wtorek, 8 maja 2018

Wywiad z Łukaszem Płoszajskim

Łukasz Płoszajski jest aktorem teatralnym i serialowym, znanym przede wszystkim z roli Artura Kulczyckiego w serialu „Pierwsza miłość”. Ukończył studia na Wydziale Aktorskim w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, a jego debiutem ekranowym była rola w spektaklu telewizyjnym Krzysztofa Zanussiego „Sesja kastingowa”. Pracował również jako reporter Radia Eska Łódź i prezenter muzyczny w Eska TV, a od 2016 prowadzi kanał na Youtubie „Haker umysłu”, w którym pokazuje swoje zdolności jako mentalista. W wywiadzie opowiada o początkach swojej kariery aktorskiej, sekrecie popularności serialu „Pierwsza miłość”, przygodzie z dziennikarstwem i tajnikach czytania ludziom w myślach.


Po raz pierwszy mogliśmy Pana zobaczyć na ekranie w 2002 w spektaklu Teatru Telewizji „Sesja kastingowa”, ale prawdziwą popularność przyniosła Panu rola Artura Kulczyckiego w serialu „Pierwsza miłość”. Jak wspomina Pan początki swojej kariery aktorskiej i jak trafił Pan na plan tej polsatowskiej produkcji?

Od samego początku mojej pracy zawodowej miałem dużo szczęścia. Wspomniana rola u Krzysztofa Zanussiego w Teatrze Telewizji pojawiła się zanim skończyłem szkołę filmową. Później natychmiast dostałem pracę w Teatrze Powszechnym w Radomiu i dwie duże role do zagrania, jedną w dramacie, drugą w farsie, więc mogłem się wykazać na różnych artystycznych płaszczyznach. Cały czas oczywiście uczestniczyłem w castingach i pojawiałem się w epizodach różnych seriali. Dokładnie w ten sam sposób trafiłem do „Pierwszej miłości”, jednak okazało się, że tym razem powierzono mi nie epizod, tylko jedną z głównych ról i tak zaczęła się ta przygoda.

W postać Artura wciela się Pan już od czternastu lat, Pana bohater był już związany z wieloma kobietami, a niedawno jego małżeństwo z Kingą przeżywało kryzys. Czego możemy się spodziewać w życiu Artura Kulczyckiego w kolejnych odcinkach? Ma Pan jakieś wspólne cechy charakteru z graną przez Pana postacią? 

Z całą pewnością możemy spodziewać się, że Artur jeszcze nieraz zaskoczy widownię, wzruszy, rozbawi, wkurzy, bo to bardzo przewrotna postać, choć w gruncie rzeczy to dobry człowiek. Z moim bohaterem mam na pewno wspólny wzrost, głos i uśmiech (śmiech). Jeśli jednak chodzi o decyzje, które podejmujemy w życiu, wiele nas różni.

Co Pana zdaniem sprawia, że serial „Pierwsza miłość” przez tyle lat nieprzerwanie cieszy się dużą oglądalnością?

Często pytam o to ludzi, którzy oglądają nasz serial, i wszyscy zgodnie twierdzą, że to bardzo rozrywkowa produkcja i właśnie dla rozrywki nas oglądają. Nie pokazujemy życia jeden do jednego, lecz świat, który znacznie różni się od tego za oknem. Mnie nasz serial również bawi, kiedy mam okazję go oglądać.

Jest Pan nie tylko aktorem serialowym, ale również teatralnym, związanym z Wrocławskim Teatrem Komedia. Bardziej komfortowo czuje się Pan przed kamerami czy jednak na deskach teatru?

Lubię zarówno jedno, jak i drugie, choć muszę przyznać, że praca w teatrze, szczególnie, kiedy jeden tytuł gra się np. jedenaście lat, jak było w moim przypadku, bywa męcząca. W pracy potrzebne są zmiany i nowe wyzwania. Dlatego też oprócz tego, co Pan wymienił, stworzyłem „Hakera umysłu” i tym samym podzieliłem się z widownią moją kolejną pasją. Mam nadzieję, że już po wakacjach, oprócz mojego kanału YouTube, show w końcu zagości na scenach teatralnych w całej Polsce.

Oprócz kariery aktorskiej miał Pan też doświadczenie dziennikarskie - był reporterem Radia Eska Łódź i prowadził program muzyczny w Eska TV. Jak wspomina Pan swoją przygodę z dziennikarstwem i jakie umiejętności wyniósł Pan ze współpracy z Eską?

To była fantastyczna przygoda, tym bardziej, że byłem reporterem pracującym na ulicy, a ja uwielbiam kontakt z ludźmi. Wiele śmiesznych historii wydarzyło się w tej pracy, a na dywaniku u dyrektora znalazłem się już drugiego dnia (śmiech). W radio nauczyłem się, że nie ma nic gorszego na antenie niż cisza, więc potrafię mówić dopóki ktoś mnie nie wyłączy (śmiech).


W październiku 2016 miał premierę Pana autorski program na Youtubie „Haker umysłu”, w którym dał się Pan poznać jako czytający ludziom w myślach mentalista. Jak wyglądał proces przygotowywania się do tego projektu? Z tego co wiem przygotowywał się Pan do niego jedenaście lat. 

Tak jak wspomniałem wcześniej to była moja pasja od lat. Na mojej stronie internetowej udostępniłem szereg książek, w których można znaleźć odpowiedź, kim jesteśmy i jak działa nasz umysł. Mnie człowiek jako istota fascynował od zawsze. Rzeczywiście wiele czasu poświęciłem tym studiom, ale to była fascynująca podróż. Czy nie jest ciekawe skąd biorą się myśli w naszej głowie? Dlaczego dokonujemy takich, a nie innych decyzji w życiu? Dlaczego wierzymy w najprzeróżniejsze rzeczy? Co tak naprawdę nami steruje?

Nazywa Pan siebie „psychologicznym iluzjolistą” i twierdzi, że posługuje się w pracy mentalisty przede wszystkim psychologią i badaniem ludzkich zachowań. Ile zatem jest w Pana działalności książkowej wiedzy, ile iluzji, a ile po prostu empatii i pewnych cech, z którymi każdy z nas się rodzi?

To, czym się zajmuję, to czytanie ludzi i kontrola ich umysłów. Żadna z osób nie była podstawiona ani nic nie udawała przed kamerą. To samo zresztą dotyczy ludzi, którzy biorą udział w moich pokazach na żywo - każda z nich w sposób losowy trafia do mnie na scenę. Nie posiadam żadnego nadprzyrodzonego daru ani w istnienie żadnego z nich nie wierzę. Każdy, kto twierdzi, że jest jasnowidzem, bioenergoterapeutą albo jakimś innym szarlatanem, jest zwykłym oszustem. Wszystko to, co pokazuję, można racjonalnie wytłumaczyć, choć z pewnością nie każdy może powtórzyć moje eksperymenty.

Wielokrotnie udowadniał Pan swoje imponujące zdolności w programach na żywo. A czy kiedyś sam został Pan „przejrzany” przez innego mentalistę?

Nie doszło jeszcze do takiej konfrontacji w moim życiu (śmiech).

Na swoim Instagramie co jakiś czas zamieszcza Pan zdjęcia z siłowni. Jaką rolę odgrywa sport w Pana życiu i jakie są Pana ulubione sposoby spędzania wolnego czasu?

Sport jest bardzo ważny w moim życiu. Zresztą zawsze był. Uprawiałem koszykówkę, karate, biegałem, pływałem, grałem w tenisa stołowego i oczywiście w piłkę przed blokiem. Muszę przyznać, że wiele z tego, co oglądamy w „Hakerze umysłu”, wymyśliłem właśnie biegnąc lub będąc na siłowni.

Rozwija się Pan na różnych polach, zarówno jako aktor, jak i mentalista. Czego zatem możemy się od Pana spodziewać w najbliższej przyszłości?

Przyszłość często jest przewrotna i choć ma się plany, nie zawsze dochodzą one do skutku. Możemy jednak z całą pewnością spodziewać się tego, że nigdy nie przestanę marzyć i walczyć z całych sił o swoje marzenia.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Łukasza Płoszajskiego i jego działalności, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:
http://lukaszploszajski.pl/
https://www.facebook.com/lukaszploszajskiofficialfanpage/
https://www.youtube.com/channel/UC179IkHwzSmK3sSQiyMIIaQ

piątek, 4 maja 2018

Rozmowa z Mandaryną

Marta Wiśniewska, znana szerzej jako Mandaryna, jest pochodzącą z Łodzi tancerką, choreografką i piosenkarką. Wydała trzy albumy: „Mandaryna.com”, „Mandarynkowy sen” i „AOK”, grała w serialach „Na Wspólnej” i „Pierwsza miłość”, a obecnie prowadzi sieć szkół tańca Mandaryna Dance Studio. Jej utwory takie jak „Ev’ry Night” i cover „Here I Go Again” znajdowały się na szczytach europejskich list przebojów. W 2013 Mandaryna zakończyła karierę muzyczną, lecz niedawno po pięciu latach przerwy wróciła na scenę. W wywiadzie opowiada o swojej miłości do tańca, karierze muzycznej i planach na przyszłość oraz dementuje plotki, jakie narosły wokół jej osoby.


Tańczysz od wczesnego dzieciństwa, a w 1996 zdobyłaś mistrzostwo Polski w hip-hopie. Co najbardziej zafascynowało Cię w tańcu?

Moja mama zaprowadziła mnie na zajęcia do bardzo popularnego łódzkiego zespołu Krajki. Bardzo przypominał warszawską Gawędę - taki typowy harcerski zespół śpiewająco-taneczny. Przez siedem lat zwiedziłam z tym zespołem pół świata i nauczyłam się tam podstaw. Mama zaprowadziła mnie do tego zespołu za namową mojej wychowawczyni z podstawówki, która widziała, że wykazuję dużą taneczną energię. Jako jedyna nie podpierałam ścian i tańczyłam na wszystkich dyskotekach i wszędzie, gdzie się dało. Byłam dość sprawna fizycznie, więc uznały, że w sumie jest to niezły pomysł.

Kiedy poczułaś się najbardziej spełniona jako tancerka?

Oczywiście to mistrzostwo Polski było moim wielkim sukcesem i bardzo o tym marzyłam. Natomiast największym jest chyba to, co dzieje się teraz. Moi podopieczni, w tym dwoje moich dzieci, zdobywają mistrzostwa Europy, a moje choreografie przepływają przez innych ludzi i oni stawiają je na pierwszych miejscach - to jest prawdziwe spełnienie.

Masz sieć szkół Mandaryna Dance Studio, która jak wspomniałaś odnosi ogromne sukcesy. Jaką jesteś nauczycielką - wymagającą czy jednak wyrozumiałą?

Prowadzę zajęcia w każdej z moich szkół. Chciałabym być ostra i wymagająca, ale w ogóle nie mam takiego charakteru. Tak trochę udaję, że jestem twarda, a tak naprawdę bardziej się z nimi przyjaźnię. W tych szkołach jest raczej tak, że ludzie muszą mieć ochotę na to, żeby tańczyć i żeby ten taniec był ich pasją. Czerpiemy z siebie nawzajem. Nie jestem katem, który stoi nad dzieciakami i narzuca im tylko jeden najlepszy sposób działania. Oni muszą to poczuć sami, żeby pójść o krok dalej. Daję im dużo luzu, ale też w zamian oczekuję bardzo dużego zaangażowania, ale nie takiego „pod pręgierzem”.

Prowadzisz zajęcia tylko dla dzieci i młodzieży, czy również dla osób w Twoim wieku?

Prowadzę zajęcia dla kilkuletnich dzieci po ludzi dorosłych, bo mam też jedną grupę bardzo dojrzałych dziewczyn - w moim wieku, a niektóre nawet starsze. Niedługo też będą wyjeżdżać na pokazy, może uda nam się wystartować w jakichś zawodach. Takie dorosłe osoby też tańczą, rywalizują ze sobą i nieźle im to idzie. Ograniczeniem jest tak naprawdę tylko głowa. Jeśli zdrowie ci pozwala na to, żeby wykonywać różne ćwiczenia, to super.

Tańcowi zazwyczaj towarzyszy muzyka. Jakie utwory najbardziej pobudzają Cię do tańca?

Z racji tego, że uczę hip-hopu, jest to raczej popowa lub hip-hopowa muza i w takiej właśnie muzie osadziłam swój taniec. Inspirują mnie jednak różne piosenki, zaczynając od Björk, przez utwory musicalowe i polskie utwory.

Sama też przez lata tworzyłaś muzykę. Karierę jako Mandaryna rozpoczęłaś pod koniec 2003 i podobno śpiewu uczyła Cię sama Elżbieta Zapendowska. Jak wyglądały te przygotowania do rozpoczęcia występów scenicznych?

Informacja o lekcjach u Eli Zapendowskiej to plotka. Oczywiście uczyłam się u wielu osób, jeździłam nawet do Gdyni na lekcje śpiewu u cudownej nauczycielki. Gdzieś tam cały czas coś robiłam, natomiast do wydania moich płyt wystarczyło mi to, co potrafię.

Czyli informację o lekcjach śpiewu u Elżbiety Zapendowskiej definitywnie dementujemy?

Ze mną jest tak, że plotki nakładają się na kolejne plotki, potem te sytuacje są wyjaśniane przez kolejne plotki, więc gdybym chciała to wszystko odkręcać, to nie starczyłoby na to życia. Poza tym nie chce mi się.

Można powiedzieć, że te plotki budują legendę. 

Tak (śmiech). Te plotki są, ale za chwilę ludzie już myślą o czymś innym, więc to nie ma sensu.

Skoro jesteśmy przy plotkach. Podobno Twój cover „You Give Love a Bad Name” był jedynym, który zaakceptował sam Bon Jovi... 

Nie wiem czy sam Bon Jovi, chciałabym (śmiech). Moi producenci na pewno mieli kontakt z ludźmi od niego i oni zaakceptowali ten cover, to prawda. A czy jedyny? Pewnie nie, bo na świecie jest wiele coverów tej piosenki.


Twoje płyty „Mandaryna.com” i „Mandarynkowy sen” były produkowane przez Niemców, współpracowałaś też z Groove Coverage. 

Tak, Groove Coverage pomagał nam trochę przy „Here I Go Again”. Rzeczywiście przy pierwszych dwóch płytach byli to niemieccy producenci, Harald Reitinger i Uli Fisher. Przyjeżdżali do Polski, ja też jeździłam do nich i fajnie nam się współpracowało. Z moich trzech płyt najbardziej kocham jednak tę trzecią, „AOK”, bo jest trochę inna i pod prąd. Bardziej moja i w klimatach, które czuję. Na pewno będę szła w tę stronę.

Słyszałem, że płyta „Mandarynkowy sen” ukazała się w Stanach Zjednoczonych, a nawet w Indonezji.

Miała się ukazać, ale niestety się nie ukazała. Natomiast single, szczególnie „Here I Go Again”, były bardzo wysoko notowane na zagranicznych listach przebojów w Japonii i Austrii, nawet na pierwszych miejscach. Gdzieś tam o mnie usłyszeli za granicą, ale płyty nigdy tam nie wydałam.

Pamiętasz może takie największe apogeum popularności - kiedy np. jedziesz za granicę i słyszysz swój utwór w radiu?

Jezu, byłam gdzieś za granicą i słyszałam „Ev’ry Night”! To chyba były Niemcy, ale i tak bardzo się zdziwiłam, że tam ta piosenka poleciała. To jest ogromna przyjemność, ale taką samą przyjemnością jest też wysłuchanie swojej piosenki w polskim radiu.

Jak w ogóle powstało „Ev’ry Night”? To niewątpliwie Twój największy przebój.

To zrobił niemiecki team Harry i Uli. Oni przywieźli tę piosenkę i w zasadzie od razu nam się spodobała. Przypominała nam trochę klimatem Kylie Minogue, która była wtedy mocno na czasie. Dobrze nam się ją nagrywało i też dlatego zrobiliśmy do niej teledysk w Chorwacji. Zresztą było bardzo przyjemnie - zabrałam tam całą swoją ekipę, więc trochę pracowaliśmy, trochę odpoczywaliśmy. Znaczy ja pracowałam, oni odpoczywali, ale było fajnie!

Twój sceniczny wizerunek tworzony był w czasach, które obecnie gwiazdy uważają za kiczowate i niechętnie do nich wracają. Lubisz oglądać zdjęcia i filmy z tamtych lat?

Lubię, to się zawsze przyjemnie ogląda, bo byłam dużo młodsza. Myślę, że każdy czas ma inne prawa. Jak oglądam zdjęcia mojej mamy, to też mi się wydaje, że wyglądała śmiesznie, chociaż teraz akurat wraca się do tej mody. Moje ubrania były typowo sceniczne i robione specjalnie na zamówienie przez projektantów. Czy były kiczowate? Pewnie w pewien sposób tak. Tak samo możemy powiedzieć o Lady Gadze, że jest kiczowata. Moim zdaniem jest jakaś. Teraz bym tych strojów nie założyła, bo jestem trochę inną osobą, inaczej gram koncerty i innych rzeczy potrzebuję. Wtedy bardzo pragnęłam być takim kolorowym ptakiem. Chyba się udało, bo wszyscy o tym mówią.

Twoje występy również były bardzo widowiskowe ze względu na towarzyszące im układy taneczne. Choreografia do „Windą do nieba” przywodziła trochę na myśl „Vogue” Madonny.

Madonna jest po prostu doskonała. Jeśli chodzi o performance i całe koncertowe show, jest niesamowita. Nie jest jakimś wielkim wirtuozem, jeśli chodzi o wokal, ale jest naprawdę
profesjonalistką. Jestem wielką fanką Madonny, bo uważam, że robi wszystko perfekcyjnie. Pracuje z fantastycznymi ludźmi i te przedstawienia są na bardzo wysokim poziomie.

Czyli jednak była dla Ciebie inspiracją?

Oczywiście. Nie tylko Madonna, ale też Kylie Minogue, chociaż chyba głównie Madonna. To jest taka ikona, którą kocham i uwielbiam.

Wspomniałaś, że znów grasz koncerty. Przez ostatnie lata dało się zauważyć rosnące zainteresowanie „Ev’ry Night”. Kiedy poczułaś, że to wraca?

To zainteresowanie „Ev’ry Night” jest chyba jeszcze większe niż jak powstało kilkanaście lat temu. Teraz to jest po prostu cudo! Na pierwszy koncert po wielu latach jechałam z pewną dozą nieśmiałości. Nie wiedziałam, co mnie czeka i jak ludzie na mnie zareagują. Tak dawno się z nimi nie widziałam. Kiedy jednak pierwszy raz postawiłam stopy na scenie, odetchnęłam z ulgą. W tych klubach jest niesamowita energia. Po prostu nie mogę się doczekać następnego koncertu i tych wszystkich ludzi. Oni potem do mnie przychodzą, robią sobie ze mną zdjęcia i rozmawiamy. Jest też bardzo dużo takich osób, które kiedyś przychodziły na moje koncerty i miały wtedy ze 12 lat. Moją tancerką jest zresztą dziewczyna, która jako 9-latka brała ode mnie autograf po koncercie w teatrze we Wrocławiu. Teraz razem pracujemy, więc w sumie to jest niesamowite.

Czyli można powiedzieć, że już żyją ludzie, którzy wychowali się na Mandarynie?

To prawda! Już dorastają.

Jaka panuje atmosfera w trakcie tych koncertów?

Gramy koncert, a potem jeszcze dwa razy tyle czasu spędzamy na rozdawaniu autografów, gadaniu i bawieniu się z tymi ludźmi. Znów poczułam powiew czegoś wyjątkowego. Bardzo się cieszę, bo będę też mogła zabierać swoją ekipę ze szkół, żeby tańczyli ze mną na plenerach. Może uda mi się namówić swoje dzieci. Zobaczymy.

Zagranica też wchodzi w grę? Są jakieś propozycje?

Odzywała się Wielka Brytania. Jest tam dużo Polonii i dostałam tam solidną nagrodę DJ-ów za „Good Dog Bad Dog”. Ten utwór był mocno promowany w tamtejszych klubach.

Do teledysku do „Good Dog Bad Dog” zaprosiłaś Gracjana Roztockiego, aby Cię sparodiował.

Bo miał taką samą fryzurę jak ja! (śmiech)

Mam wrażenie, że nie tylko masz do siebie duży dystans, ale też potrafisz to kreatywnie wykorzystać. 

Wydaje mi się, że mam do siebie trochę dystansu. Oczywiście w różnych sytuacjach różnie mi to wychodzi. Często mam duży dystans do dużych rzeczy, a wkurzają mnie jakieś drobiazgi. Jakbym wszystko brała do siebie i wszystkim się umartwiała, blokowałoby to moją głowę. Nie chcę, żeby ktoś mógł zawładnąć moją głową, sercem i odczuciami. Mam żyć tak, jak ktoś powiedział, że powinnam? A chrzanić to! Będę robić to, co chcę! Póki nikogo nie krzywdzę i to wszystko jest w jakichś fajnych ramach, to czemu nie być tym, kim chce się być i kim się jest.

Ten dystans jest u Ciebie cechą wrodzoną czy wypracowaną latami spędzonymi w świecie showbiznesu?

To chyba tak po rodzinie, bo mój tato miał przeogromny dystans do siebie i tak nieziemskie poczucie humoru, że przebywając w jego towarzystwie, człowiek trochę chłonął tej pozytywnej energii. Dziadek ze strony mojego taty też miał podobne poczucie humoru - obaj byli fantastyczni i chyba poszłam w ich stronę. Oczywiście jestem też mamą, więc pewnie jestem trochę zgredziała, wymagająca i marudna, ale staram się takim „zgredkiem” nie być.


Twój powrót na scenę wzbudził wiele plotek na temat nadchodzącej płyty. Podobno masz jakiś niezrealizowany album sprzed dziesięciu lat, zaczęty czwarty… Jakie są te Twoje muzyczne plany?

W zasadzie to nie było żadnego pomysłu na czwarty album. Był pomysł na trzeci i on został wydany. Kolejny album? Nie, chyba nie. Piosenka? Może we wrześniu, jak już usiądę w fotelu i zapragnę czegoś innego. Jeżeli wydam coś, to chciałabym jak zwykle trochę pod prąd. Nie obiecuję i nie mam na to ciśnienia. Jeśli się uda, to będzie cudownie.

Masz jeszcze w szufladzie jakieś niewydane kawałki?

Wydałam wszystkie kawałki, które chciałam. Nie trzymam żadnych w szufladzie. Może kilka tekstów, ale muzyki nie. Spływają do mnie pewne propozycje i nawet kilka bardzo ciekawych. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Oprócz muzyki miałaś też epizody aktorskie, między innymi w serialach „Na Wspólnej” i „Pierwsza miłość”. Czy Twój wielki powrót będzie też obejmował aktorstwo?

Skończyłam szkołę aktorską Machulskich i Wyższą Szkołę Projektowania i Reklamy w Łodzi, gdzie też był wydział aktorski. Przez chwilę rzeczywiście występowałam w serialach, ale to były takie epizody w moim życiu. Na razie nie pojawiły się żadne nowe propozycje.

Ale zgodziłabyś się, gdybyś dostała jakąś ofertę?

Pewnie tak, nie wiem. Jak się pojawi, to się zastanowię.

Masz jeszcze jakieś pasje poza tańcem, muzyką i aktorstwem?

Próbowałam różnych rzeczy. Zimą jeżdżę na desce, ale już dawno nie byłam, więc w sumie nie wiem, czy jeszcze na niej jeżdżę (śmiech). Podobnie z kitesurfingiem latem, bo też tego bardzo dawno nie robiłam. Pływam i jeżdżę na wszystkim, na czym się da, ale nie mam takiej jednej pasji, w którą bym jeszcze oprócz tańca uciekała.

Przez ostatnich piętnaście lat, od momentu wejścia na muzyczną scenę, wiele się w Twoim życiu wydarzyło. Jak wyobrażasz sobie siebie za kolejnych piętnaście lat?

Przez chwilę z książką na tarasie, potem gdzieś w biegu. Mam nadzieję, że za piętnaście lat też będę czynna zawodowo i dużo będzie się wokół mnie działo. Chcę dalej mieć głowę tak samo pełną pomysłów. Mam nadzieję, że moje szkoły tańca będą dalej funkcjonować i moi podopieczni będą zdobywać takie same cudowne nagrody jak teraz.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Mandaryny, zapraszam na jej oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/mandarynaofficial/
https://www.instagram.com/marta.mandaryna/

wtorek, 1 maja 2018

Rozmowa z Jankiem Traczykiem

Janek Traczyk jest pochodzącym z Warszawy muzykiem i aktorem musicalowym, związanym z Teatrem Muzycznym Roma i Teatrem Muzycznym w Gdyni. Obecnie możemy go oglądać w roli pilota Jana w spektaklu „Piloci” i Gringoire’a w „Notre Dame de Paris” oraz w programie Polsatu „Twoja twarz brzmi znajomo”. Wcześniej przez sześć lat występował w sztukach teatru Studio Buffo. Janek pracuje również nad debiutanckim albumem, który najprawdopodobniej ukaże się jesienią. W wywiadzie opowiada o początkach swojej przygody z musicalami, pracy nad płytą, pasji do jazdy konnej i planach na przyszłość.

(Foto: Piotr Orych)

Muzyka była obecna w Twoim życiu od najmłodszych lat, już jako dziecko występowałeś w operze dziecięcej „Pan Marimba”. Jak zaczęła się ta miłość do muzyki?

Zaczęło się chyba od rodzinnej tradycji śpiewania kolęd czy w wakacje z tatą przy ognisku. W pewnym momencie zacząłem do niego dołączać, gdy grał na gitarze i śpiewał różne piosenki. Później poszedłem do szkolnego chóru i trochę uczyłem się grać na keyboardzie. Mieliśmy w domu pianino i rozkminiałem sobie na nim różne melodyjki ze słuchu. Jak poszedłem na zajęcia, to już było łatwiej. Pierwszym poważniejszym doświadczeniem był chór Alla Polacca w Teatrze Wielkim. Tam właśnie dostałem pierwszą poważną rolę w operze dziecięcej „Pan Marimba”. W tym wieku nie traktowałem jednak tego jeszcze jako pomysłu na życie. Potem przyszła mutacja i musiałem zrezygnować z Teatru Wielkiego, bo coraz mniej kwestii byłem w stanie zaśpiewać. Dopiero po mutacji to wszystko wróciło już na poważnie. W liceum stwierdziłem, że chcę i muszę to robić - grać, komponować i śpiewać. Poszedłem do szkoły muzycznej II stopnia przy ulicy Bednarskiej do klasy piosenki - bardzo klimatyczne miejsce z rodzinną atmosferą, wszyscy się tam znali i lubili.

Potem z kolei poszedłeś na wydział Kompozycji Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina. 

Wziąłem sprawy w swoje ręce. Przez rok studiowałem bibliotekoznawstwo w Instytucie Informacji Naukowej i Studiów Bibliologicznych Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Historycznym, ale rzuciłem studia i w całości poświęciłem się muzyce. Rodzice i znajomi doradzali mi, żebym robił i to, i to, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że jak już się czemuś poświęcać, to w pełni.

Jak zatem pojawił się w Twoim życiu musical? Z tego co wiem, wcześniej słuchałeś innej muzyki. 

Na początku nie lubiłem musicalu albo przynajmniej wydawało mi się, że go nie lubię, bo go nie znałem. Kiedy jednak na zajęciach z historii muzyki oglądaliśmy musicale, odkryłem, że są przepiękne (śmiech). Pasowały do mojej barwy głosu i wrażliwości. Łączą aktorstwo, śpiew i niestety też taniec, co akurat nie jest moją domeną. Pomału zacząłem w to wchodzić. Najpierw byłem na kilku mało udanych castingach, zresztą w Romie, w której w tej chwili gram (śmiech). Na początku zjadał mnie stres, a umiejętności były dużo mniejsze - byłem totalnym świeżakiem. Później wylądowałem w teatrze Studio Buffo i tam już casting się powiódł, do głównej roli w „Metrze”. Spędziłem tam sześć lat, rozwijając się w różnych kierunkach. Jak jest się w stałym zespole, to gra się we wszystkich spektaklach. Przeszedłem tam twardą szkołę, a potem pojawiła się Roma.

Która musicalowa rola była dla Ciebie największym wyzwaniem?

Pierwszy musical, w którym grałem główną rolę (nie licząc „Pana Marimby” jako dziecko), to było „Metro”. Jak miałem zagrać pierwszy raz, nie spałem całą noc i byłem przerażony. Było to dla mnie jak wielka góra, na którą miałem się wspiąć i totalnie nie miałem pojęcia, czy mi się to uda czy nie. Miałem tak naprawdę tylko jedną próbę w przeddzień i jedną w dzień występu. To było nagłe zastępstwo, bo kolega Jurek Grzechnik, grający główną rolę, nagle zachorował. Udało się i występ w tym musicalu uważam za jedno z moich największych scenicznych przeżyć.

(Foto: Teatr Muzyczny Roma)

Musical wymaga szczególnych zdolności głosowych i oddechowych, bo jak wspomniałeś łączy aktorstwo, śpiew i taniec.

Zwykle w musicalu są szerokie, długie i melodyjne frazy do śpiewania, gdzie trzeba te dźwięki trzymać, a nie tylko strzelać nimi jak z karabinu. Rzeczywiście potrzebny jest warsztat techniczny. Trzeba umieć trzymać odpowiednią długość dźwięku, a nie tyle, ile się komuś uda. Trzeba też śpiewać wysoko, co zawsze było dla mnie trudne. Musiałem do tego dochodzić przez lata.

Jak długo zajmowało Ci przygotowanie głosu i dojście do takiego poziomu, że mogłeś zaprezentować publicznie swoje zdolności? Byłeś pojętnym uczniem?

Chyba byłem pojętnym, bo zawsze inni widzieli we mnie ten talent i uważali, że się do tego nadaję. Cały czas się zresztą rozwijasz i doskonalisz to, co umiesz. Postrzegam ten zawód jako nieustanną pracę nad sobą. Znajdujesz w sobie nowe rzeczy i po prostu idziesz z tym wszystkim do przodu.

Zdarzały Ci się jakieś wpadki lub zabawne sytuacje na scenie?

