siłownię, co najwyżej wychodzi na spacer czy lekki jogging.

Nie rozumiem zamykania się w dusznym pomieszczeniu z ludźmi, którzy wydają dziwne dźwięki i się pocą. Piszę natomiast o tańcach afrykańskich, czyli zajęciach, na które chodziłam we Francji i które były dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Może jest gdzieś w Polsce taki sport, ale ja tego nie widziałam. Jeżeli znajdę, to na pewno się zapiszę! (śmiech) To było o tyle wyjątkowe, że nikt nie miał na sobie strojów sportowych, tylko jakieś tuniki i luźne spodnie. Miałam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie w lata 70. i tańczyła wśród hipisek do afrykańskich rytmów. Tam rzeczywiście ćwiczy się inaczej. Przeraża mnie trochę kultura bodybuildingu i idealnej figury. Sama takiej nie mam i nie chciałabym czuć się z tego powodu gorsza. Te paryżanki, które opisuję, też wcale nie zawsze mają idealną figurę.

A jakie sporty Ty uprawiasz?

Żadnych! Jak Boga kocham, nie uprawiam żadnych sportów. Czasami chodzę sobie do parku i nieraz zdarza mi się biegać. Za to bardzo lubię tańczyć, ale niestety coraz mniej jest ku temu okazji.

Skoro mowa o tańcu… Masz jakieś ulubione gatunki muzyczne? Czy ten gust muzyczny też jest „paryski”?

Słucham bardzo różnej muzyki. Mam płyty Carli Bruni, Patricii Kaas i Serge’a Gainsbourga, ale bardzo lubię też trap, hip-hop, rap oraz dobrą polską muzykę: Dawida Podsiadło, Melę Koteluk, Kasię Nosowską, Annę Marię Jopek czy Kayah. To nie jest tak, że słucham sobie tylko Édith Piaf przy porannej kawie. Nie jestem pretensjonalna, jeśli o to chodzi.

Czyli jesteś taką bardziej polską niż francuską paryżanką?

Polska paryżanka… Tak, to brzmi fajnie.

(Foto: Monika Szałek)

Ostatnio głośno było w prasie o Twoim wywiadzie z Joanną Przetakiewicz, w którym ujawniła kilka tajemnic ze swojego życia. Jak budujesz zaufanie z gwiazdami, z którymi rozmawiasz? Czy one naprawdę są takie niedostępne, jak się niektórym wydaje?

Takie zaufanie buduje się latami. To środowisko jest dosyć małe i spotykasz tych samych ludzi przy okazji wielu różnych eventów. Najpierw robisz z nimi pomniejsze materiały, potem coraz większe, aż dochodzi do takiej wisienki na torcie. Są gwiazdy pracujące tylko z określonymi dziennikarzami, są takie, które musisz dobrze znać i wiedzieć, jakich tematów lepiej nie poruszać. Nie spotkałam się chyba z osobą, która miałaby jakieś tabu, ale wszystkie osoby, z którymi rozmawiam, mają oczywiście możliwość autoryzacji. Zawsze działam w porozumieniu z moimi rozmówcami, dlatego program „Gala Studio” za chwilę będzie miał już dwa lata i jest naszym dużym sukcesem. Nikt nigdy nie zablokował nam żadnego wywiadu.

Czyli z reguły przeprowadzasz wywiady z osobami, które znasz wcześniej z rozmaitych eventów?

W większości przypadków tak, ale nie zawsze. Na przykład nie znałam wcześniej Piotra Stramowskiego, Marcina Gortata czy Michała Żebrowskiego. Zaprosiłam ich, wysyłając program jako moją wizytówkę i zgodzili się. Zawsze staram się być do wywiadu dobrze przygotowana. Wtedy oni też się bardziej otwierają. A mi z kolei dodaje to pewności siebie.

Czy takim wywiadom towarzyszy stres? Jaki był Twój najbardziej stresujący wywiad, taki „Mount Everest wywiadów”, który udało Ci się zdobyć? 

Kinga Rusin. Ma otoczkę osoby wyniosłej i trudno dostępnej. Mimo że już się znałyśmy i wielokrotnie współpracowałyśmy, to chciałam jej zadać trudne pytanie. U Kingi zawsze fascynowało mnie to, że udźwignęła osobistą tragedię, jaką jest rozpad małżeństwa, i to odbywający się na pierwszych stronach gazet. Dodatkowo jej były mąż związał się z jej przyjaciółką. Sama nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Strasznie się bałam zadać jej to pytanie, nawet zrobiłam taki wstęp: „Zadam ci zaraz bardzo trudne pytanie, możesz mi nie odpowiadać”. Naprawdę się bałam, bo mogła wstać i wyjść, przerwać wywiad czy powiedzieć, że jestem bezczelna… Mogła zrobić wszystko, a po prostu mi na to pytanie odpowiedziała. Uważam to za mój największy sukces - ten wywiad był cytowany naprawdę wszędzie. Wtedy już wiedziałam, że to jest dobry pomysł na wywiady - zadawanie pytań, które wszyscy chcą zadać, ale boją się to zrobić.

Po wydaniu książki sama zaczęłaś udzielać wywiadów, być może dostajesz jakieś propozycje działalności innej niż dziennikarska. Czy znając ten świat od środka, nie chciałabyś się znaleźć po drugiej stronie? Nie zazdrościsz czasem gwiazdom, z którymi rozmawiasz?

Zawsze chciałam być aktorką, ale jestem już na to za stara i raczej nie mam wielkiego talentu (śmiech). Marzy mi się za to praca scenarzystki, ale zobaczymy. Dostałam rzeczywiście propozycję napisania drugiej książki. Nie wiem jeszcze, o czym dokładnie będzie. Na razie cały czas jestem redaktor prowadzącą serwisu gala.pl, prowadzę program „Gala Studio”, od czasu do czasu rzeczywiście udzielam wywiadów. Ale nic się w moim życiu nie zmieniło, nie stałam się nagle celebrytką i to mi raczej nie grozi (śmiech). Natomiast rzeczywiście rozpoznawalność wzrasta, ale najfajniejsze w tym wszystkich są wiadomości, które dostaję od czytelników. Uwielbiam je czytać. Naprawdę, jest dobrze tak jak jest, i oby tak było jak najdłużej.

(Foto: Burda Książki)

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat paryskiego szyku, zachęcam do kupienia książki „Jak być paryżanką w Polsce”:

sobota, 20 stycznia 2018

Interview with Katherine Kelly Lang

Katherine Kelly Lang is an American actress, best known for the role of Brooke Logan in the soap opera "The Bold and the Beautiful". For her role she was nominated for Soap Opera Digest Award and Daytime Emmy Award multiple times. Playing a person from the fashion industry for many years, she decided to create her own line of kaftans and jewellery. In the interview Katherine Kelly Lang is talking about her iconic character, Polish fans, healthy lifestyle and her plans for the future.


I think everyone in Poland at least heard about Brooke Logan. You have been playing her in "The Bold and the Beautiful" for 30 years and created an iconic, loved or hated character. What do you think about Brooke and her behavior towards Forrester family? What is it like to play one role for so many years?

Playing Brooke for over 30 years seems unbelievable. It can't have been that long ago since we started! Brooke is a wonderful character that I've enjoyed playing for a long time. She's so familiar and part of me that I can't imagine life without her. This role has given me so much and I'm so fortunate. The privilege of coming to work every day and fulfilling my passion to be an actor is priceless. Brooke follows her heart and she can't fake it. She's authentic. She's not afraid of being completely empowered that way. She's ambitious and follows her professional dreams and achieves them too. She's unapologetic about her choices.

Brooke Logan got married twenty times, so you had a chance to wear many different wedding gowns and make great memories. Which of these weddings was your favourite to play and why?

The series is about love stories, and Brooke has had more love stories than any other character. I guess that makes Brooke among the winners, in one way or another. It definitely means I've been working a lot as an actress. My favorite wedding is the one I am doing that day. Getting married on horseback on a beach in Malibu to Ridge all those years ago and riding horses through the desert in Palm Springs in Brooke's marriage to Eric stand out.

Four years ago Polish fans of "The Bold and the Beautiful" were very surprised to see Brooke getting drunk off Polish vodka. Do you have any special memories associated with Poland or your Polish fans?

Everyone in America knows that Polish vodka is the best. It makes sense that Brooke would settle for nothing but the finest vodka. I have a lot of interaction with Polish fans. They are very active on social media and I see a lot of Polish fans responding and commenting on my social media accounts. It's a great way to get a sense of who they are and who is watching. And it's wonderful to get mail from viewers in Poland. I love hearing from them. Every two years, in Los Angeles, we do a wonderful event especially for fans, and it's always so nice to meet Polish fans there, too.

(Photo: JPI Studios)

After so many years you still look very young and fresh, so I guess that you do a lot to stay healthy and in shape. What are your favourite sport activities and ways of spending free time?

I have my mother to thank for my great genes. She is so youthful even though she is getting older, so I guess I take after her. I also take care of myself. I exercise, eat right, get lots of sleep and drink plenty of water. I do everything to have a positive attitude, reduce stress and have healthy relationships. For exercise I do triathlons, so I run, cycle and swim.

How did you spend the holidays?

I did some work in Italy at the beginning of the holidays, but I got to spend some special family time with my kids here in Los Angeles, too.

This year you will star in the movie "Stan the Man" and there are more great projects with you to come. Can you tell us something more about your plans for 2018?

I hope to push myself to discover new limits by running a marathon, launching new jewelry and triathlon gear lines, and I also hope to do more for others this year through my charities, Women for Tri and Breakaway from Cancer. I'm also going to be acting in a movie in Italy in the spring and working on producing a movie in the fall. And I'm still going to be working full time as Brooke on "The Bold and the Beautiful". I'm looking forward to some great storylines for her in 2018.

Thank you very much for the interview.

Thank you and all the viewers in Poland for watching!


If you want to learn more about Katherine Kelly Lang, please visit her official website:
https://katherinekellylangkaftans.com/
https://www.facebook.com/KatherineKellyLangOfficial/

Wywiad z Katherine Kelly Lang

Katherine Kelly Lang jest amerykańską aktorką znaną przede wszystkim z roli Brooke Logan w operze mydlanej „Moda na sukces”. Za swoją rolę kilkukrotnie otrzymała nominację do nagród Soap Opera Digest i Daytime Emmy. Grając od wielu lat osobę związaną ze światem mody, sama również postanowiła stworzyć własną linię tunik i biżuterii. W wywiadzie Katherine Kelly Lang opowiada o swojej kultowej bohaterce, polskich fanach, zdrowym stylu życia i planach na przyszłość.


Myślę, że każdy w Polsce przynajmniej słyszał o Brooke Logan. Wciela się Pani w jej postać w „Modzie na sukces” od 30 lat i stworzyła ikoniczną, kochaną lub nienawidzoną bohaterkę. Co Pani myśli na temat Brooke i jej zachowania wobec rodziny Forresterów? Jak to jest grać jedną rolę przez tyle lat?

To niewiarygodne, że gram Brooke już od ponad trzydziestu lat. Nie wierzę, że to się zaczęło tak dawno! Brooke jest niesamowitą postacią, w którą od lat uwiebiam się wcielać. Jest mi tak bliska i tak się ze mną zrosła, że nie wyobrażam już sobie życia bez niej. Ta rola dała mi tak wiele, miałam ogromne szczęście. Przywilej przychodzenia codziennie do pracy i spełniania mojej aktorskiej pasji jest bezcenny. Brooke podąża za swoim sercem, a jego nie można oszukać. Jest autentyczna. Nie boi się podporządkować całej swojej siły uczuciom. Cechuje ją ambicja, podąża za swoimi zawodowymi marzeniami i konsekwentnie je osiąga. Nigdy nie żałuje swoich wyborów.

Brooke Logan wychodziła za mąż dwadzieścia razy, więc miała Pani szansę nosić wiele różnych sukni ślubnych i zbierać piękne wspomnienia. Który z tych ślubów najbardziej się Pani podobał i dlaczego?

Ten serial opiera się na miłosnych historiach, a Brooke miała ich więcej niż którykolwiek inny bohater. Myślę, że to pod wieloma względami czyni z niej zwyciężczynię. Oznacza to niewątpliwie, że dużo pracuję jako aktorka. Moim ulubionym ślubem jest ten, który odbywa się danego dnia. Chociaż ślub z Ridge’m na plaży w Malibu sprzed lat, kiedy siedzieliśmy na koniach, oraz jazda konna przez pustynię w Palm Springs, gdy Brooke wychodziła za Erica, to zdecydowanie moje ulubione momenty.

Cztery lata temu polscy fani „Mody na sukces” byli mocno zaskoczeni, widząc jak Brooke upija się polską wódką. Ma Pani jakieś wyjątkowe wspomnienia związane z Polską lub polskimi fanami?

Wszyscy w Ameryce wiedzą, że polska wódka jest najlepsza. Można się więc było spodziewać, że Brooke zadowoli się tylko najlepszą wódką. Często wchodzę w interakcję z polskimi fanami. Są bardzo aktywni w mediach społecznościowych i wielu z nich odpowiada i komentuje na moich profilach w sieci. To świetny sposób, by zrozumieć kim są i kto ogląda serial. To niesamowite dostawać wiadomości od widzów z Polski. Bardzo lubię ten kontakt. Co dwa lata w Los Angeles organizujemy specjalną imprezę dla fanów i zawsze miło jest spotkać na niej również polskich wielbicieli serialu.

(Foto: JPI Studios)

Po tylu latach nadal wygląda Pani bardzo młodo i świeżo, więc domyślam się, że robi Pani wiele dla swojego zdrowia i kondycji. Jakie są Pani ulubione aktywności sportowe i sposoby spędzania wolnego czasu?

Muszę podziękować mojej mamie za wspaniałe geny. Mimo upływu lat wciąż ma w sobie młodzieńczą energię, więc pewnie po niej to odziedziczyłam. Oczywiście sama też dbam o siebie. Ćwiczę, właściwie się odżywiam, dużo śpię i piję dużo wody. Robię wszystko, by mieć pozytywne podejście do życia, redukować stres i mieć zdrowe relacje z ludźmi. Dla sportu trenuję triathlon - biegam, jeżdżę na rowerze i pływam.

A jak spędziła Pani świąteczny wypoczynek?

Na początku świąt pracowałam trochę we Włoszech, ale potem oczywiście spędziłam też wyjątkowy czas z moimi dziećmi w Los Angeles.

W tym roku pojawi się Pani w filmie „Stan the Man”, w drodze są też kolejne projekty z Pani udziałem. Czy mogłaby Pani powiedzieć nam o swoich planach na 2018?

Mam nadzieję, że nadal będę rzucała sobie nowe wyzwania, takie jak przebiegnięcie maratonu, uruchomienie nowej linii biżuterii i sprzętu do triathlonu. Chcę też w tym roku zrobić więcej dla innych poprzez moje fundacje Women for Tri i Breakaway from Cancer. Wiosną będę występować w filmie we Włoszach, a jesienią pracować przy produkcji filmu. Nadal mam też zamiar działać na pełnym etacie jako Brooke w „Modzie na sukces”. Czekam z niecierpliwością na nowe wątki z jej udziałem w 2018.

Dziękuję bardzo za wywiad.

Dziękuje Tobie i widzom z Polski, którzy nas oglądają!


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Katherine Kelly Lang, zaglądajcie na oficjalną stronę aktorki:
https://katherinekellylangkaftans.com/
https://www.facebook.com/KatherineKellyLangOfficial/

środa, 17 stycznia 2018

Rozmowa z Tomaszem Ciachorowskim

Tomasz Ciachorowski jest aktorem teatralnym i serialowym, który zdobył popularność rolami Jana Złotopolskiego w „Złotopolskich” i Michała Duszyńskiego w „Majce”. Od dwóch lat możemy go oglądać w serialu „M jak miłość”, w którym wciela się w postać Artura Skalskiego. Obecnie występuje również w spektaklu „Ranny ptaszek”, gdzie gra bezdomnego Parkera. W wywiadzie Tomasz opowiada między innymi o początkach swojej kariery aktorskiej, kulisach serialu „M jak miłość”, sporcie i planach na przyszłość.

(Foto: Marcin Wiśnios)

Po raz pierwszy pojawiłeś się na ekranie w 2008 w serialu „Niesamowite historie”, potem przyszły role w „Złotopolskich” i „Majce”. Jak wspominasz swoją pierwszą styczność z kamerą?

W produkowanym we Wrocławiu serialu „Niesamowite historie” zagrałem epizodzik. Byłem wtedy na etacie w Lubuskim Teatrze Dramatycznym w Zielonej Górze. Zaproponowano mi jeden dzień zdjęciowy. To był mój debiut na profesjonalnym planie zdjęciowym. Nie stresowałem się jakoś specjalnie, bo na planie towarzyszyła mi koleżanka z teatru. Zagraliśmy razem dwie scenki. Jakiś czas później zadzwoniła do mnie agentka z zaproszeniem na casting do „Złotopolskich”. Okazało się, że szukano nowego bohatera po odejściu z serialu Andrzeja Nejmana. Pamiętam, że miałem bardzo miły casting z Magdą Stużyńską. Już kiedy opuszczałem budynek TVP na Woronicza, dostałem telefon i powiedziano mi, że bardzo dobrze wypadłem i mogę spodziewać się propozycji. Tak też się stało - wcieliłem się w Janka Złotopolskiego, a potem kolejne role posypały się jedna po drugiej.

Po rolach w „Złotopolskich” i „Majce” przylgnęła do Ciebie łatka amanta, z którą trochę zerwałeś, wcielając się później w bardziej złożone postaci i czarne charaktery. Jaki typ bohatera najbardziej Ci aktorsko leży?

Staram się po prostu być jak najbardziej wszechstronnym aktorem i stawiać sobie różnego rodzaju wyzwania. Nie mam nic przeciwko graniu amantów. Nie chciałbym tylko być zaszufladkowany jako aktor, który gra wyłącznie szlachetnych i czarujących mężczyzn w gatunku Michała Duszyńskiego. Dlatego ucieszyło mnie, kiedy parę lat temu producenci dostrzegli we mnie również innego rodzaju potencjał. Od tamtej pory dostaję trochę bardziej zróżnicowane propozycje. Teraz w „M jak miłość” wcielam się w postać Artura, który bywa łajdakiem, ale robi to wszystko z miłości do swojej narzeczonej i jej dziecka. Krzywdy, które sprowadza na innych, wyrządza w afekcie i to w jakiś sposób go usprawiedliwia. Cieszę się, że również z takimi postaciami przychodzi mi się w mojej pracy zmierzyć.

Twój bohater popada w ostry konflikt z serialowym Marcinem czyli Mikołajem Roznerskim.  

W stosunku do Marcina, granego pzez Mikołaja, jestem naprawdę wredny. Przekraczam niejedną granicę, której prywatnie jako Tomasz Ciachorowski nigdy bym nie przekroczył. Mój bohater posuwa się do różnych łajdactw i gróźb. Grając jakąś rolę, aktor stara się jednak zrozumieć postać, w którą się wciela i próbuje przeanalizować drobiazgowo jej motywacje. Uważam, że wszystkimi nami kierują te same impulsy, tylko niektórzy im ulegają, a inni potrafią się im oprzeć. Artur jest taką postacią, która w obronie wartości i osób, na których mu zależy, jest gotowy nie tylko na kłamstwo, ale również na wiele gorszych rzeczy. W jakiś sposób definiuje to jego moralność.

Rozumiem, że poza kamerą pozostajecie z Mikołajem w dobrych relacjach?

Poza kamerą utrzymujemy koleżeńskie relacje, chociaż… Niedawno graliśmy z Mikołajem brawurową bójkę Marcina i Artura. Mimo że ta scena poprzedzona była staranną próbą kaskaderską, w szamotaninie, jaka powstała przy jednym z ostatnich dubli, Mikołaj niefortunnie wymierzył mi cios z kolanka między nogi, przez co wylądowałem w nocy na SOR-ze. Jak możeesz się domyślić, była to bardzo nieprzyjemna kontuzja i przez kolejne dwa tygodnie chodziłem potwornie obolały. Oczywiście nie mam za to do Mikołaja żalu, bo takie rzeczy się w naszej pracy zdarzają i wciąż jesteśmy kolegami, ale wolę z nim od tamtej pory nie zadzierać (śmiech).

Jesteś również aktorem teatralnym i często masz okazję grać z aktorami z wieloletnim doświadczeniem, np. z Barbarą Bursztynowicz w spektaklu „Ranny ptaszek”. Jak wyglądają relacje starszych aktorów z młodszymi - są koleżeńskie, czy jednak trochę na dystans?

Do współpracy z dużo bardziej doświadczonymi aktorami takimi jak Basia Bursztynowicz czy Leon Charewicz, a wcześniej Krystyna Sienkiewicz, podchodzę z dużą pokorą. Nie udaję, że pozjadałem wszystkie rozumy i wszystko już umiem jako aktor, bo tak nie jest. Wciąż mogę się wiele nauczyć od starszych kolegów i staram się czerpać ze współpracy z nimi jak najwięcej. Miałem duże szczęście pracować na jednej scenie z nieprzeciętnie utalentowanymi aktorami. Z jednej strony bacznie ich  obserwuję, a z drugiej, proszę o jakieś wskazówki i pomocną dłoń. Oni z kolei wiedzą, że chętnie słucham ich rad. Otwarcie mówią mi, jeśli dokonałem na scenie niewłaściwego wyboru. Nie odbieram tego krytycznie, bo wspólnie pracujemy na to, by stworzyć jak najlepszą kreację. Leon Charewicz bardzo mi pomógł w pracy nad zbudowaniem roli Parkera w „Rannym ptaszku” i jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Skończyłeś studia na Wydziale Oceanotechniki i Okrętownictwa Politechniki Gdańskiej. Czy zdobyte na uczelni umiejętności ścisłe pomogły Ci kiedykolwiek w pracy aktorskiej?

Nieszczególnie. Choć dwukrotnie grałem architektów, a teraz Artur, którego gram w „M jak miłość” para się budowlanką. Dzięki skończonym studiom na politechnice zagadnienia techniczne nie są mi obce i kiedy jako postać nawiązuję do wykonywanej przez nią pracy, to z reguły wiem, o czym mówię. Być może podchodzę też do budowania roli w sposób bardziej analityczny niż moi koledzy, którzy nie są inżynierami.

Często można Cię zobaczyć w serialach i teatrze, ale marzeniem większości aktorów jest oczywiście film. Czy u Ciebie również to marzenie o wielkiej roli filmowej jest obecne?

Oczywiście, bardzo chętnie zagrałbym w filmie! Niestety w Polsce kręci się stosunkowo niewiele filmów i nie tak łatwo jest awansować z ligi telewizyjnej do filmowej. Trzeba wziąć też pod uwagę to, że w większości tych filmów, które powstają w naszym kraju, zazwyczaj pojawiają się te same twarze. Na szczęście powoli się to zmienia i przemysł filmowy coraz bardziej się w Polsce rozrasta. Mam więc nadzieję, że spróbuję w końcu swoich sił w pełnometrażowym filmie fabularnym. Specjalnie jednak nad brakiem takiego zawodowego zadania nie ubolewam. Pracuję jako aktor na różnych polach - nagrywam audiobooki, pracuję na planie serialu, gram w teatrze, a niedawno wziąłem też udział w reality show „Agent - Gwiazdy”.

(Foto: Marcin Wiśnios)

Ostatnio często bywasz też na pokazach mody różnych projektantów i marek. Jak mógłbyś opisać swój styl ubierania się?

Od jakiegoś czasu pracuję nad swoim stylem i przywiązuję coraz większą wagę do tego, co na siebie wkładam. Przede wszystkim jednak te pokazy mody, o których wspomniałeś są dla mnie swego rodzaju spektaklami. To pięknie wyreżyserowane widowiska, w których moda jest tylko jednym z elementów. Po prostu jest dla mnie dużą przyjemnością i wyróznieniem móc w nich uczestniczyć. Uważam, że mamy w Polsce wyśmienitych projektantów. Wielu z nich mam szczęście znać osobiście i doceniam ich twórczość, ale jak wiesz, sam nie jestem przecież żadną ikoną mody i nawet nie pretenduję do tego tytułu.

W wywiadach podkreślasz, że dbasz o sprawność fizyczną i formę, co zresztą po Tobie widać. Jakie są Twoje ulubione sportowe aktywności?

Bieganie cały czas jest moim numerem jeden. Teraz, kiedy jest chłodniej, zwykle robię to albo na siłowni, albo w domu, bo kupiłem sobie bieżnię i w wolnych chwilach z niej korzystam. Przynajmniej raz w tygodniu staram się też pomachać sztangą na siłowni, żeby być w dobrej formie. Ponadto regularnie chodzę na basen, a latem grywam w tenisa. Nie są to może sporty wyczynowe, ale pozwala mi to na utrzymanie jako takiej formy. Jest to też dla mnie świetna odskocznia od różnych trosk i myśli, które nie dają mi spokoju. Taka aktywność fizyczna dobrze robi na głowę.

Bieganiu często towarzyszy słuchanie muzyki, sam wystąpiłeś w teledysku Sylwii Grzeszczak do piosenki „Pożyczony”. Czy to właśnie tego rodzaju muzyka jest Twoją ulubioną?

Bardzo lubię wokal Sylwii Grzeszczak i jej repertuar. Nie ukrywam, że lubię muzykę pop w dobrym wydaniu. Jest to dość lekkostrawny, ale też bardzo przyjemny dla ucha gatunek. Podczas joggingu najcześciej słucham właśnie bardzo rytmicznej muzyki popowej, bo wspaniale motywuje mnie do pokonywania kolejnych kilometrów.

A Tobie samemu zdarza się śpiewać?

Raczej nie. Śpiewam przede wszytkim w spektaklach, bo mnie do tego zmuszono.

Czyli jakieś predyspozycje są?

Jakieś predyspozycje są, bo miałem trzyletni trening wokalny w szkole aktorskiej, więc taką zupełną nogą, jeżeli chodzi o śpiew nie jestem. Uważam jednak, że są aktorzy, którzy robią to dużo lepiej, więc sam nie pcham się do śpiewania, mając świadomość swoich ograniczeń na tym polu.

Pochodzisz z Gdańska, pracowałeś w teatrze w Zielonej Górze, przez pewien czas mieszkałeś w Krakowie, a od siedmiu lat mieszkasz w Warszawie. Które z tych miejsc jest Twoim ulubionym, w którym czujesz się najbardziej komfortowo?

W Gdańsku i w ogóle w Trójmieście wciąż czuję się bardzo dobrze. Z każdym kolejnym rokiem czuję się jednak coraz bardziej u siebie tutaj, w Warszawie. Myślę, że zadomowiłem się w stolicy na dobre. Trudno mi sobie wyobrazić inne miejsce na świecie, w którym chciałbym żyć. Nawet nie ze względu na samo miasto, które skądinąd budzi we mnie dużo pozytywnych skojarzeń, ale też na ludzi, którzy mi tu towarzyszą. Oprócz rodziny w Trójmieście, właściwie wszyscy moi bliscy mieszkają w stolicy i to oni są dla mnie w tym miejscu swego rodzaju kotwicą. Kiedy przebywam dłuższy czas poza Warszawą, to nie tęsknię za betonową dżunglą roztaczającą się wokół Pałacu Kultury i Nauki, tylko właśnie za tymi osobami.

Skoro mowa o bliskich, niedawno mieliśmy rodzinny czas świąt Bożego Narodzenia. Czy mógłbyś zdradzić jak wyglądają one u Ciebie?

Standardowo. Spędzam te święta w Gdańsku z moją mamą i siostrami. Może wyjątkiem na tle innych polskich domów jest późna pora kolacji wigilijnej. Zasiadamy do wigilijnego stołu zazwyczaj dopiero koło 20. Wynika to z tego, że mam bardzo liczną rodzinę i trudno jest się nam wcześniej zebrać do kupy. Jeżeli zaś chodzi o pierwszy i drugi dzień świąt, to staramy się celebrować rodzinne więzi i spędzać ten czas wspólnie - głównie przy stole, jak to się zazwyczaj odbywa w polskich domach. Nie ukrywam, że te święta mają też dla mojej rodziny wymiar religijny i o północy tradycyjnie idziemy wszyscy razem na Pasterkę.

A co szykuje dla Ciebie nowy rok?

Tak naprawdę niewiele mogę zdradzić. Mam na horyzoncie kolejny spektakl, a od marca będzie mnie można oglądać na antenie TVN w programie „Agent”, z czego bardzo się cieszę. Na pewno dałem się tam zauważyć, więc zapraszam przed telewizory!


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Tomasza Ciachorowskiego, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę: