poniedziałek, 22 stycznia 2018

Rozmowa z Natalią Hołownią

Natalia Hołownia jest redaktor prowadzącą serwisu gala.pl i prowadzącą programu „Gala Studio”, w którym regularnie przeprowadza wywiady z gwiazdami polskiego i zagranicznego showbiznesu. Studiowała literaturę i języki obce w Poitiers oraz iberystykę na Uniwersytecie Warszawskim. Podczas pobytu we Francji miała okazję poznać tajniki paryskiego szyku i elegancji. Opisała je w książce „Jak być paryżanką w Polsce”, która ukazała się w listopadzie 2017 nakładem wydawnictwa Burda Książki. W wywiadzie Natalia opowiada o paryskim stylu na polskich ulicach, kulisach świata showbiznesu i pracy dziennikarki oraz swoich planach na przyszłość.

(Foto: Monika Szałek)

W marcu 2018 planowana jest premiera polskiej edycji magazynu modowego „Vogue”. Którą polską gwiazdę wyobrażasz sobie na okładce pierwszego numeru tego pisma?

„Vogue” jest w swoim założeniu tytułem międzynarodowym. Każda edycja stara się uwzględnić cały świat, a nie tylko regionalny showbiznes. Dlatego myślę, że to musi być międzynarodowa gwiazda, a na naszym polskim podwórku takimi gwiazdami są supermodelki. Skoro Małgosia Bela jest dyrektor kreatywną „Vogue’a”, to prawdopodobnie będzie to właśnie ona.

A czy poza supermodelkami mamy w Polsce takie kobiety, które mogą aspirować do rangi ikony mody na miarę „Vogue’a”? W swojej książce mówisz w ten sposób np. o Joannie Horodyńskiej, chociaż za taką ikonę często uchodzi też Grażyna Torbicka.

Absolutnie tak, chociaż pytanie jakie będzie założenie „Vogue Polska” - czy postawią głównie na gwiazdy międzynarodowe, czy również na polskie. Jeżeli to będzie ten drugi nurt, to Magda Cielecka, Maja Ostaszewska, Grażyna Torbicka, Grażyna Szapołowska i Lidia Popiel też byłyby świetnym wyborem na okładkę.

Młode dziewczyny coraz częściej inspirują się „polskimi paryżankami”, o których wspominasz w książce „Jak być paryżanką w Polsce”. Czy ten styl zaczyna dominować na ulicach, czy jednak nadal przeważa sztuczność i lekka tandeta?

Ten paryski styl jest bardzo obecny wśród młodych studentek. Naturalność, piękne rozpuszczone włosy, zamotane koczki, opadające na ramiona swetry… Trochę styl hippie, trochę boho. Obserwuję to w miejscach, które opisuję w książce. Takie dziewczyny przychodzą np. do knajpki Charlotte na śniadanie lub lunch. Strasznie im zazdroszczę, bo jak ja studiowałam, nie było jeszcze takich fajnych miejsc (śmiech). Ale też coraz częściej wyglądają tak dziewczyny 30+, w moim wieku. Wydaje mi się, że ten styl tipsy, pasemka i białe kozaczki już trochę odchodzi w zapomnienie, również dzięki polskim blogerkom. Można je lubić lub nie, ale robią dobrą robotę, jeśli chodzi o kształtowanie gustów w Polsce. Duże znaczenie mają także polscy projektanci jak na przykład Gosia Baczyńska, Łukasz Jemioł i MMC, którzy lansują fajne rzeczy. Nie zapominajmy o też o Magdzie Butrym, która jest już dziś gwiazdą światowej mody.

W książce podkreślasz, że paryski styl to roztrzepane włosy i walka z perfekcjonizmem. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi o to, by o siebie nie dbać.

Absolutnie nie chodzi o żadną abnegację, ale o to, by nie popaść w niewolę perfekcjonizmu. Jak pisze Dorota Wellman w tzw. blurbie do mojej książki, dziś odczuwamy olbrzymią presję bycia perfekcyjną i w pracy, i w domu. A im bardziej próbujemy być perfekcyjne, tym bardziej zatracamy swoją osobowość i oddalamy się od naturalnego stylu. Tymczasem pozwalanie na to, żeby wyszło nam ramiączko od stanika, a szminka była trochę rozmazana jest naprawdę sexy i świadczy o naszej pewności siebie. Coco Chanel mówiła, że nigdy kobieta nie powinna wyglądać tak, jakby za długo się starała - prawdziwie elegancka kobieta musi być zawsze trochę źle ubrana. Wydaje mi się, że tu leży „clue” paryskiego szyku.

(Foto: Helena Ludkiewicz)

Paryżanka może pozwolić sobie na więcej, jeśli chodzi o modę, ale nie na wszystko. Podajesz pewne żelazne zasady, których nie może ona złamać, np. noszenie tipsów. 

W książce mówię oczywiście o pewnym micie paryżanki – w rzeczywistości taka dziewczyna pewnie nawet nie istnieje. Chodzi po prostu o pewien ideał, do którego wiele kobiet dąży. Na pewno większość dziewczyn kiedyś spróbowała tipsów. Ja akurat nie, ale już hybryd jak najbardziej! Doczepiałam też sobie kilka razy rzęsy, ale uznałam, że to nie dla mnie. Lubię lekkość wizerunku, to właśnie urzeka mnie u młodych, naturalnych dziewczyn. Każdej z nas zdarzają się jednak błędy, nawet dzisiejszym ikonom stylu. Joanna Horodyńska wielokrotnie wyśmiewa swoje stare stylizacje. Ewoluujemy, dowiadujemy się z książek czy z magazynów, co jest fajne, a co nie. To nie jest tak, że rodzisz się jako kuzynka Coco Chanel lub Audrey Hepburn i masz ten styl we krwi. Fajnie jest jednak kierować się pewnymi zasadami, którym hołdowały takie ikony francuskiego stylu jak Charlotte Gainsbourg, Lou Doillon czy kiedyś Catherine Deneuve. Zawsze jest łatwiej, kiedy ma się jakiś wzór.

Mówisz o stylu paryskim, inni o włoskim czy amerykańskim. Polska chyba częściej jest znana z modowych wpadek niż własnego wypracowanego stylu. Czy możemy mówić o jakimś polskim szyku?

Wydaje mi się, że teraz ludzie bardziej nastawiają się na modę streetową. Jeśli chodzi o Warszawę, gdzie mieszkam, to naprawdę jest coraz lepiej. Coraz mniej widzę zlakierowanych loków czy trwałych, co mnie bardzo cieszy. Ale czy można tak generalizować, jeśli chodzi o Polskę? Nie wiem, trudno powiedzieć. Napisałam tę książkę w kontrze do tego, co widzę w polskim showbiznesie. Nie można mieć luźnej sukienki, bo od razu napiszą, że jesteś w ciąży. Trzeba zawsze epatować perfekcyjną figurą, a i tak na serwisach społecznościowych bardzo surowo cię ocenią. Bycie sławnym w Polsce jest wyzwaniem (śmiech). Nie znaczy to jednak, że wszystkie panie powinny wyglądać tak samo jak przez kalkę. Dlatego doceniam takie dziewczyny jak Horodyńska, Macademian Girl, Ramona Rey, Margaret czy Brodka, które absolutnie wyłamują się z tego pochodu sukienek koktajlowych i szpilek nude.

Czyli innymi słowy musimy znaleźć złoty środek między perfekcjonizmem a stylem „typowej Grażyny”...

Złoty środek jest zawsze najważniejszy, ale ważne jest też to, aby za nikogo się nie przebierać. Mamy ubierać się tak, żeby było nam wygodnie. Paryżanki, o których piszę, bardzo lubią naturalne tkaniny, czyli kaszmiry, wełny, jedwabie i to wcale nie musi być drogie. Na przykład kaszmirowe sweterki w sieciówce naprawdę można kupić w rozsądnej cenie. Sama nie kupuję ich nigdzie indziej, bo po prostu nie byłoby mnie na to stać. Można upolować fajne perełki, zwłaszcza na przecenach. Jak masz na sobie miękką tkaninę, która otula twoje ciało, to inaczej wyglądasz i inaczej się czujesz. Radziłabym też odrzucić wszelkie błyszczące rajstopy i niebotycznie wysokie szpilki, w których zwyczajnie nie da się chodzić.

Z tego co wiem, pomysł na książkę „Jak być paryżanką w Polsce” narodził się w Poitiers, gdzie studiowałaś literaturę i języki obce. Jak wyglądała Twoja pierwsza styczność z tym paryskim szykiem?

Najpierw zaczęłam zwracać uwagę na fryzury dziewczyn. Moja mama zawsze walczyła o to, żebym wiązała włosy w kok, a ja stanowczo się temu sprzeciwiałam. Nagle zobaczyłam, że w Poitiers jest to bardzo powszechna fryzura. Im bardziej ten kok niedbały, tym piękniej dziewczyna wygląda. Potem zauważyłam, że one w ogóle nie noszą tego, co jest aktualnie modne. Wtedy akurat były czasy popularności serialu „Gossip Girl” i dużo dziewczyn na świecie dążyło do takiego perfekcyjnego, wypracowanego wizerunku. Francja była do tego w zupełnej kontrze. Ówczesna pierwsza dama Carla Bruni ubierała się adekwatnie do okazji, ale bardzo skromnie. Pamiętam ją np. w toczku, szarym płaszczyku i płaskich butach. To był dla mnie fenomen, że tak ważna osoba w państwie założyła płaskie buty! Było to zarazem bardzo stosowne, ponieważ mąż był od niej niższy. Francuzki były tym stylem zachwycone. Modny był też styl Lou Doillon i Charlotte Gainsbourg, czyli roztrzepane włosy, klasyczne koszule, przetarte jeansy i buty motocyklowe.

Poitiers to takie małe międzynarodowe miasteczko, do którego przyjeżdżają studenci dosłownie z całego świata. Było tam bardzo dużo Włoszek i dziewczyn z Ameryki Łacińskiej. Stopniowo ulegałyśmy miejscowej modzie i z każdym miesiącem stawałyśmy się coraz bardziej francuskie. Nawet Włoszki porzucały swój bardzo bogaty styl na rzecz tych wszystkich małych sweterków. Wydaje mi się, że każda z nas powoli odnajdywała też tym samym swój własny styl.

(Foto: Monika Szałek)

W swojej książce najpierw prezentujesz Francuzki, a następnie Polki, które uległy temu paryskiemu szykowi. Wiele z nich miałaś okazję poznać osobiście. Jak wspominasz swoje pierwsze doświadczenie z polskim showbiznesem?

Najpierw pracowałam na festiwalach filmowych w Wenecji i w Berlinie, dopiero później w Polsce. Pierwsze co pamiętam to była impreza jakiegoś polskiego radia. Widziałam tam wiele gwiazd polskiej muzyki. Byłam zszokowana tym, jak bardzo szczupłe są te kobiety. Zobaczyłam też, że praktycznie nikt nic nie je na tych wszystkich eventach (śmiech). Potem zrozumiałam również, jaki stres towarzyszy dziewczynom, kiedy pozują na czerwonym dywanie. Przez kilka lat robiło na mnie wrażenie, jak można być tak perfekcyjnie wystylizowanym. Włosy, buty, paznokcie - ja tak nie potrafię. Mi jednak zawsze gdzieś po drodze odpada lakier na paznokciach (śmiech). Zaczęłam w końcu rozumieć, dlaczego zarobki gwiazd showbiznesu są takie, a nie inne, bo wyglądanie w taki sposób wymaga dużych nakładów finansowych.

Pamiętam też jak pierwszy raz zobaczyłam na żywo Magdę Cielecką na festiwalu filmowym w Gdyni. Zbliżała się już do czterdziestki, a wyglądała po prostu jak dziewczynka i otaczał ją wianuszek zachwyconych mężczyzn. W Gdyni zobaczyłam też Maję Ostaszewską w ponadczasowej sukience Gosi Baczyńskiej. Zawsze byłam wielką fanką Kasi Herman, która jest dla mnie sobowtórem Sophie Marceau, ikony Francji. Potem zaprzyjaźniłam się z Aśką Horodyńską i zrozumiałam jej pojęcie mody, inne niż moje. Szanuję jednak jej podejście, bo ona naprawdę żyje modą. Nie ma kolekcji, której ona by nie znała. Uważam, że jest bardzo odważna, choć niekiedy nierozumiana. W Polsce nie ma trochę zezwolenia na takie modowe szaleństwa, a myślę, że byłoby o wiele ciekawiej, gdybyśmy pozwalali naszym gwiazdom popuścić wodze fantazji.

Są takie gwiazdy w polskim showbiznesie jak wspomniana przez Ciebie Joanna Horodyńska czy Margaret, które balansują między modą a kiczem, ale umieją się wybronić…

Joanna Horodyńska, Margaret i Macademian Girl to taka moja trójca, która może uchodzić za nasze trzy Anny Dello Russo. Piszę zresztą o tym w mojej książce. Aśka może nie, ale Margaret i Macademian są totalnie poza trendami. Tworzą własną modę i wizerunek, są bardzo kolorowe i nie da się ich nie zauważyć. Joanna z kolei budzi emocje, bo na przykład jako pierwsza ma rzeczy Balenciagi czy Louis Vuitton. Inwestuje w to grube fundusze, ale uważa, że warto. Bardzo cenię te dziewczyny. Wyróżniają się w zalewie sukienek koktajlowych i 12-centymetrowych szpileczek.

Te piękne polskie paryżanki są w Twojej książce równie pięknie narysowane przez Annę Halarewicz. Jak narodziła się wasza współpraca i jak wyglądała? 

Obecność ilustracji w książce to był dla mnie absolutny „must”. Współpracę z Anią zaproponowało mi moje wydawnictwo, Burda Książki. Ania jest bardzo profesjonalna. Potrafi poprawić każdą kreskę, jeżeli nie jesteś do czegoś przekonany. Wymieniałyśmy maile o 4-5 nad ranem i nie było to dla niej żadnym problemem. Ania zajęła się też opracowaniem graficznym tytułu. Bardzo zależało mi na polskim aspekcie, więc umieściłam w tytule zarys naszego polskiego Empire State Building, czyli Pałacu Kultury (śmiech). Chciałam nim zaakcentować, że jest to książka o Polsce i o Polkach. Oczywiście „jak być paryżanką”, ale na naszych polskich warunkach.

Z tego co piszesz w swojej książce, paryżanka nigdy nie chodzi na siłownię, co najwyżej wychodzi na spacer czy lekki jogging.

Nie rozumiem zamykania się w dusznym pomieszczeniu z ludźmi, którzy wydają dziwne dźwięki i się pocą. Piszę natomiast o tańcach afrykańskich, czyli zajęciach, na które chodziłam we Francji i które były dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Może jest gdzieś w Polsce taki sport, ale ja tego nie widziałam. Jeżeli znajdę, to na pewno się zapiszę! (śmiech) To było o tyle wyjątkowe, że nikt nie miał na sobie strojów sportowych, tylko jakieś tuniki i luźne spodnie. Miałam wrażenie, jakbym przeniosła się w czasie w lata 70. i tańczyła wśród hipisek do afrykańskich rytmów. Tam rzeczywiście ćwiczy się inaczej. Przeraża mnie trochę kultura bodybuildingu i idealnej figury. Sama takiej nie mam i nie chciałabym czuć się z tego powodu gorsza. Te paryżanki, które opisuję, też wcale nie zawsze mają idealną figurę.

A jakie sporty Ty uprawiasz?

Żadnych! Jak Boga kocham, nie uprawiam żadnych sportów. Czasami chodzę sobie do parku i nieraz zdarza mi się biegać. Za to bardzo lubię tańczyć, ale niestety coraz mniej jest ku temu okazji.

Skoro mowa o tańcu… Masz jakieś ulubione gatunki muzyczne? Czy ten gust muzyczny też jest „paryski”?

Słucham bardzo różnej muzyki. Mam płyty Carli Bruni, Patricii Kaas i Serge’a Gainsbourga, ale bardzo lubię też trap, hip-hop, rap oraz dobrą polską muzykę: Dawida Podsiadło, Melę Koteluk, Kasię Nosowską, Annę Marię Jopek czy Kayah. To nie jest tak, że słucham sobie tylko Édith Piaf przy porannej kawie. Nie jestem pretensjonalna, jeśli o to chodzi.

Czyli jesteś taką bardziej polską niż francuską paryżanką?

Polska paryżanka… Tak, to brzmi fajnie.

(Foto: Monika Szałek)

Ostatnio głośno było w prasie o Twoim wywiadzie z Joanną Przetakiewicz, w którym ujawniła kilka tajemnic ze swojego życia. Jak budujesz zaufanie z gwiazdami, z którymi rozmawiasz? Czy one naprawdę są takie niedostępne, jak się niektórym wydaje?

Takie zaufanie buduje się latami. To środowisko jest dosyć małe i spotykasz tych samych ludzi przy okazji wielu różnych eventów. Najpierw robisz z nimi pomniejsze materiały, potem coraz większe, aż dochodzi do takiej wisienki na torcie. Są gwiazdy pracujące tylko z określonymi dziennikarzami, są takie, które musisz dobrze znać i wiedzieć, jakich tematów lepiej nie poruszać. Nie spotkałam się chyba z osobą, która miałaby jakieś tabu, ale wszystkie osoby, z którymi rozmawiam, mają oczywiście możliwość autoryzacji. Zawsze działam w porozumieniu z moimi rozmówcami, dlatego program „Gala Studio” za chwilę będzie miał już dwa lata i jest naszym dużym sukcesem. Nikt nigdy nie zablokował nam żadnego wywiadu.

Czyli z reguły przeprowadzasz wywiady z osobami, które znasz wcześniej z rozmaitych eventów?

W większości przypadków tak, ale nie zawsze. Na przykład nie znałam wcześniej Piotra Stramowskiego, Marcina Gortata czy Michała Żebrowskiego. Zaprosiłam ich, wysyłając program jako moją wizytówkę i zgodzili się. Zawsze staram się być do wywiadu dobrze przygotowana. Wtedy oni też się bardziej otwierają. A mi z kolei dodaje to pewności siebie.

Czy takim wywiadom towarzyszy stres? Jaki był Twój najbardziej stresujący wywiad, taki „Mount Everest wywiadów”, który udało Ci się zdobyć? 

Kinga Rusin. Ma otoczkę osoby wyniosłej i trudno dostępnej. Mimo że już się znałyśmy i wielokrotnie współpracowałyśmy, to chciałam jej zadać trudne pytanie. U Kingi zawsze fascynowało mnie to, że udźwignęła osobistą tragedię, jaką jest rozpad małżeństwa, i to odbywający się na pierwszych stronach gazet. Dodatkowo jej były mąż związał się z jej przyjaciółką. Sama nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Strasznie się bałam zadać jej to pytanie, nawet zrobiłam taki wstęp: „Zadam ci zaraz bardzo trudne pytanie, możesz mi nie odpowiadać”. Naprawdę się bałam, bo mogła wstać i wyjść, przerwać wywiad czy powiedzieć, że jestem bezczelna… Mogła zrobić wszystko, a po prostu mi na to pytanie odpowiedziała. Uważam to za mój największy sukces - ten wywiad był cytowany naprawdę wszędzie. Wtedy już wiedziałam, że to jest dobry pomysł na wywiady - zadawanie pytań, które wszyscy chcą zadać, ale boją się to zrobić.

Po wydaniu książki sama zaczęłaś udzielać wywiadów, być może dostajesz jakieś propozycje działalności innej niż dziennikarska. Czy znając ten świat od środka, nie chciałabyś się znaleźć po drugiej stronie? Nie zazdrościsz czasem gwiazdom, z którymi rozmawiasz?

Zawsze chciałam być aktorką, ale jestem już na to za stara i raczej nie mam wielkiego talentu (śmiech). Marzy mi się za to praca scenarzystki, ale zobaczymy. Dostałam rzeczywiście propozycję napisania drugiej książki. Nie wiem jeszcze, o czym dokładnie będzie. Na razie cały czas jestem redaktor prowadzącą serwisu gala.pl, prowadzę program „Gala Studio”, od czasu do czasu rzeczywiście udzielam wywiadów. Ale nic się w moim życiu nie zmieniło, nie stałam się nagle celebrytką i to mi raczej nie grozi (śmiech). Natomiast rzeczywiście rozpoznawalność wzrasta, ale najfajniejsze w tym wszystkich są wiadomości, które dostaję od czytelników. Uwielbiam je czytać. Naprawdę, jest dobrze tak jak jest, i oby tak było jak najdłużej.

(Foto: Burda Książki)

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat paryskiego szyku, zachęcam do kupienia książki „Jak być paryżanką w Polsce”:

sobota, 20 stycznia 2018

Interview with Katherine Kelly Lang

Katherine Kelly Lang is an American actress, best known for the role of Brooke Logan in the soap opera "The Bold and the Beautiful". For her role she was nominated for Soap Opera Digest Award and Daytime Emmy Award multiple times. Playing a person from the fashion industry for many years, she decided to create her own line of kaftans and jewellery. In the interview Katherine Kelly Lang is talking about her iconic character, Polish fans, healthy lifestyle and her plans for the future.


I think everyone in Poland at least heard about Brooke Logan. You have been playing her in "The Bold and the Beautiful" for 30 years and created an iconic, loved or hated character. What do you think about Brooke and her behavior towards Forrester family? What is it like to play one role for so many years?

Playing Brooke for over 30 years seems unbelievable. It can't have been that long ago since we started! Brooke is a wonderful character that I've enjoyed playing for a long time. She's so familiar and part of me that I can't imagine life without her. This role has given me so much and I'm so fortunate. The privilege of coming to work every day and fulfilling my passion to be an actor is priceless. Brooke follows her heart and she can't fake it. She's authentic. She's not afraid of being completely empowered that way. She's ambitious and follows her professional dreams and achieves them too. She's unapologetic about her choices.

Brooke Logan got married twenty times, so you had a chance to wear many different wedding gowns and make great memories. Which of these weddings was your favourite to play and why?

The series is about love stories, and Brooke has had more love stories than any other character. I guess that makes Brooke among the winners, in one way or another. It definitely means I've been working a lot as an actress. My favorite wedding is the one I am doing that day. Getting married on horseback on a beach in Malibu to Ridge all those years ago and riding horses through the desert in Palm Springs in Brooke's marriage to Eric stand out.

Four years ago Polish fans of "The Bold and the Beautiful" were very surprised to see Brooke getting drunk off Polish vodka. Do you have any special memories associated with Poland or your Polish fans?

Everyone in America knows that Polish vodka is the best. It makes sense that Brooke would settle for nothing but the finest vodka. I have a lot of interaction with Polish fans. They are very active on social media and I see a lot of Polish fans responding and commenting on my social media accounts. It's a great way to get a sense of who they are and who is watching. And it's wonderful to get mail from viewers in Poland. I love hearing from them. Every two years, in Los Angeles, we do a wonderful event especially for fans, and it's always so nice to meet Polish fans there, too.

(Photo: JPI Studios)

After so many years you still look very young and fresh, so I guess that you do a lot to stay healthy and in shape. What are your favourite sport activities and ways of spending free time?

I have my mother to thank for my great genes. She is so youthful even though she is getting older, so I guess I take after her. I also take care of myself. I exercise, eat right, get lots of sleep and drink plenty of water. I do everything to have a positive attitude, reduce stress and have healthy relationships. For exercise I do triathlons, so I run, cycle and swim.

How did you spend the holidays?

I did some work in Italy at the beginning of the holidays, but I got to spend some special family time with my kids here in Los Angeles, too.

This year you will star in the movie "Stan the Man" and there are more great projects with you to come. Can you tell us something more about your plans for 2018?

I hope to push myself to discover new limits by running a marathon, launching new jewelry and triathlon gear lines, and I also hope to do more for others this year through my charities, Women for Tri and Breakaway from Cancer. I'm also going to be acting in a movie in Italy in the spring and working on producing a movie in the fall. And I'm still going to be working full time as Brooke on "The Bold and the Beautiful". I'm looking forward to some great storylines for her in 2018.

Thank you very much for the interview.

Thank you and all the viewers in Poland for watching!


If you want to learn more about Katherine Kelly Lang, please visit her official website:
https://katherinekellylangkaftans.com/
https://www.facebook.com/KatherineKellyLangOfficial/

Wywiad z Katherine Kelly Lang

Katherine Kelly Lang jest amerykańską aktorką znaną przede wszystkim z roli Brooke Logan w operze mydlanej „Moda na sukces”. Za swoją rolę kilkukrotnie otrzymała nominację do nagród Soap Opera Digest i Daytime Emmy. Grając od wielu lat osobę związaną ze światem mody, sama również postanowiła stworzyć własną linię tunik i biżuterii. W wywiadzie Katherine Kelly Lang opowiada o swojej kultowej bohaterce, polskich fanach, zdrowym stylu życia i planach na przyszłość.


Myślę, że każdy w Polsce przynajmniej słyszał o Brooke Logan. Wciela się Pani w jej postać w „Modzie na sukces” od 30 lat i stworzyła ikoniczną, kochaną lub nienawidzoną bohaterkę. Co Pani myśli na temat Brooke i jej zachowania wobec rodziny Forresterów? Jak to jest grać jedną rolę przez tyle lat?

To niewiarygodne, że gram Brooke już od ponad trzydziestu lat. Nie wierzę, że to się zaczęło tak dawno! Brooke jest niesamowitą postacią, w którą od lat uwiebiam się wcielać. Jest mi tak bliska i tak się ze mną zrosła, że nie wyobrażam już sobie życia bez niej. Ta rola dała mi tak wiele, miałam ogromne szczęście. Przywilej przychodzenia codziennie do pracy i spełniania mojej aktorskiej pasji jest bezcenny. Brooke podąża za swoim sercem, a jego nie można oszukać. Jest autentyczna. Nie boi się podporządkować całej swojej siły uczuciom. Cechuje ją ambicja, podąża za swoimi zawodowymi marzeniami i konsekwentnie je osiąga. Nigdy nie żałuje swoich wyborów.

Brooke Logan wychodziła za mąż dwadzieścia razy, więc miała Pani szansę nosić wiele różnych sukni ślubnych i zbierać piękne wspomnienia. Który z tych ślubów najbardziej się Pani podobał i dlaczego?

Ten serial opiera się na miłosnych historiach, a Brooke miała ich więcej niż którykolwiek inny bohater. Myślę, że to pod wieloma względami czyni z niej zwyciężczynię. Oznacza to niewątpliwie, że dużo pracuję jako aktorka. Moim ulubionym ślubem jest ten, który odbywa się danego dnia. Chociaż ślub z Ridge’m na plaży w Malibu sprzed lat, kiedy siedzieliśmy na koniach, oraz jazda konna przez pustynię w Palm Springs, gdy Brooke wychodziła za Erica, to zdecydowanie moje ulubione momenty.

Cztery lata temu polscy fani „Mody na sukces” byli mocno zaskoczeni, widząc jak Brooke upija się polską wódką. Ma Pani jakieś wyjątkowe wspomnienia związane z Polską lub polskimi fanami?

Wszyscy w Ameryce wiedzą, że polska wódka jest najlepsza. Można się więc było spodziewać, że Brooke zadowoli się tylko najlepszą wódką. Często wchodzę w interakcję z polskimi fanami. Są bardzo aktywni w mediach społecznościowych i wielu z nich odpowiada i komentuje na moich profilach w sieci. To świetny sposób, by zrozumieć kim są i kto ogląda serial. To niesamowite dostawać wiadomości od widzów z Polski. Bardzo lubię ten kontakt. Co dwa lata w Los Angeles organizujemy specjalną imprezę dla fanów i zawsze miło jest spotkać na niej również polskich wielbicieli serialu.

(Foto: JPI Studios)

Po tylu latach nadal wygląda Pani bardzo młodo i świeżo, więc domyślam się, że robi Pani wiele dla swojego zdrowia i kondycji. Jakie są Pani ulubione aktywności sportowe i sposoby spędzania wolnego czasu?

Muszę podziękować mojej mamie za wspaniałe geny. Mimo upływu lat wciąż ma w sobie młodzieńczą energię, więc pewnie po niej to odziedziczyłam. Oczywiście sama też dbam o siebie. Ćwiczę, właściwie się odżywiam, dużo śpię i piję dużo wody. Robię wszystko, by mieć pozytywne podejście do życia, redukować stres i mieć zdrowe relacje z ludźmi. Dla sportu trenuję triathlon - biegam, jeżdżę na rowerze i pływam.

A jak spędziła Pani świąteczny wypoczynek?

Na początku świąt pracowałam trochę we Włoszech, ale potem oczywiście spędziłam też wyjątkowy czas z moimi dziećmi w Los Angeles.

W tym roku pojawi się Pani w filmie „Stan the Man”, w drodze są też kolejne projekty z Pani udziałem. Czy mogłaby Pani powiedzieć nam o swoich planach na 2018?

Mam nadzieję, że nadal będę rzucała sobie nowe wyzwania, takie jak przebiegnięcie maratonu, uruchomienie nowej linii biżuterii i sprzętu do triathlonu. Chcę też w tym roku zrobić więcej dla innych poprzez moje fundacje Women for Tri i Breakaway from Cancer. Wiosną będę występować w filmie we Włoszach, a jesienią pracować przy produkcji filmu. Nadal mam też zamiar działać na pełnym etacie jako Brooke w „Modzie na sukces”. Czekam z niecierpliwością na nowe wątki z jej udziałem w 2018.

Dziękuję bardzo za wywiad.

Dziękuje Tobie i widzom z Polski, którzy nas oglądają!


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Katherine Kelly Lang, zaglądajcie na oficjalną stronę aktorki:
https://katherinekellylangkaftans.com/
https://www.facebook.com/KatherineKellyLangOfficial/

środa, 17 stycznia 2018

Rozmowa z Tomaszem Ciachorowskim

Tomasz Ciachorowski jest aktorem teatralnym i serialowym, który zdobył popularność rolami Jana Złotopolskiego w „Złotopolskich” i Michała Duszyńskiego w „Majce”. Od dwóch lat możemy go oglądać w serialu „M jak miłość”, w którym wciela się w postać Artura Skalskiego. Obecnie występuje również w spektaklu „Ranny ptaszek”, gdzie gra bezdomnego Parkera. W wywiadzie Tomasz opowiada między innymi o początkach swojej kariery aktorskiej, kulisach serialu „M jak miłość”, sporcie i planach na przyszłość.

(Foto: Marcin Wiśnios)

Po raz pierwszy pojawiłeś się na ekranie w 2008 w serialu „Niesamowite historie”, potem przyszły role w „Złotopolskich” i „Majce”. Jak wspominasz swoją pierwszą styczność z kamerą?

W produkowanym we Wrocławiu serialu „Niesamowite historie” zagrałem epizodzik. Byłem wtedy na etacie w Lubuskim Teatrze Dramatycznym w Zielonej Górze. Zaproponowano mi jeden dzień zdjęciowy. To był mój debiut na profesjonalnym planie zdjęciowym. Nie stresowałem się jakoś specjalnie, bo na planie towarzyszyła mi koleżanka z teatru. Zagraliśmy razem dwie scenki. Jakiś czas później zadzwoniła do mnie agentka z zaproszeniem na casting do „Złotopolskich”. Okazało się, że szukano nowego bohatera po odejściu z serialu Andrzeja Nejmana. Pamiętam, że miałem bardzo miły casting z Magdą Stużyńską. Już kiedy opuszczałem budynek TVP na Woronicza, dostałem telefon i powiedziano mi, że bardzo dobrze wypadłem i mogę spodziewać się propozycji. Tak też się stało - wcieliłem się w Janka Złotopolskiego, a potem kolejne role posypały się jedna po drugiej.

Po rolach w „Złotopolskich” i „Majce” przylgnęła do Ciebie łatka amanta, z którą trochę zerwałeś, wcielając się później w bardziej złożone postaci i czarne charaktery. Jaki typ bohatera najbardziej Ci aktorsko leży?

Staram się po prostu być jak najbardziej wszechstronnym aktorem i stawiać sobie różnego rodzaju wyzwania. Nie mam nic przeciwko graniu amantów. Nie chciałbym tylko być zaszufladkowany jako aktor, który gra wyłącznie szlachetnych i czarujących mężczyzn w gatunku Michała Duszyńskiego. Dlatego ucieszyło mnie, kiedy parę lat temu producenci dostrzegli we mnie również innego rodzaju potencjał. Od tamtej pory dostaję trochę bardziej zróżnicowane propozycje. Teraz w „M jak miłość” wcielam się w postać Artura, który bywa łajdakiem, ale robi to wszystko z miłości do swojej narzeczonej i jej dziecka. Krzywdy, które sprowadza na innych, wyrządza w afekcie i to w jakiś sposób go usprawiedliwia. Cieszę się, że również z takimi postaciami przychodzi mi się w mojej pracy zmierzyć.

Twój bohater popada w ostry konflikt z serialowym Marcinem czyli Mikołajem Roznerskim.  

W stosunku do Marcina, granego pzez Mikołaja, jestem naprawdę wredny. Przekraczam niejedną granicę, której prywatnie jako Tomasz Ciachorowski nigdy bym nie przekroczył. Mój bohater posuwa się do różnych łajdactw i gróźb. Grając jakąś rolę, aktor stara się jednak zrozumieć postać, w którą się wciela i próbuje przeanalizować drobiazgowo jej motywacje. Uważam, że wszystkimi nami kierują te same impulsy, tylko niektórzy im ulegają, a inni potrafią się im oprzeć. Artur jest taką postacią, która w obronie wartości i osób, na których mu zależy, jest gotowy nie tylko na kłamstwo, ale również na wiele gorszych rzeczy. W jakiś sposób definiuje to jego moralność.

Rozumiem, że poza kamerą pozostajecie z Mikołajem w dobrych relacjach?

Poza kamerą utrzymujemy koleżeńskie relacje, chociaż… Niedawno graliśmy z Mikołajem brawurową bójkę Marcina i Artura. Mimo że ta scena poprzedzona była staranną próbą kaskaderską, w szamotaninie, jaka powstała przy jednym z ostatnich dubli, Mikołaj niefortunnie wymierzył mi cios z kolanka między nogi, przez co wylądowałem w nocy na SOR-ze. Jak możeesz się domyślić, była to bardzo nieprzyjemna kontuzja i przez kolejne dwa tygodnie chodziłem potwornie obolały. Oczywiście nie mam za to do Mikołaja żalu, bo takie rzeczy się w naszej pracy zdarzają i wciąż jesteśmy kolegami, ale wolę z nim od tamtej pory nie zadzierać (śmiech).

Jesteś również aktorem teatralnym i często masz okazję grać z aktorami z wieloletnim doświadczeniem, np. z Barbarą Bursztynowicz w spektaklu „Ranny ptaszek”. Jak wyglądają relacje starszych aktorów z młodszymi - są koleżeńskie, czy jednak trochę na dystans?

Do współpracy z dużo bardziej doświadczonymi aktorami takimi jak Basia Bursztynowicz czy Leon Charewicz, a wcześniej Krystyna Sienkiewicz, podchodzę z dużą pokorą. Nie udaję, że pozjadałem wszystkie rozumy i wszystko już umiem jako aktor, bo tak nie jest. Wciąż mogę się wiele nauczyć od starszych kolegów i staram się czerpać ze współpracy z nimi jak najwięcej. Miałem duże szczęście pracować na jednej scenie z nieprzeciętnie utalentowanymi aktorami. Z jednej strony bacznie ich  obserwuję, a z drugiej, proszę o jakieś wskazówki i pomocną dłoń. Oni z kolei wiedzą, że chętnie słucham ich rad. Otwarcie mówią mi, jeśli dokonałem na scenie niewłaściwego wyboru. Nie odbieram tego krytycznie, bo wspólnie pracujemy na to, by stworzyć jak najlepszą kreację. Leon Charewicz bardzo mi pomógł w pracy nad zbudowaniem roli Parkera w „Rannym ptaszku” i jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Skończyłeś studia na Wydziale Oceanotechniki i Okrętownictwa Politechniki Gdańskiej. Czy zdobyte na uczelni umiejętności ścisłe pomogły Ci kiedykolwiek w pracy aktorskiej?

Nieszczególnie. Choć dwukrotnie grałem architektów, a teraz Artur, którego gram w „M jak miłość” para się budowlanką. Dzięki skończonym studiom na politechnice zagadnienia techniczne nie są mi obce i kiedy jako postać nawiązuję do wykonywanej przez nią pracy, to z reguły wiem, o czym mówię. Być może podchodzę też do budowania roli w sposób bardziej analityczny niż moi koledzy, którzy nie są inżynierami.

Często można Cię zobaczyć w serialach i teatrze, ale marzeniem większości aktorów jest oczywiście film. Czy u Ciebie również to marzenie o wielkiej roli filmowej jest obecne?

Oczywiście, bardzo chętnie zagrałbym w filmie! Niestety w Polsce kręci się stosunkowo niewiele filmów i nie tak łatwo jest awansować z ligi telewizyjnej do filmowej. Trzeba wziąć też pod uwagę to, że w większości tych filmów, które powstają w naszym kraju, zazwyczaj pojawiają się te same twarze. Na szczęście powoli się to zmienia i przemysł filmowy coraz bardziej się w Polsce rozrasta. Mam więc nadzieję, że spróbuję w końcu swoich sił w pełnometrażowym filmie fabularnym. Specjalnie jednak nad brakiem takiego zawodowego zadania nie ubolewam. Pracuję jako aktor na różnych polach - nagrywam audiobooki, pracuję na planie serialu, gram w teatrze, a niedawno wziąłem też udział w reality show „Agent - Gwiazdy”.

(Foto: Marcin Wiśnios)

Ostatnio często bywasz też na pokazach mody różnych projektantów i marek. Jak mógłbyś opisać swój styl ubierania się?

Od jakiegoś czasu pracuję nad swoim stylem i przywiązuję coraz większą wagę do tego, co na siebie wkładam. Przede wszystkim jednak te pokazy mody, o których wspomniałeś są dla mnie swego rodzaju spektaklami. To pięknie wyreżyserowane widowiska, w których moda jest tylko jednym z elementów. Po prostu jest dla mnie dużą przyjemnością i wyróznieniem móc w nich uczestniczyć. Uważam, że mamy w Polsce wyśmienitych projektantów. Wielu z nich mam szczęście znać osobiście i doceniam ich twórczość, ale jak wiesz, sam nie jestem przecież żadną ikoną mody i nawet nie pretenduję do tego tytułu.

W wywiadach podkreślasz, że dbasz o sprawność fizyczną i formę, co zresztą po Tobie widać. Jakie są Twoje ulubione sportowe aktywności?

Bieganie cały czas jest moim numerem jeden. Teraz, kiedy jest chłodniej, zwykle robię to albo na siłowni, albo w domu, bo kupiłem sobie bieżnię i w wolnych chwilach z niej korzystam. Przynajmniej raz w tygodniu staram się też pomachać sztangą na siłowni, żeby być w dobrej formie. Ponadto regularnie chodzę na basen, a latem grywam w tenisa. Nie są to może sporty wyczynowe, ale pozwala mi to na utrzymanie jako takiej formy. Jest to też dla mnie świetna odskocznia od różnych trosk i myśli, które nie dają mi spokoju. Taka aktywność fizyczna dobrze robi na głowę.

Bieganiu często towarzyszy słuchanie muzyki, sam wystąpiłeś w teledysku Sylwii Grzeszczak do piosenki „Pożyczony”. Czy to właśnie tego rodzaju muzyka jest Twoją ulubioną?

Bardzo lubię wokal Sylwii Grzeszczak i jej repertuar. Nie ukrywam, że lubię muzykę pop w dobrym wydaniu. Jest to dość lekkostrawny, ale też bardzo przyjemny dla ucha gatunek. Podczas joggingu najcześciej słucham właśnie bardzo rytmicznej muzyki popowej, bo wspaniale motywuje mnie do pokonywania kolejnych kilometrów.

A Tobie samemu zdarza się śpiewać?

Raczej nie. Śpiewam przede wszytkim w spektaklach, bo mnie do tego zmuszono.

Czyli jakieś predyspozycje są?

Jakieś predyspozycje są, bo miałem trzyletni trening wokalny w szkole aktorskiej, więc taką zupełną nogą, jeżeli chodzi o śpiew nie jestem. Uważam jednak, że są aktorzy, którzy robią to dużo lepiej, więc sam nie pcham się do śpiewania, mając świadomość swoich ograniczeń na tym polu.

Pochodzisz z Gdańska, pracowałeś w teatrze w Zielonej Górze, przez pewien czas mieszkałeś w Krakowie, a od siedmiu lat mieszkasz w Warszawie. Które z tych miejsc jest Twoim ulubionym, w którym czujesz się najbardziej komfortowo?

W Gdańsku i w ogóle w Trójmieście wciąż czuję się bardzo dobrze. Z każdym kolejnym rokiem czuję się jednak coraz bardziej u siebie tutaj, w Warszawie. Myślę, że zadomowiłem się w stolicy na dobre. Trudno mi sobie wyobrazić inne miejsce na świecie, w którym chciałbym żyć. Nawet nie ze względu na samo miasto, które skądinąd budzi we mnie dużo pozytywnych skojarzeń, ale też na ludzi, którzy mi tu towarzyszą. Oprócz rodziny w Trójmieście, właściwie wszyscy moi bliscy mieszkają w stolicy i to oni są dla mnie w tym miejscu swego rodzaju kotwicą. Kiedy przebywam dłuższy czas poza Warszawą, to nie tęsknię za betonową dżunglą roztaczającą się wokół Pałacu Kultury i Nauki, tylko właśnie za tymi osobami.

Skoro mowa o bliskich, niedawno mieliśmy rodzinny czas świąt Bożego Narodzenia. Czy mógłbyś zdradzić jak wyglądają one u Ciebie?

Standardowo. Spędzam te święta w Gdańsku z moją mamą i siostrami. Może wyjątkiem na tle innych polskich domów jest późna pora kolacji wigilijnej. Zasiadamy do wigilijnego stołu zazwyczaj dopiero koło 20. Wynika to z tego, że mam bardzo liczną rodzinę i trudno jest się nam wcześniej zebrać do kupy. Jeżeli zaś chodzi o pierwszy i drugi dzień świąt, to staramy się celebrować rodzinne więzi i spędzać ten czas wspólnie - głównie przy stole, jak to się zazwyczaj odbywa w polskich domach. Nie ukrywam, że te święta mają też dla mojej rodziny wymiar religijny i o północy tradycyjnie idziemy wszyscy razem na Pasterkę.

A co szykuje dla Ciebie nowy rok?

Tak naprawdę niewiele mogę zdradzić. Mam na horyzoncie kolejny spektakl, a od marca będzie mnie można oglądać na antenie TVN w programie „Agent”, z czego bardzo się cieszę. Na pewno dałem się tam zauważyć, więc zapraszam przed telewizory!


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Tomasza Ciachorowskiego, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Interview with JJ Hamblett

JJ Hamblett is a British singer and actor from Suffolk, known for being a member of a popular British boyband Union J. In 2016 he started his acting career and already played in multiple films and theatre plays. Before he became a musician, he was also a very successful jockey and won a lot of races. In the interview, JJ is talking about his developing acting career, Union J, love for horse racing and plans for the future.


A lot of people know you for being a member of a British boyband Union J, but two years ago you also started your acting career. Recently you played the role of Prince Charming in a pantomime "Cinderella" at Blackpool Grand Theatre. How did you become interested in acting and when did you decided to do it professionally?

I have always loved acting since an early age, and it’s always been a dream of mine, but it’s such a difficult industry to crack. I have already been fortunate to be in a few feature films and on stage theatre. I can’t wait to see what the future holds for me in the acting world.

I guess that while practising for "Cinderella" you revived your childhood memories. What were your favourite books and movies when you were a young boy?

I loved all Disney films and still do, so playing Prince Charming in "Cinderella" was great.

You also starred in movies "Rise of the Footsoldier 3", "Tango One" and "Once Upon a Time in London" and the last two are going to premiere this year. What is the main difference between film and theatre acting? Do you feel more comfortable as a movie actor or rather a theatre actor? 

My aim was to stick to on-screen acting first in feature films and TV then have a shot at theatre but I had the opportunity to take part in "Cinderella" and thought I would get myself the challenge and loved it.

At first it was difficult for me to adjust as I have only done on screen but theatre is all about overexpressing and opening up, which I felt like I adjusted quickly to this and had an amazing time. I still would love to do on-screen, but it all depends what comes up next.


After Casey Johnson's departure Union J is again a trio. In November 2017 you performed with The Vamps on a special Christmas gig and all the fans are waiting for your eagerly awaited third album. How can you describe the future of Union J?

It’s very exciting for Union J, we have just signed to an amazing management team and getting the single/album ready, we are aiming to release our next single this summer and tour end of the year.

Before you started your singing and acting career, you were a very talented jockey who won 24 races and you had a chance to meet the Queen Elizabeth II. Can you tell us something more about this passion and your biggest achievements?

My family were and still are in horse racing and was brought up in the centre of racing, Newmarket. I always wanted to follow my dad's footsteps and was very fortunate to have over 375 races and get the opportunity to race for Her Majesty The Queen. Due to weight issues I had to finish horse racing but everything happens for a reason and that’s when I meet the boys and we became Union J.

Do you still ride horses in your free time? What are your favourite sport activities now?

Unfortunately I haven’t sat on a horse for 4 years thou I plan to ride again in the near future. I love playing football when I can and golf.

Your acting and musical career is still developing, so I think 2018 will be a very fruitful year for you. What are your main aims for the foreseeable future? Do you have a dream that you want to fulfill this year?

My aim this year is to push myself to the limits and keep learning to become the greatest actor I can be.


If you want to learn more about JJ Hamblett, please visit his Instagram profile and the official website of Union J:

Wywiad z JJ'em Hamblettem

JJ Hamblett jest brytyjskim piosenkarzem i aktorem z hrabstwa Suffolk, znanym z bycia członkiem popularnego brytyjskiego boysbandu Union J. W 2016 rozpoczął swoją karierę aktorską, ma już na koncie kilka ról w filmach i spektaklach teatralnych. Zanim został muzykiem był również utalentowanym dżokejem i zwyciężył w wielu wyścigach konnych. W wywiadzie JJ opowiada o swojej rozwijającej się karierze aktorskiej, Union J, miłości do wyścigów konnych i planach na przyszłość.


Wielu osób zna Cię jako członka brytyjskiego boysbandu Union J, ale dwa lata temu zacząłeś również karierę aktorską. Ostatnio zagrałeś rolę Księcia w pantomimie „Kopciuszek” w Blackpool Grand Theatre. Jak zainteresowałeś się aktorstwem i kiedy postanowiłeś zająć się tym zawodem profesjonalnie?

Od najmłodszych lat uwielbiałem aktorstwo i bycie aktorem zawsze było moim marzeniem. W tym biznesie bardzo trudno jest się jednak przebić. Na szczęście niedawno miałem okazję pojawić się w kilku filmach i na deskach teatru. Nie mogę się doczekać, co szykuje dla mnie przyszłość w tym aktorskim świecie.

Domyślam się, że podczas przygotowań do roli w „Kopciuszku” powróciłeś pamięcią do wspomnień z czasów dzieciństwa. Jakie były Twoje ulubione książki i filmy, kiedy byłeś małym chłopcem?

Uwielbiałem filmy Disneya i nadal je uwielbiam, więc rola Księcia w „Kopciuszku” była dla mnie idealna.

Występowałeś również w filmach „Rise of the Footsoldier 3”, „Tango One” i „Once Upon a Time in London”, ostatnie dwa pojawią się w kinach w tym roku. Jaka jest główna różnica między graniem w filmach i w teatrze? Czujesz się bardziej komfortowo jako aktor filmowy czy raczej teatralny?

Moim głównym celem było skupienie się na graniu w filmach i występowaniu w telewizji, a potem dopiero spróbowanie swoich sił w teatrze. Pojawiła się jednak szansa wystąpienia w „Kopciuszku”, więc pomyślałem, że przyjmę to wyzwanie i naprawdę mi się to spodobało.

Początkowo moim problemem było przystosowanie się do nowych warunków, ponieważ wcześniej próbowałem swoich możliwości tylko w filmie. Teatr opiera się z kolei na przesadnej ekspresji i otwartości. Szybko jednak się do tego przyzwyczaiłem i spędziłem przy tym projekcie niesamowity czas. Nadal chciałbym występować w filmach, ale zobaczymy, co teraz pojawi się na horyzoncie.


Po odejściu Caseya Johnsona z Union J znów stanowicie trio. W listopadzie 2017 występowaliście z The Vamps na specjalnym świątecznym koncercie i wszyscy fani czekają na wasz długo wyczekiwany trzeci album. Jak rysuje się przyszłość Union J?

Przyszłość Union J zapowiada się naprawdę ekscytująco. Właśnie podpisaliśmy kontrakt z niesamowitym managementem i cały czas trwają prace nad naszym nowym singlem i albumem. Mamy zamiar wydać go latem, a końcówkę roku spędzić w trasie koncertowej.

Zanim zacząłeś swoją muzyczną i aktorską karierę, byłeś bardzo utalentowanym dżokejem i miałeś szansę poznać królową Elżbietę II. Czy mógłbyś powiedzieć nam coś więcej o swojej pasji i największych osiągnięciach?

Moja rodzina była i nadal jest blisko związana z jazdą konną, a ja sam wychowałem się w absolutnym centrum tej dyscypliny, Newmarket. Zawsze chciałem iść śladami mojego taty i miałem szczęście wziąć udział w 375 wyścigach, w tym w specjalnym wyścigu dla Jej Wysokości Królowej. Ze względu na problem z wagą musiałem zakończyć karierę w jeździe konnej, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Wtedy właśnie poznałem chłopaków i staliśmy się Union J.

Nadal zdarza Ci się w wolnym czasie jeździć konno? Jakie są obecnie Twoje ulubione aktywności sportowe?

Niestety nie siedziałem na koniu już od czterech lat, chociaż planuję do tego wrócić w najbliższym czasie. Kiedy tylko czas mi na to pozwala, lubię grać w piłkę nożną i golfa.

Twoja muzyczna i aktorska kariera cały czas się rozwija, więc myślę, że 2018 będzie dla Ciebie bardzo owocnym rokiem. Jakie są Twoje główne cele w najbliższej przyszłości? Masz jakieś marzenie, które chciałbyś spełnić w tym roku?

Moim głównym celem na ten rok jest dawać z siebie wszystko i stale uczyć się, aby stać się najlepszym aktorem, jakim tylko mogę być.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat JJ'a Hambletta, zajrzyjcie na jego profil na Instagramie i oficjalną stronę Union J:
https://www.instagram.com/jjhamblett/
https://www.facebook.com/unionjworld/

czwartek, 11 stycznia 2018

Rozmowa z Agnieszką Rylik

Agnieszka Rylik jest pochodzącą z Kołobrzegu mistrzynią świata w kick-boxingu i boksie zawodowym. Walczyła między innymi w Madison Square Garden w Nowym Jorku i Mandalay Bay w Las Vegas. Była główną bohaterką filmu dokumentalnego Igi Cembrzyńskiej „48 godzin z życia kobiety”, a sama zagrała w dwóch filmach Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” i „Botoks”. Prowadziła również autorski cykl programów w „Dzień Dobry TVN”. 26 kwietnia 2017 ukazała się jej książka „Nokaut. Historia bokserki”, w której opisuje swoją drogę z Kołobrzegu do Madison Square Garden. W wywiadzie Agnieszka opowiada o początkach swojej kariery, kulisach sportowego życia, nowych wyzwaniach i planach na przyszłość.


Zanim zaczęłaś trenować sporty walki, grałaś w siatkówkę i koszykówkę. Kiedy pojawiła się u Ciebie myśl, żeby zapisać się na zajęcia z kick-boxingu?

U mnie w ogóle nie było takiej myśli. Byłam bardzo aktywna sportowo, ale nie w sportach wyczynowych. To, że poszłam na trening, to był absolutny przypadek. Kuzynka poprosiła mnie, żebym towarzyszyła jej w zajęciach samoobrony, bo jej przyjaciółka wyjechała akurat na zimowisko. Nie myślałam, że będę się bić. Na pierwszym treningu były zresztą same brzuszki i pompki, dopiero na kolejnych prawdziwa samoobrona. Uczyłyśmy się kopnięć i bardzo dobrze mi szło. Na początku 80 procent ekipy to były dziewczyny, ale po dwóch miesiącach z dziewczyn zostałam tylko ja.

Inne wymiękły?

Po wydaniu książki zapytałam się mojej kuzynki, dzięki której poszłam na trening, dlaczego zrezygnowała. Powiedziała: „Bo były pierwsze sparingi, dostałam od ciebie wpieprz i się popłakałam i już nigdy nie przyszłam”. Mówię, że gada głupoty, ale taka jest jej wersja (śmiech). Później było pytanie, kto chce startować w zawodach, a kto chce ćwiczyć dla siebie. Ja się wyrwałam i tak pojechałam na pierwsze zawody.

Łamiesz stereotyp dziewczyny ze „złego domu”, która trafiła na ring z ulicy. Pochodzisz z normalnej rodziny i zawsze byłaś dobrą uczennicą. Myślisz, że przetarłaś szlak dla innych dziewczyn, u których boks mógł budzić takie negatywne skojarzenia?

Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy faktycznie tak było. Tak jak każdy sport, sporty walki nie są łatwe, wymagają twardości. Kilka razy stwierdziłam, że się nie nadaję, ale jako że kochałam sport, jakoś się zbierałam. Zawsze mówiłam: medycyna albo sport. Byłam wzorową uczennicą i jeśli chciałam, zawsze mogłam robić coś innego. Pokazałam, że można być normalnym człowiekiem i boksować, a nie, że jakiś dramat się w życiu zdarzył i poszłam się bić.

Najpierw realizowałaś się w kickboxingu, potem przyszedł boks. W obydwu tych dyscyplinach stoczyłaś wiele zwycięskich walk. Który triumf najbardziej zapisał Ci się w pamięci?

Każda w walka w ciągu tych 17 lat była w jakimś stopniu ważna. Najtrudniejsze były te po kontuzjach. Na przykład po kilkumiesięcznej przerwie i rehabilitacji walczyłam z Elizą Olson w Manchesterze na M.E.N.-Arenie. Wtedy chyba pierwszy raz prawie całowałam ring, że wygrałam i udało się odzyskać pas. Myślę, że to był taki najtrudniejszy moment.


Boks to nie jest sport dla mięczaków, a człowiek nie jest przecież robotem i zdarzają mu się trudne dni. Miałaś kiedyś taki moment, że chciałaś to wszystko rzucić i zrezygnować z kariery?

Jak miałam osiemnaście lat i byłam mistrzynią świata, to już chciałam iść na emeryturę. Później był taki moment, że mogłam łagodnie odejść, bo skończyłam z zawodowym kick-boxingiem i zamieszkałam w Poznaniu. Studiowałam politologię i zaczęłam normalne życie. Ale ruszył boks zawodowy i przyjęłam propozycję. W boksie już nigdy nie miałam takiego naprawdę trudnego momentu. Oczywiście były kontuzje i depresje, ale nigdy nie pojawiła się myśl o rezygnacji. Tak naprawdę z boksu wyeliminowała mnie kontuzja kolana. Po operacji z kolei poleciałam F-16 i to kolano drugi raz pieprznęło. Miałam jednak plan - zdrowia nie ma, trzeba się zabrać za dzieci. Stwierdziłam, że do 35. roku życia fajnie byłoby urodzić. Prawie zdążyłam, bo Maria urodziła się w lutym, a ja w styczniu skończyłam 36 lat. W ciąży nie mogłam trenować i kolano się zregenerowało. Dostawałam propozycje pożegnalnej walki jak Maria była mała, ale nie poradziłabym sobie z tym psychicznie.

Czyli na razie jej nie planujesz?

Ja jej nie planowałam, ale różni inni ludzie planują, więc zobaczymy. Przychodzą różne propozycje, a Maria ma już tyle lat, że mogę się z nią dogadać. Nigdy nie mówię nigdy, ale jeżeli już, to jakiś no challenge. Ja już swoje zrobiłam, a to nie jest sport dla starych ludzi. Nie oszukasz ciała, szczególnie po tylu latach treningu.

A w czasie trwania kariery bokserskiej miałaś jakąś specjalną dietę, czy sama regulowałaś posiłki?

Sama sobie wszystko regulowałam, ale wiadomo, że jak trzeba było schodzić do jakiegoś limitu wagowego, to nie możesz sobie pozwolić np. na słodycze. W książce opisuję różne historie związane z tym schodzeniem do wagi. Przykładowo chłopak waży 55 kilo, musi zejść do 52, później waży 57, to też musi zrzucać i tak cały czas. A później już ważysz 60, bo jesz na zapas. Organizm wariuje i się rozregulowuje. Były takie momenty, że robiło się wagę na ostatnią chwilę i trzeba się było odwadniać.

Pamiętam te cudowne historie. Siedzisz w gorącej wannie, pocisz się, ubierasz trzy dresy, wchodzisz pod kołdrę i jeszcze dowalasz sobie suszareczkę. Jakie to jest obciążenie dla serca! Można nie jeść, ale najgorsze to nie móc pić. Zapaśnicy są w tym mistrzami. Rozmawiałam z jednym. Wujek go nauczył, że trzeba wypić coś bardzo gazowanego, aby wypełnić żołądek. Z kolei jedna trenerka gimnastyczek kazała im owijać się folią stretchową, zakładać dresy i zasuwać w saunie na skakance. Mało osób opisuje te hardkorowe rzeczy. Na przykład większość skoczków jest przechudych, ma bulimię, anoreksję i inne zaburzenia odżywiania.

Można powiedzieć, że to materiał na kolejną książkę. 

Kiedyś w „Dzień Dobry TVN” tłumaczyłam, dlaczego Małysz w sezonie zimowym był taki miły i spokojny w rozmowach z dziennikarzami. Był wycieńczony i miał tak małą ilość tkanki tłuszczowej, że po prostu nie miał siły mówić. A ja widziałam chłopaków w sezonie letnim, ile mają energii i jak rozrabiają. O tym się nie mówi. Gadam tak, bo wiem, że to jest zupełnie inne życie. Teraz Małysz jest zupełnie innym człowiekiem. Rzadko mówi się też o tym, jak wygląda życie po sporcie. Trudno przejść do normalnego życia, jak ktoś nie ma pasji. Ilu jest alkoholików, ćpunów, ludzi z problemami ze zdrowiem. 90% nie może zostać młodymi rentierami, więc zostają młodymi kalekami.


Z jednej strony boks często bywa nadmiernie demonizowany, z drugiej jednak wiąże się z różnego rodzaju ryzykiem i niebezpieczeństwami. 

Piłka nożna i koszykówka są bardziej urazowe. To koszykówka zniszczyła mi kolana i stawy. Boks ma zasady: nie można uderzać w tył głowy, walić „młotkiem” czy łokciem i kopać jak kogoś liczą. Prawdziwy hardkor to MMA. Te ich rękawiczki, ciosy z łokcia, kopanie leżącego… Jak kopie się leżącego, to dla mnie to już nie jest sport, tylko realna walka.

Wprowadziłaś w kick-boxingu rewolucję modową - męskie galoty zamieniłaś na kobiece spódniczki. Nadal dziewczyny ubierają się „na Rylik”, czy może poszło to w jeszcze innym kierunku?

Teraz już chyba wszystkie trenują w spódniczkach. Wymyśliłam sobie tę spódniczkę jak zobaczyłam Iwonę Guzowską w tych długich galotach. Mogłam w niej dobrze i kobieco wyglądać, a przy okazji przekonywałam, że to nie jest jakaś patologia. Byłam prekursorką, byłam pierwsza. Zawsze było „Rylik do garów”. Ta nowa stylówka sprawiła, że ludzie mówili: „Fajna”, „Niegłupia”, „Boksuje, bo kocha sport”. Przecierałam te drogi i zrobiłam dobrą robotę.

Nie myślałaś może o stworzeniu własnej linii odzieżowej?

To wszystko przede mną. Tak naprawdę przez dziecko i inne okoliczności ze wszystkiego się wycofałam, żeby zmienić swoje życie. Wróciłam do projektów, których z różnych przyczyn dotychczas nie podejmowałam. Przez to pojawił się Vega i filmy, jest dużo spotkań i projektów coachingowych. Moja książka „Nokaut” wiele osób dotyka, motywuje i inspiruje.

Dostałam kolejną propozycję napisania książki w momencie, kiedy wygrałam najważniejszą walkę: o siebie. Mówili: „Czego się Rylik boi? To twarda babka”. Gówno prawda. Ja jestem zadaniowa - jak trzeba zrobić, to wszystko zrobię, dopiero później to odchoruję i odpłaczę. Nauczyłam się ciężkiej pracy, ale jednak najciężej jest zawalczyć o siebie. Wielu ludzi nie ma odwagi i się boi.

Czyli napisałaś tę książkę, żeby podsumować swoją walkę o siebie i zmotywować innych do działania?

Jeżeli cokolwiek, co napisałam w tej książce przyda się choćby jednej osobie w jej walkach życiowych, to będę szczęśliwa. Dostaję od ludzi feedback, że wracają do pracy, zaczynają mówić to, co myślą i podejmują ważne decyzje, więc warto było ją napisać.

Słyszałem, że ostatnio zostałaś trenerką…

Podpisałam na rok kontrakt z KSW Cross Fight Gym, we wtorki prowadzę trzygodzinne zajęcia z boksu i fit boxingu. Niektórzy przychodzą pierwszy raz, ale są też bokserzy i dla nich wszystkich prowadzę jeden trening. Głównie ćwiczenia na koordynację, szybkość i pracę skrętową na elementach boksu. Kontakt jest tylko w formie zabawy. To fajne, bo dawno nie prowadziłam zajęć. Jestem też ambasadorem Zdrojowej Invest i prowadzę z nimi takie fit weekendy, m.in. zawody z dzieciakami.


W 2002 powstał film Igi Cembrzyńskiej „48 godzin z życia kobiety”, którego byłaś główną bohaterką. Jak wspominasz waszą współpracę? Wydajecie się zupełnie różnymi od siebie kobietami. 

Iga jest takim otwartym umysłem, młodym i ciekawym świata. Tygodnie przypatrywała się moim treningom. Nadal mam w domu skakankę, którą pomalowała na srebrno, żeby migała w obiektywie. Jeszcze zostało na niej trochę sreberka z tamtych lat. Przed walką wpuściłam kamery do szatni, co rzadko się zdarza. Tam jest pokazany fajny numer z Markiem Graczykiem (psychologiem sportu). Jak przeszłam na zawodowstwo na 10 rund, to dał mi radę: „Patrzysz w lustro i mówisz: jestem najlepsza, nie do pokonania, mistrzynią świata!” - taka afirmacja. Spotkałam go przypadkowo po 10 latach na plaży w Sopocie i powiedziałam, że cały czas na tym jadę. Wchodzisz do ringu i nie masz nawet minimalnej myśli, że coś może pójść nie tak. Umiejętności obydwu stron są podobne, więc liczy się psychika.

W trakcie kręcenia filmu pracowałam w „Magazynie Olimpijskim”, przygotowywałam się do walki z Goranovą i w końcu wysiadł mi organizm. Dostałam refluksu, zawrotów głowy i rzygałam w czasie treningu, nie ściągając rękawic. Poszłam do Roberta Śmigielskiego, mojego przyjaciela ortopedy, a on kazał mi trzy dni leżeć pod kroplówkami. Następnego dnia poszłam na walkę. Na końcu filmu wszyscy się cieszą, a moja mama zaczyna płakać. Inni nie wiedzieli jakie było tło, że byłam wtedy ledwo żywa.

W „Dzień Dobry TVN” prowadziłaś cykl poświęcony sportom ekstremalnym. Masz jeszcze jakieś szalone marzenie, którego nie zrealizowałaś?

Poleciałabym w stratosferę, może trochę wyżej! Kosmos mnie woła (śmiech).

A takie bardziej przyziemne?

Latałam już prawie wszystkim, a nurkowanie głębinowe mnie nie interesuje. Tak więc chyba został już tylko kosmos.

Trzeba mieć duszę wariata, żeby robić takie szalone rzeczy jak Ty.

Duszę wariata jak duszę wariata. Śmieję się, że gdzieś w dzieciństwie wyłączył mi się instynkt samozachowawczy, ale teraz już się zastanawiam przed dużym ryzykiem. Z wiekiem człowiek się jednak gorzej goi (śmiech). Teraz już nie robię tego cyklu, ale może telewizja jeszcze wróci.

Pojawiło się za to aktorstwo. Zagrałaś w dwóch filmach Patryka Vegi „Pitbull. Niebezpieczne kobiety” i „Botoks”. Masz już jakieś kolejne plany filmowe?

Teraz mają się pojawić „Kobiety mafii”, a ja mam zagrać w kolejnym filmie Vegi o prokuratorkach. Na razie nie mam pojęcia, co wymyśli. Z chęcią zagram rolę inną niż taka, z którą jestem kojarzona.

Jesteś po jakichś szkoleniach aktorskich?

Gdzie tam! Ja jestem zdolna w wielu kierunkach.


Skończyłaś politologię, ale z tego co wiem, nie masz zamiaru próbować swoich sił w polityce…

Iwona Guzowska była w polityce, ale się wycofała. U nas nie ma kultury politycznej, zamożni ludzie chcą się nachapać, a nie zrobić coś pożytecznego. Zmieniłam swoje życie, żeby mówić to, co myślę i robić to, co chcę. A nie, że miałabym instrukcje poselskie i musiałabym głosować tak jak każe partia. To nie są moje zasady, bo nie lubię zakłamania. W ogóle nie chcę pracować z ludźmi, którzy mają złą energię. Zawsze mówię to, co myślę. Potrafię powiedzieć, że ktoś jest chamem, a chamstwo tępię. Ze mną nie ma żartów.

Czyli w ringu potrafisz dołożyć pięścią, a w prywatnym życiu słowem, jeżeli ktoś sobie na to zasłużył?

Tak. Nauczyłam się w życiu, że głupota to jedno, ale jak ktoś robi w życiu coś komuś, to mówię, że tak nie można robić. Jak stoję w kolejce i ktoś krzyczy na drugą osobę, to zwracam uwagę.

W książce wspominasz, że w trudnych chwilach towarzyszyły Ci piosenki Edyty Bartosiewicz. A jakie utwory znajdują się obecnie na Twojej playliście?

Mój gust muzyczny jest kosmiczny. Mam na playliście Michaela Bublé, Stinga, Electric Light Orchestrę, Celię Cruz „La vida es un carnaval”, Evanescence, „Free Your Mind” i Bednarka. To jest tak, że albo coś lubię, albo nie lubię. Muszę czuć bit, żeby mi się podobało. Tak więc od muzyki filmowej z „Gladiatora” („Now We Are Free” jest boskie) do „Przez twe oczy zielone” Zenka Martyniuka. Tak jak nie lubię ciężkiego rocka, to zakochałam się w utworze Evanescence „Bring Me to Life”, do którego tańczyłam pasodoble w „Tańcu z Gwiazdami”. Pomyślałam sobie, że gdybym jeszcze kiedyś miała wejść na ring na pożegnanie, to właśnie przy tym utworze.

Ta pożegnalna walka zdaniem wielu fanów się im należy. Co obecnie ćwiczysz, żeby zachować formę?

Generalnie jestem teraz w superformie. Ćwiczę z ludźmi, których uczę boksu. Oni po półtorej godziny zdychają, a ja robię drugi trening, trzy godziny longiem. Nie zdążyłam zrobić formy na czterdziestkę, to robię na pięćdziesiątkę (śmiech).

Niedawno obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia. Jak Ty je spędzasz?

Zawsze spędzam święta w rodzinnym Kołobrzegu. Wigilia jest u cioci, pierwszy dzień świąt u nas. Jest dwadzieścia osób albo i więcej. Święta zawsze są dla mnie magiczne. Patrzę się w tę choinkę jak dzieciak. Moja mama zawsze robiła ze mną ciasteczka przed Wigilią, później robiłam je z chrześniakiem, a teraz z moją córką. Zostaję w Kołobrzegu do Nowego Roku, a Sylwestra spędzam na domówce u mojej siostry.

A mogłabyś nam zdradzić swoje plany na 2018?

Będzie się działo, bo jest dużo ciekawych projektów sportowych, filmowych i coachingowych. Jedno mogę wam obiecać - nie będę śpiewać! To jest talent, którego jestem pozbawiona.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Agnieszki Rylik, zapraszam na jej oficjalną stronę:
http://www.rylik.pl/
https://www.facebook.com/agnieszkarylik/