Kiedyś jak graliśmy „Notre Dame de Paris” w Gdyni, zapomniałem tekstu i zacząłem śpiewać kompletnie inny, który był tłumaczeniem tego samego utworu sprzed kilku lat. Nie wiem jak to się stało, jakiś pstryczek mi się przełączył. Pomyślałem, że skoro już śpiewam inny tekst, to zaśpiewam dalej.

Lepsze to niż stanąć i powiedzieć, że nie zna się tekstu.

Dokładnie. Kiedyś na koncercie zaskoczył mnie bis - wszedł tak nagle, że zamiast tekstu zaśpiewałem „lalala”, bardziej jakąś wokalizę niż słowa. W Buffo zdarzyło mi się kiedyś zniszczyć dekorację w czasie spektaklu „Ukochany kraj”. Śpiewałem piosenkę „10 w skali Beauforta”. Wielka drewniana łódka na całą scenę, a po jej obu stronach tancerze, którzy ruchami góra-dół powodowali, że chybotała się na dwie strony. Ja zaś miałem być na środku przy sterze. Chciałem spektakularnie skoczyć na tę łódkę. Skoczyłem, złapałem się masztu, złamał się w pół i razem z nim spadłem na ziemię. Oczywiście potem wstałem, skoczyłem na łódkę i kontynuowałem piosenkę, ale ludzie podobno byli przerażeni. Moi koledzy również - bali się, że wpadnę pod łódkę, a była wielka i ciężka. Potem dostałem ochrzan, że niepotrzebnie łapię się za maszt (śmiech).

Przynajmniej ludzie mieli wyjątkowy spektakl. 

W momentach, kiedy coś pójdzie nie tak, zawsze mówimy sobie, że przecież ludzie uwielbiają takie momenty, bo wtedy z jeszcze większym zafascynowaniem obserwują jak artysta sobie poradzi. Kiedyś w „Pilotach” mieliśmy śpiewać z Martą Wiejak piosenkę w samochodzie. Przez dobre trzy-cztery minuty (mi się wydawało, że z kwadrans) nie chciał jednak ruszyć i musieliśmy zapełnić ten czas rozmową na różne tematy związane ze sceną. Nie jestem wykształconym aktorem, więc nigdy nie robiłem improwizacji. Na szczęście Marta jest bardzo dobrą aktorką i razem coś uszyliśmy. Było to specyficzne przeżycie! (śmiech)

Czyli raczej nie widzisz siebie w aktorstwie filmowym lub serialowym?

Jeżeli jakaś rola by mi podpasowała, to pewnie bym sobie poradził, bo gdzieś tam już nabrałem doświadczenia. Jak wszedłem do teatru, to prawie nic nie umiałem z aktorstwa, tylko tyle, co nauczyłem się w szkole na Bednarskiej w ramach łączenia aktorstwa z piosenką. Nie mówię nie, ale na pewno nie w każdej roli bym się odnalazł.

(Foto: Piotr Orych)

Teraz aktorstwa wymaga od Ciebie udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, gdzie musisz się wcielać w różne postaci męskie i kobiece z różnych muzycznych gatunków. Jak trafiłeś do tego programu i czy nie bałeś się takich metamorfoz?

Bałem się strasznie. Już od kilku edycji ludzie pytali mnie, czy nie chciałbym wziąć udziału w programie, ale mówiłem, że to nie dla mnie. Nie widziałem w sobie tendencji do udawania czyichś głosów. W końcu poszedłem na casting i spróbowałem. Po pierwsze pomagają nam świetni specjaliści - Kris Adamski od ruchu i Agnieszka Hekiert od wokalu. Po drugie trzeba szukać nowych wyzwań. Z każdym odcinkiem tego programu idzie mi coraz lepiej. Aż sam jestem zaskoczony tym ciągłym rozwojem. Ludzkie możliwości są większe niż nam się czasem wydaje.

Myślisz, że doświadczenie musicalowe jest dla Ciebie dużą pomocą?

Na pewno w jakimś stopniu tak. Czasem łatwiej jest mi połączyć ruch ze śpiewem i aktorstwem. Na początku, jak byłem w szkole, miałem bardzo duży problem, żeby coś naraz zatańczyć i zaśpiewać, a jeszcze do tego mieć mimikę jakiejś osoby. W tym programie tyle rzeczy się kumuluje, że każde wcześniejsze doświadczenie sceniczne, aktorskie i wokalne jest jakąś pomocą.

Jednocześnie też program uczy Cię nowych rzeczy. 

Tak, całej masy. W tym programie tyle rzeczy naraz trzeba mieć pod kontrolą, że to jest niepojęte i siłą rzeczy musi rozwijać - nie ma innej opcji.

W „Twoja twarz brzmi znajomo” kilkakrotnie musiałeś przebierać się za kobietę. Nie miałeś oporów przed przywdzianiem kobiecego stroju?

Pomijając warstwę wierzchnią, jak paznokcie, golenie nóg czy noszenie kiecek, o której można pomyśleć, że uwłacza męskości, jeszcze trudniejsze jest znalezienie tej kobiety w sobie. To musi być postać z krwi i kości. Musisz czuć, że jest ci w tym dobrze (śmiech). Nie sugeruję tu broń Boże, że myślę o zmienianiu płci, ale uważam, że to jest jak każda kreacja aktorska. Myślisz nagle jak kompletnie inna osoba i odnajduję w tym bardzo dużą frajdę. Patrzę na to trochę z płaszczyzny faceta, który wie jak powinna się zachowywać kobieta, żeby mu się podobać. Bałem się tego, ale w tej chwili daje mi to ogromną radość.

Takie wejście w kobiecą skórę niewątpliwie pomaga lepiej zrozumieć kobiety.

Zdecydowanie!

(Foto: Teatr Muzyczny Roma)

Przejdźmy do Twojej rozwijającej się kariery muzycznej. Obecnie pracujesz nad debiutanckim albumem, który promuje singiel „When We Talk”.

Jesteśmy w trakcie nagrywania, za moment będziemy w połowie (śmiech). „When We Talk” miał swoją premierę jakiś czas temu, ale później nastąpił przestój ze względu na „Pilotów” i program „Twoja twarz brzmi znajomo”. Musiałem troszeczkę to odstawić, a poza tym czułem, że kilka utworów musi jeszcze dojrzeć. Te utwory dojrzały i jak tylko wystawiłem „Pilotów”, to od razu zabrałem się za gromadzenie materiału, nagrywanie i szukanie odpowiednich ludzi. Przy tworzeniu takiego albumu trzeba podjąć masę decyzji. Dużo osób namawiało mnie też, żeby zrobić jakąś piosenkę komercyjną, do radia. Musiałaby być jednak spójna z tym, co robię. Tworzę muzykę raczej akustyczną, standardowy skład: bas, gitara akustyczna lub elektryczna, pianino i perkusja tudzież skrzypce i tym podobne. Zaczęliśmy też wprowadzać instrumenty dęte, brzmiące dość lirycznie.

Kiedy w takim razie kolejny singiel?

Mam nadzieję, że przed wakacjami, a jak nie, to od razu po wakacjach. Płytę planuję wydać jesienią i według moich obliczeń jesteśmy w stanie to zrobić. Jeśli jednak okaże się, że ma to być blisko okresu świątecznego, to musiałbym przełożyć premierę na wiosnę.

Jakbyś określił swoje największe muzyczne inspiracje?

Moje spojrzenie na muzykę totalnie zmienił Coldplay. Wcześniej miałem wrażenie, że nikt nie lubi takiej bardzo balladowej i sentymentalnej muzyki. Trochę w nią nie wierzyłem, ale uwierzyłem jak usłyszałem Coldplay. Znalazłem w tym bardzo dużo siebie i zacząłem się na nich wzorować. Przez jakiś czas miałem taki zespół The Daydream, dla którego napisałem kilka piosenek inspirowanych Coldplay i U2. Z najnowszych inspiracji mogę z kolei wymienić Toma Odella, Hurts i Lanę Del Rey. Podobają mi się piosenki idące w stronę symfoniczną i orkiestrową. Zaczynałem od Beatlesów, ale potem to się odmieniło.

Może na płycie znajdzie się jakiś kawałek inspirowany The Beatles?

Tak, nawet będziemy niedługo nagrywać taki, który kojarzy mi się bardzo z oldschoolowym brzmieniem w stylu Beatlesów.

Ostatnio coraz więcej koncertujesz w różnych miastach Polski, promując swoje autorskie utwory. Jak ludzie reagują na Twoją muzykę?

Na koncertach jest fantastyczny odzew i zawsze jestem wzruszony tym, jak ludzie reagują. Z największym sentymentem wspominam koncert w Jabłonowie Pomorskim, gdzie byłem z całym zespołem i cały materiał stanowiły wyłącznie moje piosenki. Publiczność śpiewała tam ze mną mój najbardziej znany utwór „Chciałbym to być ja” i po koncercie też to śpiewali. Autentycznie się wtedy wzruszyłem. W ogóle grając na scenie swoje piosenki, jestem szczęśliwy w sposób doskonały.

Na swoich koncertach często robisz różne zagadki muzyczne i starasz się angażować publiczność.

Lubię pogadać sobie z publicznością, wymienić spostrzeżenia lub coś skomentować. Zawsze szukam ku temu sposobu. Uważam, że dobry koncert powinien być trochę przedstawieniem - coś się musi dziać, dlatego staram się robić niespodziewane zwroty akcji (śmiech). Żeby to nie było tylko granie piosenek jedna po drugiej. Żeby powstawała jakaś relacja między widzem a występującym. Wtedy naprawdę tworzy się bliska i rodzinna atmosfera. Oni chcą słuchać, a ja chcę dla nich śpiewać - to napędzająca się cały czas maszyna.

(Foto: Piotr Orych)

Z tego co wiem, wcześniej brałeś udział w programach takich jak „Szansa na sukces” czy „The Voice of Poland”. Uważasz, że to dobre narzędzie dla młodych muzyków, aby zdobyć popularność?

Myślę, że tak. Trzeba tylko wiedzieć, że jest się na to gotowym i nie iść na siłę, bo czasami można się trochę sparzyć. Media lubią niestety jak są emocje i jak kogoś się skrytykuje, bo dzięki temu wzrasta oglądalność. Zdarzają się więc przykre sytuacje, które powodują, że ludzie mogą się zniechęcić. Jak się tam idzie, trzeba być w miarę świadomym człowiekiem, ale może to być dobry początek. Często ludzie piszą mi, że obserwują mnie od czasów „Szansy na sukces”, a potem „The Voice of Poland”, więc jednak ta osoba zostaje gdzieś ludziom w głowie.

A Ciebie cieszy ta rozpoznawalność?

W pewnym sensie tak, bo dążę do tego, żeby śpiewać dla jak największej liczby ludzi. Czuję, że mogę dać im coś dobrego. Na każdym koncercie czuję, że dzięki mnie ci ludzie są szczęśliwi, mogą coś przeżyć, przemyśleć, a nawet zmienić w swoim życiu. Słyszałem już kiedyś, że moja muzyka pomogła komuś przejść trudny okres w życiu, lepiej przeżyć jakieś rozstanie lub coś dostrzec. To strasznie wartościowe. Chcę tego więcej, żeby to się działo w szerszym stopniu. To takie dobre, szlachetne i wartościowe uzależnienie.

Twoją wielką pasją jest też jazda konna, w sezonie letnim często uczysz jej w Jaszkowie koło Poznania. Mógłbyś opowiedzieć nam coś więcej na ten temat?

Zacząłem jeździć konno, jak miałem osiem lat. Na początku chciałem być zawodnikiem, wygrywać konkursy i zdobywać nagrody. Życie zweryfikowało, że jazda konna jest trochę niewdzięcznym sportem, jeśli uprawia się ją sportowo. Trzeba mieć na to pieniądze, a właściwie się na tym nie zarabia.

Zdążyłeś wziąć udział w jakimś konkursie jeździeckim?

Tak, kilka razy wziąłem udział w jakichś zawodach. Zawsze lubiłem rywalizację, ale nie było za bardzo możliwości, żeby to kontynuować. Zresztą ster w życiu zaczęła już trochę przejmować muzyka. Jaszkowo, gdzie jeżdżę w wakacje, jest prowadzone przez mojego wujka Antoniego Chłapowskiego. Kiedyś trochę podstępem wpuścił mnie w uczenie dzieci. Na początku mówiłem, że absolutnie nie ma takiej opcji. Chciałem być samotnym jeźdźcem. Kiedy jednak spróbowałem, okazało się, że to w ogóle rewelacja. Od tamtej pory przyjeżdżałem tam do pracy. Dostajesz na tydzień grupę. Każde dziecko ma swojego konia, którym się opiekuje. Przez tydzień patrzysz jak ta grupa się rozwija, jak dzieci pokonują swoje lęki, uczą się i pogłębiają relację z koniem. Człowiek przez tydzień potrafi się tak zżyć, że kiedy przychodzi moment rozstania, to wszyscy płaczą. Czasem zdarza się, że na mój koncert przyjdzie jakieś dziecko, które miało osiem lat jak je uczyłem, a teraz ma szesnaście i chwali się, że jeździło u mnie w grupie. W zeszłe wakacje nie byłem w Jaszkowie, bo była premiera „Pilotów”, ale mam nadzieję, że w najbliższe wakacje do tego wrócę.

Cały czas rozwijasz się artystycznie, niedługo ukaże się Twoja debiutancka płyta. Gdzie w takim razie będzie można Cię w najbliższym czasie oglądać, usłyszeć i śledzić?

W programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, w Teatrze Muzycznym Roma w musicalu „Piloci”, w Teatrze Muzycznym w Gdyni w musicalu „Notre Dame de Paris” i na koncertach tu i ówdzie.

(Foto: Katarzyna Raczak)

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Janka Traczyka i jego działalności, zapraszam na jego oficjalną stronę:
https://www.facebook.com/janektraczyk/
https://www.instagram.com/janek_traczyk/

niedziela, 22 kwietnia 2018

Rozmowa z Patrykiem Tomaszewskim

Patryk Tomaszewski jest 26-letnim modelem i młodym przedsiębiorcą z Lublina. Ukończył prawo kanoniczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a obecnie studiuje na tej uczelni prawo. W tym roku jako Manhunt Poland będzie reprezentował Polskę na międzynarodowym konkursie piękności Manhunt International, jest również twarzą dwóch marek modowych: Kruk’s Different i Club Conesera. W wywiadzie Patryk opowiada między innymi o początkach swojej przygody z modelingiem, zainteresowaniu tańcem i motoryzacją oraz przygotowaniach do konkursu Manhunt International.

(Foto: Rafał Bil)

Właśnie zostałeś ogłoszony Manhuntem Poland 2018, polskim delegatem na konkurs Manhunt International. Jak dowiedziałeś się o tej inicjatywie i co sprawiło, że postanowiłeś wziąć w niej udział?

Wszelkie informacje, jakie dostałem, pochodziły tak naprawdę z konta na MaxModels. Zgłosił się do mnie Jarek Załęgowski i powiadomił mnie o tym, że ekipa portalu „Z archiwum Miss” wytypowała mnie jako delegata Polski na konkurs Manhunt International. Na początku wydawało mi się to nie do końca prawdopodobne. Myślałem, że nie tak to się z reguły odbywa. Po uzyskaniu większej ilości informacji i rozmowach z organizatorem to wszystko nabrało jednak kolorytu. Niedługo spotykam się też z delegatami z poprzednich lat.

Wiesz już mniej więcej, co zamierzasz zaprezentować na wyborach Manhunt International?

Jeszcze nie wiem do końca, co pokażemy. Odrzuciliśmy plany, aby wystąpić na scenie w stroju wojskowym, pójdziemy raczej w kierunku historii. Na razie skupiam się na budowaniu sylwetki, bo mam jeszcze troszeczkę do podciągnięcia. Oczywiście nie zamierzam przesadzać, ale musi to mieć ręce i nogi.

Jakie są Twoje największe atuty, które mogą się przydać w konkursie?

Wydaje mi się, że nie podchodzę do tego konkursu zbyt emocjonalnie. Potrafię się odnaleźć w trudnych sytuacjach i postaram się wykazać swoją dojrzałością. Wizerunek nie jest najgorszy - da się nad nim popracować, a zawsze mogę nadrobić obyciem.

Śledziłeś wcześniej konkursy piękności?

Nigdy nie śledziłem tego typu rzeczy. Jeśli zaś chodzi o modeling, bardziej byłem wypychany przez rodziców czy znajomych. Dotychczas traktowałem to tylko hobbystycznie. Starałem się zadbać o swoją przyszłość w trochę inny sposób niż tylko i wyłącznie wizerunkiem.

Od kilku lat bierzesz jednak udział w różnego rodzaju sesjach zdjęciowych i kampaniach reklamowych. Jak zaczęła się ta przygoda ze światem mody?

Głównie za namową mamy. Bardzo chciała, abym coś z tym zrobił, bo głupio byłoby zmarnować szansę. Też dzięki przyjacielowi Marcinowi, który był w agencji MagMar Models w Lublinie i zapoznał mnie z dziewczynami z agencji. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z pokazami i modą. Jeżeli zaś chodzi o zainteresowanie ubraniami i wizerunkiem, to było ono od zawsze. Mama zawsze lubiła mnie ubrać w trochę inny sposób, dzięki czemu weszło mi to w krew.

Jesteś między innymi twarzą polskiej marki garniturów Kruk’s Different.

Jeśli chodzi o Kruk’s Different, jestem ich twarzą od dobrych kilku lat. Jestem również twarzą marki Club Conesera, rodzinnej firmy z Lubartowa. Póki co współpracuję głównie z tymi dwiema firmami.


Skończyłeś prawo kanoniczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, obecnie studiujesz na ten uczelni prawo. Prawnicy znani są ze swojej dbałości o ubiór i wizerunek. Czy obrany kierunek studiów miał też wpływ na Twoje wyczucie stylu?

Może dzięki temu polubiłem noszenie się w bardziej smartowych ubiorach, trochę też zacząłem korzystać z casualu i czuć się swobodniej w takim wydaniu. Dominik, który jest brand managerem Clubu Conesera, powiedział mi, że w garniturze można chodzić na co dzień. Kiedyś to było normalnie, że ludzie chodzili po ulicy w garniturach. Stwierdził, że im więcej będę go nosił, tym więcej nabiorę luzu i smaku w kreowaniu zestawień krawatów, marynarek, koszul, spodni i fajnych kamizelek. W takich kreacjach naprawdę można się fajnie odnaleźć. Co prawda nasze społeczeństwo nie jest może jeszcze przygotowane do tego, żeby za każdym razem tak się „odpicować”, ale jeśli chodzi o prawo, jest to jak najbardziej na miejscu.

W Polsce modeling nadal kojarzy się głównie z kobietami, a mężczyźni w tej branży należą do mniejszości. Nie bałeś się ostracyzmu ze strony kolegów z powodu zamiłowania do mody i nietypowego ubioru?

Koledzy wytykali mi mój wizerunek już na etapie podstawówki. Dopiero w gimnazjum i liceum porozmawiałem z niektórymi osobami i otwarcie powiedziały mi, że mój styl ubioru w niektórych momentach wzbudzał ich zazdrość. Wtedy nie było to zbyt miłe, ale teraz nie przejmuję się już takimi drobiazgami.

W świecie mody jest wiele ekscentrycznych osób i wyróżniających się osobowości. Miałeś kiedyś jakąś sytuację, która wzbudziła Twoje szczególne zdziwienie?

Jestem osobą mocno tolerancyjną i nie ważne jak kontrowersyjna jest dana osobowość, staram się ją zrozumieć. Bardzo mocno idę teraz w kierunku rozwoju osobistego i spotykanie takich ludzi jest dla mnie ciekawym doświadczeniem. Na pewno nie wytykam takich osób palcami, ponieważ sam kiedyś byłem wytykany i jestem świadomy, co się wtedy czuje.

A sam jesteś otwarty na jakieś bardziej kontrowersyjne sesje zdjęciowe? Dotychczas były to głównie eleganckie modowe ujęcia.

Jestem otwarty na propozycje. Nie wiem jak bardzo mogłoby to być kontrowersyjne, ale nie boję się wyzwań i chętnie zgodziłbym się na coś innego.

Masz jakiś swój modowy autorytet czy raczej starasz się iść własną drogą?

Raczej jest to moja własna droga, ewentualnie sugestie ze strony mamy. Mama zawsze interesowała się modą, miała kilka swoich sklepów odzieżowych, dopóki nie pojawiły się w Lublinie sieci i galerie handlowe. Swego czasu te sklepy cieszyły się jednak dużą popularnością. Nie ukrywam, że mama ma bardzo fajny gust.

Czyli to mama jest Twoją mentorką, jeśli chodzi o modę?

Kiedyś mocniej się nią wspierałem, ale teraz mam już tyle własnej wiedzy, że staram się kierować własnym gustem.


Półtora roku temu wystąpiłeś w filmie krótkometrażowym promującym markę Kruk’s Different. Nie myślałeś nigdy, żeby ze swoją prezencją i fotogenicznością spróbować sił w aktorstwie?

W tym momencie przede wszystkim jestem zaangażowany w pracę w firmie. Wybrałem pasywny dochód, ponieważ widzę jak jesteśmy mało świadomi jako Polacy. Mój tato po dziś dzień ciężko pracuje za granicą, aby zarobić na utrzymanie swojej rodziny, której nie widzi przez większość czasu. Sądzę, że to była jedna z mocniejszych rzeczy, która zmotywowała mnie do tego, aby uniknąć takowej sytuacji w przyszłości. Dla mnie ważne jest to, żeby zapracować sobie na przyszłość tak, abym nie martwił się o pieniądze, kiedy pojawią się rodzina, wyjazdy czy nieoczekiwane wydatki. Nie myślałem więc o rozpoczynaniu przygody z aktorstwem. W pierwszej kolejności chcę się zabezpieczyć finansowo na przyszłość, potem zacznę spełniać swoje pasje: motoryzację, modeling czy nawet aktorstwo.

Wspomniałeś o pasji do motoryzacji. Od dziecka miałeś ciągoty do samochodów?

Zdecydowanie od dziecka! Po części zarazili mnie tym rodzice, bo kiedyś bardzo dużo podróżowali autami. Nawet jak jeździliśmy gdzieś w odwiedziny, to po przywitaniu się wracałem do samochodu i udawałem, że jeżdżę. W wieku dwunastu-trzynastu lat sam prowadziłem auto… Po podwórku! (śmiech) Od dzieciaka byłem też zafascynowany motocyklami. Pierwszą motorynkę dostałem od dziadzia w wieku sześciu lat. Kiedy tylko mogłem, od razu zrobiłem kartę motorowerową i zakupiłem pierwszy skuter, a na osiemnastkę odebrałem prawo jazdy na samochód. Jeżeli chodzi o prawo jazdy na motocykl, zaprzestałem, bo stwierdziłem, że jeszcze nie czas. Bardzo lubię motocykle i napewno w przyszłości będę mieć wymarzonego BMW GS 1200 i podróżować po świecie.

Finał konkursu Manhunt International w tym roku odbędzie się w Wietnamie. Miałeś już okazję podróżować poza Europę? Gdzie najdalej udało Ci się zawędrować?

Byłem we Włoszech, na Sycylii, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, jak byłem dzieckiem to też we Francji, ale poza Europą tylko na wakacjach z rodzicami w Tunezji. Nie wspominam jednak tego zbyt dobrze. Mam nadzieję, że Wietnam będzie ciekawszy i życzliwszy.

A jakiej muzyki słucha nowy Manhunt Poland?

Muzyka zawsze mi towarzyszyła. Nie ukrywam, że jak na polskiego chłopaka przystało lubię disco polo i się z tym nie kryję. Lubię też sięgać do rocka i ponadczasowych kawałków z lat 70. i 80. Uważam, że twórczość muzyczna z tamtych lat była znacznie ciekawsza. Bardzo lubię też tańczyć. Zostałem wychowany w takim duchu, że kobieta powinna być do tańca i do różańca. Przynajmniej w moim przypadku tak musi być. Żeby dogadać się z kobietą, muszę dogadywać się z nią w tańcu, zresztą tak to wygląda w przypadku moich rodziców (śmiech). Już w zerówce chodziłem na taniec ludowy, potem taniec towarzyski, przelotnie też jazz czy salsa.

Odnosiłeś w tańcu jakieś większe sukcesy? Zajmowałeś się tym profesjonalnie?

Nigdy nie miałem ambicji, żeby zostać profesjonalnym tancerzem. Zauważyłem też, że niektóre osoby, które profesjonalnie zajmowały się tańcem towarzyskim, nie potrafiły się ruszać, gdy nie miały przygotowanej choreografii. Ja staram się odnaleźć w każdym rytmie, przynajmniej jeśli chodzi o podstawowe kroki. Tańczę tak, jak mi serce podpowiada... To chyba rodzinne (śmiech).


Taniec to sport, a sport przyda się w budowaniu sylwetki na konkurs. Jaką rolę odgrywa on w Twoim codziennym życiu?

Obecnie trochę zaniechałem uprawiania sportu, ale teraz wróciłem na siłownię, aby odbudować sylwetkę. Czasami mieszam to ze squashem. Zaczyna się też sezon na rower, więc będę z tego korzystać.

Cały czas mieszkasz w Lublinie, gdzie jak wspomniałem studiujesz prawo. Nie myślałeś o tym, żeby przenieść się do stolicy?

Kiedyś o tym myślałem, ale obecnie zajmuję się swoim biznesem, który daje mi możliwość zarabiania praktycznie na całym świecie, działając lokalnie, więc nie muszę być w Warszawie, by zarabiać na tym rynku. Nie zamierzam przeprowadzać się do stolicy, bo warszawiacy żyją w biegu. Co prawda są tam duże możliwości rozwoju, ale i tak uważam, że obecnie obrałem dobry kierunek. W Lublinie stworzyłem sobie bardzo korzystne środowisko. Mieszkam tylko kilometr od uczelni i współpracuję z bardzo szybko rozwijającymi się osobami. Sami stwarzamy sobie warunki wspierające rozwój i podnosimy sobie nawzajem poprzeczki. Może żyje się tu trochę „wolniej”, ale myślę, że dzięki temu mam z nimi bardziej rodzinne relacje.

Cały czas rozwijasz się na różnych polach - studia, biznes, moda... Jak wyobrażasz sobie swoje życie za kilka lat?

Na pewno widzę się w Polsce, w Lublinie, bo nigdy nie chciałem z tego kraju uciekać. W ciągu najbliższych kilku lat moim celem jest mieć własne mieszkanie. Cały czas się rozwijam, więc będę bogatszy mentalnie i finansowo. Aktualnie buduję swoją niezależność finansową właśnie z myślą o przyszłości z niesamowitymi osobami, z którymi łączy mnie wspólny cel. Miłość, zdrowie i rodzina są dla mnie najważniejsze, ale mam też świadomośc tego, że żyjemy w czasach, gdzie pieniądz potrafi ułatwić życie. Dlatego też nie chcę dopuścić do sytuacji, jaką miałem ja jako dziecko, gdzie mój tato był zmuszony do zostawienia swojej rodziny, aby zarobić na jej utrzymanie.


Jeżeli chcecie śledzić przygotowania Patryka Tomaszewskiego do konkursu Manhunt International, zachęcam do obserwowania strony Manhunt Poland na Facebooku:
https://www.facebook.com/ManhuntPoland/

środa, 18 kwietnia 2018

Interview with Jesus Luz

Jesus Luz is a Brazilian DJ who performed in prestigious clubs in Lisbon, Vienna, Ibiza and Corsica and shared the stage with DJ Tiesto, Benny Benassi and Paul Oakenfold. Previously he worked as a model for Dolce & Gabbana and Pepe Jeans. He also appeared in music videos for "Celebration" by Madonna and "Caliente" by Inna and TV series "Aquele Beijo" and "Guerra dos Sexos". In the interview, Jesus is talking about his memories from modeling, his work as a DJ, favourite sports and plans for the future.


You started your career as a model in 2005 when you joined a modeling agency 40 Graus Models. How did you become interested in modeling?

I was very young and I saw the opportunity to work as a model when I got 17 years old. Many good friends inspired me and pushed me to start my modelling career. It was a start to my acting career and my DJ life.

Throughout your career as a model you worked for Dolce & Gabbana and Pepe Jeans, appeared on the cover of "L'Officiel Hommes" and walked in Milan Fashion Week. Was it difficult or a bit stressful for you to work with such professionals and big names?

It was an amazing challenge! I loved it and I have great moments on my heart.

You have been working as a DJ for nine years and performed in the best nightclubs in Ibiza, Corsica, London, Vienna and many more. Why did you decide to become a professional DJ and what is the most exciting thing about this job for you?

I decided to become professional during Madonna’s tour. I start to "play" with Paul Oakenfold on her stage! Then I got the taste of being there sharing happiness and music with people, it was a matter of time to start my own tour.

As a DJ you had an opportunity to attend a lot of parties and events. What was the craziest and wildest party you have ever attended?

For sure Beatpatrol Festival in Vienna.


You are from Brazil and spent most of your life in Rio de Janeiro. What typical personality traits of Brazilian do you have and what do you like most about your hometown?

I’m very warm with people, I have a big heart and an open mind. I think this is the Brazilian vibe on me. I love the perfect weather and the food from here.

I know that you like skydiving and swimming a lot and you love spending time on the beach. Can you tell us something more about your favourite sports and free time activities?

I really love skydiving! It’s my therapy and I think everybody should try it at least one time in life!

In February 2018 you released your remix of "Mas Que Nada" by Sergio Mendes and performed some gigs in Brazil during Carnaval Tour. What can we expect from you in the foreseeable future?

Now I will focus on my acting career and keep my DJ tour flowing as usual!


If you want to learn more about Jesus Luz and his music, please visit his official website:

Wywiad z Jesusem Luzem

Jesus Luz jest brazylijskim DJ-em, który występował między innymi w prestiżowych klubach w Lizbonie, Wiedniu, na Ibizie i Korsyce oraz dzielił scenę z DJ-em Tiesto, Bennym Benassim i Paulem Oakenfoldem. Wcześniej pracował jako model dla Dolce & Gabbana i Pepe Jeans. Wystąpił też w teledyskach do „Celebration” Madonny i „Caliente” Inny oraz pojawił się w serialach „Aquele Beijo” i „Guerra dos Sexos”. W wywiadzie Jesus dzieli się wspomnieniami dotyczącymi kariery w modelingu oraz opowiada o pracy DJ-a, ulubionych sportach i planach na przyszłość.


Zacząłeś swoją karierę jako model w 2005, kiedy to dołączyłeś do agencji modelingowej 40 Graus Models. Jak w ogóle zainteresowałeś się modelingiem?

Kiedy zobaczyłem dla siebie szansę pracy jako model, byłem bardzo młody, miałem 17 lat. Wielu dobrych kumpli zainspirowało mnie i wypychało do tego, abym zaczął karierę w modelingu. To był zarazem klucz do mojej kariery aktorskiej i życia jako DJ.

W czasie swojej kariery jako model pracowałeś dla Dolce & Gabbana i Pepe Jeans, pojawiłeś się na okładce „L'Officiel Hommes” i szedłeś w pokazach na Milan Fashion Weeku. Czy nie było dla Ciebie trudne czy nieco stresujące pracować dla tak wielkich nazwisk i profesjonalistów?

To było niesamowite wyzwanie! Uwielbiałem to i wiele wspaniałych momentów pozostało mi w sercu.

Pracujesz jako DJ już od dziewięciu lat, występowałeś w najlepszych klubach nocnych na Ibizie, Korsyce, w Londynie, Wiedniu i wielu innych miastach. Dlaczego postanowiłeś zostać profesjonalnym DJ-em i co najbardziej ekscytuje Cię w tej pracy?

Postanowiłem zostać profesjonalistą w tej dziedzinie w czasie trasy koncertowej Madonny. Zacząłem „grać” z Paulem Oakenfoldem na jej scenie! Wtedy poczułem smak scenicznych występów i dzielenia się z ludźmi radością i muzyką. Rozpoczęcie własnej trasy stało się już wówczas kwestią czasu.

Jako DJ miałeś szansę brać udział w wielu imprezach i wydarzeniach muzycznych. Jaka była najbardziej szalona i najdziksza impreza, na której kiedykolwiek byłeś?

Zdecydowanie Beatpatrol Festival w Wiedniu.


Pochodzisz z Brazylii i większość swojego życia spędziłeś w Rio de Janeiro. Jakie masz w sobie typowe cechy Brazylijczyka i co najbardziej podoba Ci się w Twoim rodzinnym mieście?

Jestem bardzo ciepły w relacjach z ludźmi, mam otwarty umysł i wielkie serce. Myślę, że to właśnie jest ten brazylijski element we mnie. Uwielbiam idealną pogodę i jedzenie z tej okolicy.

Wiem, że bardzo lubisz spadochroniarstwo i pływanie oraz uwielbiasz spędzać czas na plaży. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o Twoich ulubionych sportach i aktywnościach w wolnym czasie?

Naprawdę kocham skakać ze spadochronem! To dla mnie jak terapia i myślę, że każdy powinien tego spróbować przynajmniej raz w życiu!

W lutym 2018 ukazał się Twój remix utworu „Mas Que Nada” Sergio Mendesa i miałeś kilka koncertów w Brazylii w ramach Carnaval Tour. Czego możemy się od Ciebie spodziewać w najbliższej przyszłości?

Teraz skupię się na mojej karierze aktorskiej i jak zwykle będę kontynuować moją DJ-ską trasę!


Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Jesusa Luza i jego muzyki, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę:

wtorek, 17 kwietnia 2018

Rozmowa z Mateuszem Śniechowskim

Mateusz Śniechowski jest pochodzącym z Goleniowa piosenkarzem, tekściarzem, producentem muzycznym i multiinstrumentalistą - umie grać na skrzypcach, pianinie, gitarze i perkusji. Występował między innymi na Young Stars Festival 2015 i był supportem Cody’ego Simpsona na jego koncercie w warszawskim Palladium. Obecnie w ramach akcji charytatywnej „Śniechu i Shawn grają dla dzieci” publikuje covery piosenek Shawna Mendesa i nowy autorski utwór. Zwieńczeniem akcji będzie koncert, na którym będą zbierane pieniądze na dom dziecka. W wywiadzie Mateusz opowiada między innymi o początkach swojej muzycznej przygody, spotkaniu z Codym Simpsonem, charytatywnym koncercie i planach na przyszłość.


Swoją przygodę z muzyką zacząłeś już w wieku pięciu lat i to w dość nietypowych okolicznościach. Mógłbyś opowiedzieć coś więcej o tych swoich początkach?

Jako dziecko dostałem w prezencie na mikołajki zabawkowe pianinko - bardzo krótkie, mające ze dwie oktawy i nie trzymające tonacji. Pewnego dnia w telewizji leciała reklama kleju do zapraw Atlas z melodią „Ody do radości”. Wziąłem pianinko, usiadłem przed telewizorem i zacząłem to grać ze słuchu. Nikt z mojej rodziny nigdy nie miał talentu muzycznego. Rodzice nie wiedzieli, co się dzieje. Stwierdzili, że poślą mnie do szkoły muzycznej na skrzypce, chociaż walczyłem o pianino.

Wcześniej, jak miałem cztery lata, byłem bardzo chory, dostałem zapalenia uszu i bębenki mocno mi nabrzmiały, trzeba je było przebić. Istniało ryzyko, że utracę jakiś procent słuchu, jeśli nie cały. A teraz jestem producentem muzycznym i reżyserem dźwięku, co wymaga słuchu idealnego. Po prostu udało mi się wtedy oszukać przeznaczenie!

Jak wyglądały Twoje pierwsze próby pisarskie?

Nie były najlepsze, jak wszystkie pierwsze próby. Nawet ostatnio słuchałem tej piosenki. Miałem wtedy ze dwanaście-trzynaście lat. Rodzice stawiali bardziej na naukę niż muzykę - podstawówkę i gimnazjum kończyłem jako najlepszy uczeń szkoły. Myślę, że mam talent do pisania melodii, a tego za bardzo nie da się nauczyć. Sam również komponuję, nagrywam instrumenty i robię aranże. Natomiast jeśli mówimy o tekstach, są one w moim przypadku mocno wypracowane. Musiałem po prostu niesamowicie dużo czytać, uczyć się sposobu dobierania najlepszych i najbardziej odpowiednich słów, żeby wszystko dobrze brzmiało. Mam nadzieję, że teraz jest już całkiem nieźle.

Wspomniałeś, że zacząłeś grać w przypływie nagłego natchnienia. Na ile Twoje obecne umiejętności są efektem talentu, a na ile ciężkiej pracy?

Jestem zdania, że nieważne ile masz w sobie talentu i tak potrzebujesz przynajmniej 90% pracy, żeby cokolwiek zrobić i zdziałać. Nigdy nie należy spoczywać na laurach i polegać tylko na talencie. Słuchałem nagrań Ariany Grande z dzieciństwa - to była tragedia, Taylor Swift śpiewała o wiele lepiej. A teraz obie są na podobnym poziomie, jeśli Ariana nie jest nawet wokalnie trochę lepsza. Techniki można się nauczyć, wrażliwość muzyczna przychodzi z wiekiem, ale trzeba też mieć te 5-10% z natury - przede wszystkim słuch.


Sześć lat temu zacząłeś zamieszczać swoje filmiki na Youtubie, co dało Ci dużą ilość fanów. Skąd pojawił się u Ciebie pomysł, żeby zaprezentować swoją twórczość światu?

Ja nazywam tych ludzi odbiorcami, bo „fani” tworzą dystans, a to przecież są ludzie tacy jak wszyscy. Sam też jestem fanem np. Eda Sheerana czy Shawna Mendesa. Gdy miałem 15 lat, zacząłem chodzić na lekcje śpiewu i pisać bardziej dojrzałe i ambitniejsze piosenki. Coraz lepiej szła mi produkcja muzyki, więc stwierdziłem, że może warto by te utwory gdzieś pokazać. Najpierw musiałem jednak poczekać aż głos ułoży mi się po mutacji. Inspiracją do moich ówczesnych utworów były doświadczenia miłosne. Pierwsza fajniejsza piosenka powstała, kiedy się zakochałem. To ją jako pierwszą wrzuciłem na Youtube’a. Aktualnie nie ma jej już na kanale, ale może kiedyś znajdzie się na płycie.

Nie ma jej, bo się jej wstydzisz po latach?

Nie ma jej, bo była kilka poziomów… wcześniej. Chciałbym ją jeszcze kiedyś nagrać, ale nie w formie, w której istniała. Miała nienajgorszy odbiór jak na pierwszą piosenkę. Potem przyszedł rok 2015 i okazał się przełomowy. Wrzuciłem wtedy piosenkę „Powiedz mi”, która ma najlepszy odbiór ze wszystkich moich autorskich utworów (31 tysięcy wyświetleń). Nagrałem też z Aleks cover piosenki z „Krainy lodu” „Miłość stanęła w drzwiach” i uzyskał on ponad 300 tysięcy. Na portalu MyMusic miał chyba 6 tysięcy lajków i stał się moją przepustką do Young Stars Festival oraz supportu przed Codym Simpsonem. Mój ówczesny menedżer Mateusz Kucharczyk, którego serdecznie pozdrawiam, napisał do menedżera Cody’ego. Posłuchał sobie moich nagrań na Youtubie i usłyszał je też Cody, bo musiał się zgodzić. Support przed Codym to był mój pierwszy wielki występ, do tego przed pełnym Palladium.

Jak Cię odebrano? Supporty nie zawsze są doceniane.

O dziwo, było wspaniale! Wszyscy bardzo się zaangażowali. Jak chciałem, żeby ze mną śpiewali, to śpiewali. Zrobiłem też sobie zdjęcie z publicznością. Powiedziałem, żeby zapalili telefony, a potem szukali siebie na Instagramie. Obiecałem, że wszystkich oznaczę. Niestety muszę się przyznać, że nie zdołałem wszystkich odnaleźć, ale próbowałem (śmiech).

A jak wspominasz spotkanie z Codym za kulisami Palladium?

Szczerze mówiąc, mieliśmy wszyscy osobne garderoby, każdy supportujący i Cody z zespołem. To był w sumie taki minifestiwal - oprócz mnie jako support wystąpiło dwóch chłopaków ze Stanów. Tylko ja byłem polskim przedstawicielem. Z chłopakami gadałem trochę dłużej, natomiast z Codym zamieniłem tylko ze trzy zdania. Był bardzo uprzejmy, wyraził uznanie dla moich nagrań i zrobiliśmy sobie wspólną fotkę. Potem ja pobiegłem grać, a on się przygotowywać.


Nagrałeś polską wersję utworu „No Promises”, teraz ukazała się polska wersja „Treat You Better” w Twoim wykonaniu. Jak wygląda proces tłumaczenia tych piosenek - skupiasz się bardziej na znaczeniu czy rytmie?

Pół na pół. Jeżeli coś nie zabrzmi na tyle dobrze, żebym był z tego dumny, to w ogóle tego nie nagrywam. Staram się tłumaczyć tak mocno literacko jak się da, jednocześnie zachowując sens. Bardzo ważny jest dla mnie rytm. W Shawnie miałem pewien problem. Nie mogłem zaśpiewać jednego momentu w mostku. W oryginale była tam samogłoska „e”, a u mnie „i”. Na „i” bardzo ciężko śpiewać góry. Ostatecznie zamieniłem wyrazy i zabrzmiało nawet lepiej. Wiem, że niektórzy tłumaczą piosenki bardzo dosłownie i średnio mi się to podoba. Jeżeli przy zachowaniu rytmu nie da się uzyskać odpowiednio literackiego brzmienia, to nie podejmuję się tłumaczeń.

Sam zajmujesz się całością pracy nad utworami?

Tak. Sam piszę tekst, buduję aranż, opracowuję wszystkie instrumenty w programie muzycznym i nagrywam wokal, a następnie robię mix i mastering. Oprócz tego, że pracuję dla siebie, mam też studio nagraniowe w Warszawie. Ludzie często przychodzą tam nagrywać covery. Skomponowałem także kilka piosenek na najnowszą płytę Remo. W internecie dostępne są już do niektórych teledyski.

Nie myślałeś o tym, żeby podpisać kontrakt z jakąś wytwórnią płytową?

Myślałem, ale nie jestem do końca przekonany. Żyjemy w czasach, gdy każdy może domowymi sposobami stworzyć piosenkę o brzmieniu zbliżonym do światowych standardów. Samodzielnie można znaleźć producenta, tekściarza czy kompozytora. Kiedyś trzeba było wszystko organizować za pośrednictwem wytwórni. Aktualnie, gdy często sam pracujesz na sukces swojej marki, jedyne czego potrzebujesz, to dystrybucja i ewentualnie menedżer.

Obecnie prowadzisz akcję „Śniechu i Shawn grają dla dzieci”, której celem jest zbiórka charytatywna na rzecz domu dziecka. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o tej inicjatywie?

Zbiórka charytatywna odbędzie się na zakończenie akcji podczas specjalnego koncertu. Ciało tego projektu stanowi nagranie trzech coverów Shawna Mendesa, a następnie autorskiej piosenki. W międzyczasie publikowane są też reportaże z planu o tym, jak wyglądają zdjęcia i nagrywanie wokali. Współpracujemy z wieloma partnerami, między innymi oficjalną grupą polskich fanów Shawna Mendesa. Na mojej grupie Śniechunators jest masa konkursów, w których można wygrać kubki i inne gadżety. Na fanpage’u można wygrać nagranie w studiu nagraniowym, a na grupie fanów Shawna można się zgłosić i wziąć udział w nagraniach do następnego teledysku.

Wszystkie covery i piosenki autorskie zaśpiewam na koncercie. Zaśpiewają również zaproszeni goście. Podczas występu będą zbierane fundusze, które w całości przekażemy domowi dziecka. Przeznaczenie zbiórki wybraliśmy razem z odbiorcami na mojej oficjalnej grupie. Dla nich zawsze wszystko wcześniej udostępniam, robię live’y w poniedziałki, „Szczerą noc” w piątki i różne konkursy.

Do Twoich coverów i autorskiego utworu powstaną też teledyski. Sam się nimi zajmujesz, czy masz kogoś do pomocy?

Ja piszę scenariusze, robię wszystko, jeżeli chodzi o audio, natomiast przy operatorce i produkcji współpracuję z WOODLAND VISION. Bardzo profesjonalnie podchodzą do sprawy - na samym planie zdjęciowym spędziliśmy 13 godzin. Potem wspólnie z Piotrkiem Kosmalskim pracowałem nad montażem teledysku. Zajęło nam to trzy dni, ale warto było, bo wyszedł majstersztyk. Reportaże z planu przygotowuję sam.

Wspomniałeś, że zwieńczeniem projektu będzie premiera autorskiej piosenki. O czym będzie opowiadać?

Teledysk będziemy kręcili w okolicach Szczecina, akurat ten z inną ekipą. Chcę tam też ująć moją rodzinną miejscowość i miejsca, które lubię i do których wracam. Pracujemy nad fabułą, piosenkę mam wstępnie wybraną. Nie chcę za dużo zdradzać, ale kilka osób już ją słyszało i chyba najlepszym epitetem, który mógłby ją opisać, jest „wzruszająca” lub „poruszająca”. Na tym póki co poprzestańmy.


Twoją drugą pasją obok muzyki jest aktorstwo i podjąłeś już nawet pierwsze kroki w tym zakresie. Jakie są Twoje plany związane z tym zawodem?

Przyjechałem do Warszawy i stwierdziłem, że chcę się rozwijać aktorsko. Poszedłem na pierwszy casting do reklamy i miałem już recall, czyli drugi etap, do którego ze stu chłopaków dostało się tylko sześciu. Ostatecznie nie dostałem angażu, ale pomyślałem, że jak tak fajnie mi poszło, to pójdę na drugi. Na drugim dostałem główną rolę w reklamie Plusha. Czternaście godzin kręciliśmy 30-sekundową reklamę! (śmiech) Potem grałem w mniejszych studenckich projektach. Jestem bardzo dumny z krótkometrażowaego horroru w reżyserii Michała Radziejewskiego. Grałem u boku aktora komediowego Sebastiana Stankiewicza, znanego m.in z „Człowieka z magicznym pudełkiem” Bodo Koxa. To było dla mnie bardzo motywujące, że nie mając żadnej szkoły i z prawie zerowym doświadczeniem, wystąpiłem u boku doświadczonego aktora.

Teraz gdy został mi tylko rok zarządzania, stwierdziłem, że może skończę go zaocznie i będę próbował dostać się do szkoły aktorskiej w Warszawie. Jak się nie uda, to spróbuję jeszcze raz. Jestem w o tyle wygodniejszej sytuacji, że na wydział wokalno-aktorski jest stosunkowo mniej osób, bo wielu chłopaków w Polsce nie śpiewa. Mimo wszystko trzeba podejść do tego pokornie i solidnie się przygotować.

Myślałeś może, by spróbować swoich sił w musicalach?

Myślałem, ale jeszcze nie teraz. Póki co jestem na tyle młody (w marcu skończyłem 21 lat), że mogę sobie jeszcze pozwolić na próbowanie wielu innych rzeczy. Jeżeli uda mi się dostać do Akademii Teatralnej i ją skończyć, to zacznę myśleć poważniej o musicalach czy aktorstwie.

Z Twoimi zdolnościami głosowymi pasowałbyś też może do dubbingu. 

Byłem na warsztatach dubbingowych SDI Studio - tam gdzie robi się filmy i seriale Disneya. Pani reżyser nawet mnie pochwaliła i mam nadzieję, że rzeczywiście jak zbiorę trochę doświadczenia, to może kiedyś zdubbinguję jakąś postać. Mam też na Youtubie sporo coverów z bajek, więc czemu nie. Uwielbiam bawić się głosem.

A masz jakieś pozaartystyczne pasje?

W podstawówce i gimnazjum bardzo dużo grałem w tenisa stołowego. W podstawówce też biegałem, ale na koniec 6 klasy miałem kontuzję. W gimnazjum na wf-ie okazało się, że umiem skakać w dal. Skoczyłem prawie sześć metrów, co na gimnazjalistę, który ma 170 cm, było niesamowitym wynikiem. Nie rozwijałem się jednak w tym kierunku, bo nie miałem czasu, a w liceum poświęciłem się muzyce. Zamiłowanie do sportu jednak zostało i nadal lubię prowadzić aktywny tryb życia, dlatego bardzo dużo jeżdżę na rowerze. Trzy czy cztery lata temu wymieniłem sprzęt na solidniejszy, więc jak mieszkałem w okolicach Szczecina, to zdarzało mi się przejeżdżać nawet sto kilometrów dziennie. Teraz trochę mniej, bo po Warszawie ciężej się jeździ. Nigdy nie byłem osobą, która wymiguje się od wf-u, raczej starałem się nie opuszczać zajęć i trenować.

Planujesz zdawać do szkoły aktorskiej, nagrywasz cały czas nowe utwory, więc rozwijasz się głównie artystycznie. Jak widzisz swoją przyszłość?

Nie chcę wyrokować. Nie wiem gdzie się znajdę za pięć lat. Będę walczył o to, żeby robić to, co czuję w sercu. Nawet jeśli nie uda się być na pierwszym planie, to i tak pracowałem już jako producent muzyczny, więc zawsze mogę pisać komuś piosenki lub zostać menedżerem, mając już wykształcenie w tym kierunku. Rzadko docenia się producentów, a ja bardzo walczę o to, żeby o nich mówiono. Gdyby nie ich praca, piosenki nigdy nie trafiłyby do radia i nie miałyby tak atrakcyjnej formy. Na przykład taki Max Martin robi piosenki dla Justina Timberlake’a, Katy Perry, Adele, Taylor Swift i Ariany Grande, a prawie nikt nie wie o jego istnieniu. Albo Jake Gosling, który wyprodukował drugą płytę Shawna Mendesa i wszystkie albumy Eda Sheerana. Warto ich doceniać, bo to oni spędzają w studiu dziesiątki godzin, żeby ze szkiców powstał finalny utwór.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o Mateuszu Śniechowskim i akcji „Śniechu i Shawn grają dla dzieci”, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę: