czwartek, 19 października 2017

Rozmowa z Antonim Pawlickim

Antoni Pawlicki jest jednym z najzdolniejszych polskich aktorów młodego pokolenia. Debiutował na deskach Teatru Nowego w Poznaniu rolą Romea w spektaklu „Romeo i Julia”, zaś na wielkim ekranie pojawił się po raz pierwszy w wielokrotnie nagradzanym filmie „Z odzysku”. Sympatię widzów zyskał przede wszystkim rolami Janka Markiewicza w serialu „Czas honoru” oraz komisarza Michała Orlicza w „Komisarzu Alexie”. Grał również w takich produkcjach jak „Katyń”, „Jutro idziemy do kina” i „Big Love”. W wywiadzie Antoni opowiada między innymi o początkach swojej kariery, aktorskich wyzwaniach, podróżach i planach zawodowych.

W Iranie obok budynku zaprojektowanego przez Zahę Hadid

Pochodzisz z rodziny filmowców, jesteś synem operatora, bratankiem producenta filmowego i wnukiem aktorki. Od dziecka wiedziałeś, że chcesz pójść w stronę aktorstwa?

Myśl, żeby zostać aktorem, zrodziła się we mnie jeszcze w szkole podstawowej. Poszedłem do liceum o profilu estradowym, w którym aktor Marcin Sosnowski prowadził warsztaty teatralne. Ta szkoła przygotowała mnie do tego, żeby dostać się później na Akademię Teatralną w Warszawie na Miodowej.

U mnie w domu zawsze panowała opinia, że zawód aktora jest interesujący, a aktorzy mają ciekawe życie. Moja mama fascynowała się teatrem, podziwiała aktorów i prowadzała nas na spektakle. Babcię Barbarę Rachwalską, zapamiętałem jako babcię, a nie jako aktorkę, ponieważ zmarła, kiedy miałem 10 lat. Wiedzę na temat jej życiorysu zawodowego zbadałem dopiero pisząc pracę magisterską.

Z tego co wiem napisałeś tę pracę, bo zaczęło się o Ciebie dopominać wojsko.

Rok po skończeniu Akademii Teatralnej nie mieszkałem już z rodzicami, ale ciągle byłem u nich zameldowany, przez co nie odbierałem wezwań do wojska. Pewnego dnia policja zapukała o szóstej rano do mojej mamy i wręczyła jej pismo z wezwaniem do jednostki i informacją, że jeśli się nie stawię, to zostanę uznany za dezertera. Oczywiście odwołałem się od tej decyzji w Wojskowej Komendzie Uzupełnień na Mokotowie i powiedziano mi, że mam rok na napisanie pracy magisterskiej. Pomyślałem sobie, że może to jakiś rodzaj pójścia na łatwiznę albo nieskromność, ale napiszę ją o mojej babci, bo niewiele o niej wiedziałem. Ludzie ze środowiska aktorskiego mówili o niej wiele dobrego, interesowało mnie też jej podejście do zawodu. Wielu aktorów czuje się niespełnionych i ciągle chce więcej, a ona w sobie tego „chciejstwa” nie miała. Mam marzenie, żeby kiedyś wydać tę pracę magisterską w formie krótkiej biografii, bo warto przypomnieć jej życiorys i dokonania.

Wspomniałeś o tym aktorskim „chciejstwie”, sam miałeś debiut aktorski na III roku studiów główną rolą w filmie „Z odzysku”, nagradzanym na europejskich festiwalach. Miałeś taki moment, że uderzyła Ci sodówka? Koledzy z roku na pewno trochę Ci zazdrościli…

Dostałem za tę rolę nagrodę Najlepszego aktora w Salonikach i Bratysławie, byłem na festiwalach w Toronto, a przede wszystkim film dostał się do oficjalnej selekcji w Cannes, ale sodówka nie mogła mi uderzyć do głowy, bo po „Z odzysku” bardzo długo nie dostawałem kolejnych propozycji. Właściwie huśtawka braku pracy i jej posiadania towarzyszy mi cały czas. Stałą pracę miałem tylko wtedy, kiedy grałem w serialu „Komisarz Alex”, gdzie kręcono jedną serię po drugiej.

Można powiedzieć, że wysłużyłeś swoje jako żołnierz, grając w filmach i serialach historycznych jak „Czas honoru”, „Katyń” czy „Jutro idziemy do kina”. Traktujesz te role jak każde wyzwanie aktorskie, czy też może widzisz w nich przejaw swojego patriotyzmu?

To dobre pytanie. Oczywiście z jednej strony jako aktor traktuję te role jako zwykłe wyzwanie, bo tak musimy do tego podchodzić. Z drugiej jednak czuję, że robienie takich filmów jest bardzo ważne. Wymienione przez ciebie produkcje były wartościowe, więc cieszę się, że mogłem wziąć w nich udział. Jeżeli w jakiś sposób przyczyniły się do budowania świadomości narodowej, to fantastycznie i jestem dumny, że miałem w tym swój skromny udział. Zawsze fascynowałem się historią i uważam, że należy pamiętać o tym, skąd pochodzimy i jaka jest nasza historia.

Akcja BohaterON

Twoja rodzina od pokoleń jest związana z Warszawą, Twój wujek walczył w Powstaniu Warszawskim. Jak tradycja o wydarzeniach z 1944 była przekazywana w Twojej rodzinie?

Moi rodzice są z wykształcenia archeologami, zatem ciekawość historii wyniosłem z domu. Mój brat też jest fascynatem historii i zawsze podrzucał mi różne ciekawe książki do czytania. Jest dla mnie autorytetem, jeśli chodzi o wiedzę historyczną. Musimy mieć świadomość, że historia może być manipulowana i interpretowana w różny sposób. Trzeba umieć na podstawie zebranej wiedzy wyrobić sobie własne zdanie na jej temat, a nie tylko polegać na zdaniu innych ludzi.

Mój wujek walczył w Powstaniu, po wojnie wyemigrował do Anglii i mieszka na stałe w Londynie. Pochodził z biednej praskiej rodziny, cała rodzina zginęła w czasie wojny, więc nie miał za bardzo do czego wracać. Zawsze jednak pamięta, że jest Polakiem i co roku przyjeżdża na obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. Spotkania z nim są dla mnie bardzo wartościowe. Bardzo ważne jest, abyśmy rozmawiali z naszymi dziadkami, bo ich bezpośrednie relacje na temat przeszłości są najbardziej interesujące.

Sam zaangażowałeś się w akcję BohaterON, w której młodzi ludzie wspierają bohaterów Powstania Warszawskiego, wysyłając im kartki.

To jest niewątpliwie bardzo fajna akcja, która może być pożyteczna dla obu stron. Myślę, że nawet bardziej dla osób, które te kartki wysyłają. Od tamtych pokoleń możemy się uczyć kindersztuby, skromności i szacunku. Jestem świeżo po lekturze fenomenalnej książki Jana Nowaka-Jeziorańskiego „Kurier z Warszawy”. Uważam, że każdy powinien ją przeczytać, zwłaszcza jeśli interesuje się tematem Powstania Warszawskiego. Pokazuje ona tragizm sytuacji, w jakiej znalazła się Armia Krajowa w czasie Powstania oraz pokazuje jak Polacy są niepokorni i potrafią zdobyć się na czyny, które zapisują się na kartach historii całego świata.

Twoje role niejednokrotnie wymagały od Ciebie metamorfoz i przemian, przykładem może być postać Jerzego Ficowskiego w „Papuszy”. Które z tych aktorskich wcieleń były najbardziej wymagające?

Postać Ficowskiego niewątpliwie była dla mnie sporym wyzwaniem. Musiałem wcielić się w rolę człowieka obdarzonego ogromną wiedzą, dużo mądrzejszego niż ja (śmiech). Oddanie charakteru tej postaci, jej wrażliwości i intelektu, wymagało ode mnie dużego poświęcenia. W „Jutro idziemy do kina” miałem z kolei do zagrania rolę chłopaka, który jest przestraszonym intelektualistą, nie chce iść do wojska i zostaje lekarzem. Wymyśliłem sobie, że zagram go w okularach, które dodadzą mi fajtłapowatości. Na drugim biegunie mogę postawić na przykład film „Drzazgi”, gdzie musiałem zagrać kibica Górnika Zabrze. Świat kibiców jest mi kompletnie obcy, a piłką nożną nie interesuję się w ogóle. Wiele wysiłku wymagał ode mnie również film „Big Love”, w którym grałem chłopaka, który zabija swoją dziewczynę. Im więcej muszę od siebie wymagać, żeby zbudować rolę, tym bardziej mnie ona fascynuje.

Czyli można powiedzieć, że aktorstwo uczy Cię empatii i zrozumienia dla różnych ludzkich odmienności?

To prawda. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma w sobie wszystkie kolory. Nasze życie i wychowanie kształtuje jacy jesteśmy, ale tak naprawdę każdy człowiek może być i mordercą, i poetą. Aktor zmusza się do wewnętrznych poszukiwań tych innych barw, bo przecież nadal jestem sobą, grając jakąś postać. Masz rację, że aktorstwo uczy zrozumienia różnych postaw. Z podwórka wyniosłem, że nikt nie lubi policjantów, a przygotowując się do roli w „Komisarzu Alexie”, miałem okazję poznać życie policjantów kryminalnych z Łodzi i przestałem już mówić takie bzdury. To są ludzie, którzy cały czas żyją w totalnym stresie i konflikcie. Nabrałem do ich pracy dużego szacunku.

Na planie filmu „Legiony”

Na pewno szacunku do innych kultur uczą Cię też podróże, a wiem, że bardzo lubisz zwiedzać świat. Miałeś już okazję być w Afryce, Azji, Ameryce i różnych częściach Europy. Masz swoje ulubione miejsce, „raj na ziemi”, który odkryłeś?

Miejscem, które bardzo pokochałem, są Indie, będące kompletnie inną planetą niż Europa i świat zachodni. Są też miejscem, w którym większość ludzi żyje dniem dzisiejszym. Jeżeli podróżuje się po tym kraju samemu i mądrze, to Indie okazują się krajem, w którym można robić wszystko. Hindusi mają mnóstwo pomysłów na to jak żyć. Ostatnim moim fenomenalnym odkryciem jest Iran, którego kultura perska obfituje w bogactwo architektury i sztuki. Ludzie są niebywale mili i kulturalni - nigdzie na świecie czegoś takiego nie spotkałem. Oczywiście w naszych głowach pokutuje stereotyp, że Iran to niebezpieczny kraj fanatyków religijnych, ale prawda jest taka, że takie myślenie to stek bzdur. To jedno z miejsc, w których czułem się najbezpieczniej. Na pewno kiedyś tu wrócę. Zarówno Iran jak i Indie fascynują mnie również pod względem ogromnego bogactwa przyrodniczego.

Wziąłeś udział w programie „Azja Express”, w którym gwiazdy podróżują przed kamerami po Indiach za dolara dziennie, wykonując przy tym różne dziwne i zabawne zadania. Skąd pomysł, aby dołączyć do tego projektu?

Jako dziecko byłem harcerzem i od zawsze lubiłem grę w podchody, więc jak zaproponowano mi grę w podchody w Indiach, to pomyślałem, że warto się skusić (śmiech). Nie będę ukrywał, że jest to też jakiś rodzaj pracy, bo w końcu nam za to płacą. Troszkę żałuję, że ten program skupia się głównie na naszych wzajemnych relacjach, a mało opowiada o naszym kontakcie z mieszkańcami Indii. Jeździliśmy najróżniejszymi środkami lokomocji, autobusami wypełnionymi bosymi ludźmi z workami z jęczmieniem między nogami, wpatrzonymi w telewizor, na którym leciał bollywoodzki teledysk. My zaś z uśmiechem z nimi tańczyliśmy. Bardzo wartościowe było też dla mnie w programie to, że zmuszał nas do mieszkania w prywatnych domach. Z jednej strony nigdy nie podróżuję z biurami podróży, ale z drugiej podczas wycieczek zazwyczaj zatrzymuję się w tanich hotelach. W „Azja Express” naprawdę musieliśmy wejść w prywatne życie obcych osób.

Wiedziałem jednak, że biorę udział w show, dlatego wziąłem ze sobą Pawła Ławrynowicza, z którym już wcześniej dużo podróżowałem po Indiach i wiedziałem, że sprawdzi się w trudach podróży, ale zarazem jest facetem, który mówi to co myśli i może budzić pewnego rodzaju kontrowersje.

Z Pawłem Ciołkoszem, z którym występuje w spektaklu „Matki i synowie”

Wspomniałeś o oglądaniu w Indiach bollywoodzkich teledysków, sam wystąpiłeś w dwóch polskich, do piosenki Izy Lach „Chociaż raz” i zespołu Syrop „Młynek”. Jaka muzyka siedzi w Twojej głowie?

Występy w tych teledyskach to były z mojej strony raczej koleżeńskie przysługi. W zespole Syrop jest mój kumpel z liceum czyli Igor Seider, a reżyserem operatorem teledysku Izy Lach był z kolei mój drugi kolega. Co do ulubionej muzyki, jadąc na wywiad, słuchałem Radiohead. Na co dzień słucham jednak najróżniejszych utworów, od Charliego Hadena i Stana Getza do Metalliki. Czasem lubię jazz, czasem cięższe brzmienie. Muszę przyznać, że podoba mi się też muzyka elektroniczna i house - jestem stałym bywalcem na Audioriver Festival w Płocku. Nie jest więc tak, że jestem przywiązany do jednego gatunku.

W przyszłym roku w kinach ma się pojawić film „Legiony”, w którym grasz jedną z głównych ról. Jakie są Twoje najbliższe aktorskie plany?

„Legiony” są na razie w fazie realizacji - pewna część zdjęć już się odbyła, niedługo będzie kolejna. Prawdopodobnie film ukaże się w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Teraz w listopadzie zapraszam z kolei na spektakl „Polowanie na łosia”, który będziemy grać w Teatrze IMKA w Warszawie. Tekst Michała Walczaka z doborową obsadą: Piotr Cyrwus, Leszek Lichota, Grażyna Wolszczak, Agnieszka Więdłocha i ja. Groteska, dużo śmiechu, ale mądre, bo opowiadające o tym, jak bardzo w wieku 30 lat jesteśmy jeszcze niedojrzali.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Antoniego Pawlickiego i jego aktorskich planów, zachęcam do śledzenia oficjalnej strony aktora:

środa, 18 października 2017

Rozmowa ze Stanisławem Karpielem-Bułecką

Stanisław Karpiel-Bułecka jest pochodzącym z Zakopanego piosenkarzem, który od 2011 jest liderem zespołu Future Folk. Wcześniej przez wiele lat zajmował się narciarstwem freestylowym, wygrał między innymi Polish Freeskiing Open w Zieleńcu w 2005. Obecnie możemy go oglądać w programie „Azja Express”, w którym wraz z kolegą z zespołu Szymonem Chycem-Magdzinem podróżuje po Sri Lance i Indiach. W wywiadzie Stanisław wspomina swoją karierę narciarską, opowiada o muzyce i udziale w „Azja Express” oraz zdradza swoje plany na przyszłość.


Zanim zostałeś wokalistą, zawodowo zajmowałeś się narciarstwem freestylowym. Jakie były Twoje największe sukcesy z tamtych lat? 

Moja pasja do narciarstwa zaczęła się w 1997. Pamiętam moje pierwsze narty freestylowe, które w Polsce wyglądały wtedy jak narty do nauki - były zagięte z tyłu, co nas zawsze denerwowało. W którymś momencie ktoś zobaczył, że dobrze sobie radzę i tak się zaczęła moja przygoda z międzynarodowym teamem Völkla, gdzie przez kilka lat jeździłem jako jedyny Polak. To było chyba moim największym sukcesem w tamtych czasach. Później zaczęły się zawody w Polsce. Na początku wyglądało to jak partyzantka - każdy robił to, co umiał. Sędziowie oceniali jak chcieli i kogo lepiej znali, temu dawali lepsze noty. Dopiero później świadomość sportu się rozwinęła. W 2005 wygrałem swoje pierwsze Polish Freeskiing Open w Zieleńcu, wtedy jeszcze nieoficjalne mistrzostwa Polski (od kilku lat mamy już oficjalne - początkowo w Zakopanem, teraz w Białce). Ostatni raz startowałem w PFO jakoś w 2011 na Harendzie i nawet dostałem się do finału - stary wyjadacz dał sobie radę. Potem poszedłem w stronę muzyki.

Obecnie ta dyscyplina przeżywa kryzys. Przez lata marzyliśmy o miejscach do trenowania, a kiedy już powstały, to brakuje chętnych osób, żeby z nich korzystać.

Od kilku lat narciarstwo freestylowe jest dyscypliną olimpijską. Żałujesz, że nie udało Ci się załapać na olimpiadę? 

Zawsze jest jakiś lekki żal, ale z wiekiem pojawiają się inne priorytety. Teraz to rodzina i muzyka są najważniejsze. Mogę jednak tę pasję dalej kontynuować bez stresu związanego z zawodami. Im człowiek młodszy, tym mniejszy ma rozum i przez to może więcej, dlatego ci najmłodsi są najlepsi. Próbowałem łączyć narciarstwo i muzykę ze sobą, ale dzisiaj nie chcę ryzykować, bo przecież beze mnie na scenę nie wyjdą. Rok temu po trzech latach poszedłem skakać do snowparku i znów poczułem się tak jakbym miał 15 lat. Całkiem nieźle mi poszło - skakałem do tego nad moim synem, który miał trzy-cztery miesiące i był w wózku pod skocznią, więc zrobiliśmy naprawdę fajne zdjęcia. Oprócz tego zajmuję się też skitouringiem, chodzeniem na nartach po górach. Mój syn, mając trzy miesiące, był ze mną na samej górze na Kasprowym na nartach w specjalnym wózku, w którym ciągnę go za sobą. To jest piękne, że możemy całą rodziną uczestniczyć w tego typu sportach.

Muzyka zespołu Future Folk, jak sama nazwa wskazuje, łączy tradycję z nowoczesnością. Jak inni górale przyjmują waszą muzykę - bywacie krytykowani przez tak zwanych ortodoksów? 

Powiem ci szczerze, że nie zastanawialiśmy się jak naszą twórczość przyjmą inni górale. Szliśmy za głosem serca i robiliśmy wszystko tak jak nam serce podpowiadało. I o dziwo, na naszym pierwszym koncercie w Zakopanem chyba nawet ortodoksom się podobało. Każdy znajdzie w tej muzyce coś dla siebie - jak ktoś chce góralszczyznę, to ma góralszczyznę, jak ktoś chce muzykę taneczną czy klubową, to też ją u nas znajdzie. Nasza muzyka podoba się zarówno ludziom młodym, jak i starszym. Nastawialiśmy się na występy w klubach, ale tak naprawdę gramy więcej plenerów.

Góralszczyzna ma to do siebie, że może być mieszana z bardzo wieloma gatunkami. Mój ojciec ze Zbigniewem Namysłowskim łączył muzykę jazzową z góralszczyzną. My łączymy góralszczyznę z elektroniką - ta luka była jeszcze w muzyce niezapełniona.


Czujesz się trochę ambasadorem góralskiej kultury? Przybliżasz ją szerszej publiczności. 

Myślę, że ludzie, którzy słuchają nas na koncertach, czują, że gramy co nam w duszy gra. Widzimy jak niektórzy przychodzą nawet trzydziesty raz na nasz koncert i dalej wracają, bo im się to podoba i ich nie nudzi, może też dlatego, że nie ma nas non stop w radiu. Góralską muzykę albo się kocha, albo nienawidzi. My podaliśmy tę muzykę w wersji dla młodzieży, żeby pokazać, że w takim anturażu też może być super.

A zdarzają się jakieś szalone sytuacje na scenie lub z fanami? 

Nieraz spadły głośniki ze sceny, a jak graliśmy w Stanach, to imprezy kończyły się na stołach - ludzie są tam głodni góralskiej muzyki. Sytuacje bywają przeróżne i naprawdę nieraz jest zaskakująco, ale my mamy do tego dystans. Jesteśmy dla ludzi i z każdym umiemy sobie pogadać. Mamy chyba dar od Boga, który pozwala nam się odnaleźć w każdym towarzystwie.

Twój ojciec i stryj są utalentowanymi skrzypkami. Nie chciałeś również nauczyć się grać na tym instrumencie? 

U nas w zespole Future Folk każdy robi co innego - ja śpiewam, Szymon Chyc-Magdzin to drugi wokal, skrzypce i instrumenty pasterskie, a Matt Kowalsky muzyka elektroniczna. Próbowałem grać na skrzypcach, miałem fajną nauczycielkę, ale przez dwa lata uczyła mnie trzymać smyczek i przez to mi się znudziło. Jakbym od razu zaczął grać z muzykantami, to na pewno bym grał, bo miałem do tego smykałkę. Trochę żałuję, ale dzisiaj śpiewam, mam swój zespół. Gardło to też instrument, z tym że nie kupimy go na Allegro i trzeba na niego uważać. Nie gramy z playbacku, a człowiek nie jest niezniszczalny - zdarzają się choroby, a śpiewać trzeba. Na razie jednak jeszcze góralskie gardło wytrzymuje.


Jak zatem dbasz o to, aby to góralskie gardło było w jak najlepszej kondycji - masz swoje techniki? 

Chodziłem na śpiew, uczyłem się technik od różnych ludzi, ale prawda jest taka, że im więcej grasz i śpiewasz, tym jest lepiej. Oczywiście zawsze trzeba się rozgrzać przed koncertem - tak jak przed treningiem, żeby nie złapać kontuzji. Śpiewamy kawałki wysoko, mamy wysokie tonacje, więc tym bardziej jest to potrzebne. Bynajmniej nie rozgrzewamy tego alkoholem, jak niektórzy myślą, bo alkohol akurat bardzo szkodzi na wokal. Jedynym dobrym trunkiem na śpiewanie jest lampka czerwonego wina, która bardzo nawilża gardło.

I dodaje też pewnie odwagi… 

Tak. Niby wiemy z czym to się je, ale zawsze jakiś stres i trema są. To jednak taki stres, który motywuje do działania, a nie chora trema, która cię przerasta.

Muzyczna tradycja w Twojej rodzinie sięga dziadka, kontynuowali ją przed Tobą Twój ojciec i stryj. Myślałeś o jakimś wspólnym rodzinnym projekcie? 

Fajnie, że pytasz, bo właśnie w tym roku o tym pomyślałem. Niedługo będzie można nas zobaczyć w TVN-ie przy akcji w ramach fundacji Nie jesteś sam. Na koniec specjalnego koncertu zagramy góralskie kolędy. Na scenie pojawią się ze mną Szymek z zespołu, a z rodziny siostra cioteczna i cioteczny brat. W przyszłości chcę też coś nagrać z tatą. Występuję również w super projekcie kolędowym Ani Rusowicz, która zaprosiła do współpracy dwunastu artystów (m.in. Marek Piekarczyk i Czesław Mozil), jak dwunastu apostołów. Płyta powstała w zeszłym roku i jest to projekt, którego na polskim rynku jeszcze nie było - kolędy bigbitowe. Nazywa się to „RetroNarodzenie”. Coś fantastycznego, wybitni artyści polskiej sceny muzycznej, którzy robią naprawdę kawał dobrej roboty. Cieszę się, że mogłem z nimi stanąć na jednej scenie. Sprawdzajcie na stronie Ani Rusowicz kiedy gramy i zobaczycie, że na kolędach może być taki czad, że się w głowie nie mieści!


Obecnie możemy Cię oglądać w programie „Azja Express”, do którego zaprosiłeś swojego kolegę z zespołu Szymona Chyca-Magdzina. Dostrzegasz jakiekolwiek podobieństwa między kulturą azjatycką a polską, czy rzeczywiście są to dwa różne światy? 

To są kompletnie różne światy, aczkolwiek jak pokazałem się w kierpcach, to chcieli mi je wziąć, bo trochę pasowały do ich regionalnego stroju - zupełnie innego, ale kolorowego jak nasz góralski.

Jak wspominasz Sri Lankę, a jak Indie? Chciałbyś wrócić do któregoś z tych krajów?

Sri Lanka całkowicie różni się od Indii - zielony kraj i piękne plaże. Były też góry, więc momentami czuliśmy się jak u siebie w domu. Ta podróż była tym bardziej fascynująca, że mieszkaliśmy u zwyczajnych ludzi i pomagali nam najbiedniejsi. Później przeskok do Indii, w których panuje prawdziwy syf - ludzie żyją tam otoczeni śmieciami. To zarazem kraj dużych skrajności, bo jechałeś 30 kilometrów dalej i byłeś w przepięknym parku narodowym.

Myślę, że wrócę kiedyś na Sri Lankę, bo mieszka tam człowiek, który bardzo nam pomógł. Po sześciu godzinach szukania noclegu przyjął nas do swojego domu jak własnych synów i napiliśmy się z nim poważnych trunków, bo to również ważny element tamtejszej gościnności. Jego dom był podzielony na pół - połowę domu zajmowały psy, którymi się opiekował. Jako coach i trener tenisa nastawił nas pozytywnie do walki. Historia w programie sama się napisała - odpadliśmy w 4. odcinku, ale udało mi się wrócić w nowej parze. Sami nie wiedzieliśmy, że coś takiego jest możliwe.

Dementujesz tym samym plotki, jakoby program był ustawiony...

Każdy myśli, że gwiazdy jadą, śpią w hotelach i mają jedzenie, a to nieprawda. Mamy tylko wodę i musimy sobie radzić sami. Operator, chociaż cię uwielbia, ma kamienną twarz do końca i za to też ich podziwiam. Powinien być jeden odcinek programu poświęcony operatorom, bo to są prawdziwi komandosi. Biegają z dużymi profesjonalnymi kamerami, ryzykując swoje zdrowie. Na przykład nasz operator skończył w karetce, bo przy bieganiu przez miasto w temperaturze 50 stopni po prostu się odwodnił. Niejednokrotnie przy wywrotkach kamery poszły w piach. Dobrze, że nie przejechały nas samochody, bo różnie mogło się skończyć. Mało tego musieliśmy znajdować taki transport, żeby zabrać operatora ze sobą, co było dodatkowym wyzwaniem.

Masz jakąś swoją ulubioną sytuację z programu? 

Wielu fantastycznych zdarzeń z braku czasu nie zobaczycie w programie. Między innymi tego, że na Sri Lance spotkaliśmy Polaków z Bielska Białej, bardzo dobrych znajomych moich przyjaciół. Później spotkaliśmy z kolei fantastyczne Francuzki - okazało się, że we Francji jest już jedenasta edycja „Azji Express”, więc wiedziały o co chodzi i kazały zatrzymać się kierowcy, żeby zawiózł nas do mety. Śpiewaliśmy z nimi „Aux Champs-Elysées” i graliśmy, bo poza kierpcami mieliśmy też skrzypce i piszczałkę. Wszędzie, gdzie nas przyjmowano, były tańce góralskie i śpiewy. W pierwszym odcinku pokazano, jak przyjęła nas kobieta z dziećmi. Okazało się, że jej mąż jest DJ-em i chciał nas zabrać na dyskotekę. Trafił swój na swego. Baliśmy się jednak, że już nie wrócimy po niej do Polski (śmiech).

W programie pokazaliśmy jacy naprawdę jesteśmy i nie różnimy się niczym od tego, co było w telewizji. Zresztą tam nie dało się udawać. W pewnym momencie zapominasz o kamerach, robisz tylko swoje i walczysz. Wydaje mi się, że nikt nikomu nie podkładał kłód pod nogi, co też dla programu nie było dobre, bo najlepiej by było, jakby była awantura i bitka. Proponowano mi już udział w pierwszej edycji, ale miałem wiele wątpliwości. Ostatecznie przekonała mnie moja koleżanka Izolda Sanetra. Zawsze myślałem o „Agencie”, że tam lepiej dałbym sobie radę, ale dzisiaj dziękuję Bogu, że byłem w „Azji”. To co zobaczyłem i przeżyłem, to moje.


„Azja Express” nie była pierwszym programem TVN, w którym brałeś udział - mogliśmy Cię wcześniej oglądać w „Wipeout - Wymiatacze” i „Tańcu z Gwiazdami”. 

Zaczęło się od „Wipeout - Wymiatacze”, później zauważyli mnie producenci i poszedłem do „Tańca z Gwiazdami”. Ja zawsze na to mówię „Taniec z Gazdami”. W „Wipeout” poznałem fantastycznych ludzi, zresztą w ostatnim czasie spotkaliśmy się wszyscy po siedmiu latach i mimo upływu czasu śruba w głowie została ta sama. To były rzeczy, które zostaną mi w głowie do końca życia.

Programy, w których brałeś udział, wymagały od Ciebie dużej sprawności fizycznej. Jakie są Twoje ulubione sportowe aktywności poza wymienionymi już narciarstwem i skitouringiem? 

Sport odgrywa w moim życiu bardzo dużą rolę. Muszę trenować minimum cztery razy w tygodniu, bo jak zawsze powtarzam, mam „pieprz w tyłku”. Wynika to z mojej grupy krwi „0” - kiedyś czytałem o niej, że jak nie będzie się nic robić, to człowieka roznosi energia. Fajnie, że tę energię mogę roznieść na treningach i rzeczywiście codziennie trenuję crossfit, który zastąpił mi chodzenie na siłownię. Sport bardzo mi pomógł w programach „Wipeout” i „Azja Express”, chociaż w wielu konkurencjach w „Azji” bardziej było potrzebne szczęście niż tężyzna fizyczna.

Masz w sobie dużo pozytywnej energii i chęci do czerpania z życia pełnymi garściami. Czerpiesz tę energię właśnie z gór? 

Taką mam naturę i jestem przekonany, że ma to związek z moim pochodzeniem. Jak wstajesz rano w Zakopanem i widzisz te góry, to zupełnie inaczej patrzysz na świat. Od sześciu lat mieszkam w Warszawie, ale potrafię pojechać w góry nawet na trzy godziny. Wyjeżdżam o 4 rano, żeby złapać tę energię i trochę oddechu, i wracam z powrotem. Mogę sobie na to pozwolić, bo nie mam typowej 8-godzinnej pracy biurowej. Lubię podróżować, dlatego na koncerty po Polsce jeździmy sami - jesteśmy zespołem ekonomicznym.

Mógłbyś na zakończenie zdradzić nam swoje plany na przyszłość? 

Mamy już zaplanowanych dużo koncertów na przyszłe lato, a jeszcze w tym roku będzie nas można zobaczyć na Wembley i koncert ten będzie transmitowany na żywo w telewizji. Wystąpimy też na imprezie sylwestrowej. Znów będziemy się mogli pokazać od strony artystycznej, a nie biegania po krzakach i rywalizacji między teamami. Zamierzamy wydawać kolejne single, z których na pewno powstanie nasz trzeci album. Kończę też moje największe marzenie, czyli własny dom i pensjonat rodzinny w centrum Zakopanego przy Krupówkach. Wracam na Podhale i chcę tam zostać do grobowej deski.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Stanisława Karpiela-Bułecki i Future Folk, zaglądajcie na oficjalne strony jego i jego zespołu:
http://www.futurefolk.eu/
https://www.facebook.com/Stanisław-Karpiel-Bułecka-210511178998345/
https://www.facebook.com/pg/futurefolk/

wtorek, 17 października 2017

Interview with Dan Benson

Dan Benson is an American actor, well-known for the role of Zeke Beakerman (Justin’s best friend) in "Wizards of Waverly Place", in which he showed his incredible skills as a comedian. He also had a voice acting experience in "Rick and Morty", voicing a recurring character named Ethan. Now he works in Ader, a company devoted to gaming. In the interview, Dan is talking about his "Wizards of Waverly Place" memories, e-sports, working out and future plans.


You became famous for playing the role of Zeke Beakerman in "Wizards of Waverly Place", one of the funniest Disney characters ever. How did your love for comedy and comedic roles start? What was your first professional acting experience?

First of all, thanks for saying that Zeke is one of the funniest Disney characters ever! There have been some incredibly funny Disney Channel characters over the years so to have you say that really means a lot to me. My love for comedy started at a very young age. One of my favorite comedic actors of all time is Chris Farley. I would watch "Tommy Boy" and "Black Sheep" over and over and they never got old to me. I loved his big expressive physical comedy style and I felt like I could relate to Chris. I was picked on a lot as a kid because I was a very sensitive and empathetic kid and I also have always looked really young for my age so I was the target of a lot of bullying when I was in middle school. I think I just found out that people stop picking on you and want to be your friend when you are really funny. I also was a gymnast so I also was developing an incredible amount of body control skills that eventually led me to being very physical in my comedy style.

My first professional acting job was for a Tang commercial. You remember Tang? It was like the orange powdered drink. I will never forget that first phone call from my agent when I booked that first job. I have never been more excited for anything in my whole life. My line in the commercial... "Vrooom Vrooom". Haha! It is crazy how much of your life can change with one line. :)

From being a background character in the beginning, Zeke was slowly becoming one of the members of Russo family. What in your opinion was so special about Zeke that he became so popular and well-liked by viewers?

It is crazy. When I first booked the role on the show I actually booked the role of "Friend #1" in the episode "Movies" at the end of season 1. When I got the chance to come in and do my part I went all out! I kept doing the line in the most insane over the top ways that I could. I had been studied improv comedy for years by the time I booked that role so I knew that when you only have one line you have an opportunity to create funny moments without speaking and body language is the most powerful way of doing this. So I took that one line and gave it everything I had! A month or so after that I got a phone call from my agent saying they wanted to bring my character back on "Wizards" and I was like "uhhh...what character? Friend #1??" Apparently Justin needed a best friend character and I was the first one that popped into mind. :) I think most kids can relate to Zeke. He is loveable, genuine, and wears his heart on his sleeve and he never lets what other people think effect him.

Apart from being a talented comedian, you also had an opportunity to show your amazing skills as a voice actor in "Rick and Morty". What is the most exciting thing about voice acting and would you like to do it more often? 

Oh yeah, "Rick and Morty" is one of my favorite shows of all time! I feel so honored to be a part of that show. My character Ethan only comes in like once a season and I only have a few lines, but it is something that means so much to me. I think that "Rick and Morty" will go down as one of the most influential shows of our generation and to be a part of that is really special. Voice acting is so much fun! I love being in the booth recording and working with Justin Roiland (the creator/director). He has exactly what he wants in his head and he has a way of pulling exactly what he needs out of you in the booth. I also get to play a bunch of random small characters as well which is super fun doing all these unique crazy characters. If I could do voice overs the rest of my life I would!


Now you work in Ader, a company which promotes e-sports and helps gaming influencers. Can you tell us something more about your job and responsibilities?

I have made quite a dramatic change in my life recently. I stepped away from acting for a bit to focus on some of my other passions. One of them is e-sports. I am a huge gamer, and I spend countless hours playing "Dota 2", "PUBG", "Overwatch", and all sorts of other games with my friends. I started working at Ader where we help connect influencers and brands and help organize e-sports events. Right now I am working with Netmarble on their new game "Lineage 2: Revolution". We are helping them put on an exciting showcase event at TwitchCon coming up next week. It is going to be epic!

We know from your Instagram that you care about healthy lifestyle and you exercise a lot to stay in shape. How can you describe your favorite sport activities and ways of spending free time?

Yeah! I am obsessed with working out. My best friend and roommate Ryan Kelley is on the hit MTV show "Teen Wolf", and when he first got on that show he had to put on a lot of muscle. So we started going to the gym everyday to lift weights. At the time, I just had my heart broken and I felt this overwhelming drive to stay focused on improving myself. So we went to the gym every day for basically 3 years. After a while it becomes part of your routine and now I can't image not going to the gym. I don't look quite as ripped as Ryan but it helped me so much in so many different aspects of my life.

As I have mentioned, now you are more focused on e-sports than acting, but I guess you will star in a film or a TV series again sooner or later. What are your plans for the foreseeable future?

Yeah life is pretty crazy right now! Obviously acting is one of my biggest passions so I always will be looking for opportunities to get in front of the camera. I will just have to take it one step at a time and grab a hold of any opportunity I am given and make the most of it. I just turned 30 this year so I gotta think by the time I turn 40 I should be able to play the "Young Dad" roles out there. Haha. I have just had such an incredible career so far and I feel so blessed to be able to be doing so many different exciting things. I can't wait to see what happens next. My goal is to just go out there, have fun, and make my mark on this world one smile at a time. :)


If you want to learn more about Dan Benson, please follow his Twitter and Instagram accounts:

Wywiad z Danem Bensonem

Dan Benson jest amerykańskim aktorem, znanym przede wszystkim z roli Zeke‘a Beakermana (przyjaciela Justina) w serialu „Czarodzieje z Waverly Place“, w której miał okazję pokazać swoje niesamowite zdolności komediowe. Ma też za sobą doświadczenia związane z dubbingiem jako podkładający głos pod drugoplanową postać imieniem Ethan w „Ricku i Mortym“. Obecnie pracuje w firmie Ader, zajmującej się zagadnieniami związanymi z gamingiem. W wywiadzie Dan opowiada o swoich wspomnieniach z „Czarodziejów z Waverly Place“, e-sportach, miłości do ćwiczeń i planach na przyszłość.


Popularność przyniosła Ci rola Zeke’a Beakermana w serialu „Czarodzieje z Waverly Place“ - jest to jedna z najzabawniejszych postaci w dziejach Disneya. Jak zaczęła się Twoja miłość do komedii i komicznych ról? Jakie było Twoje pierwsze profesjonalne aktorskie doświadczenie?

Przede wszystkim bardzo mi miło, że uważasz Zeke’a za jedną z najzabawniejszych postaci w historii Disneya! Przez lata w Disney Channel pojawiało się wielu wyjątkowo śmiesznych bohaterów, więc twoje słowa naprawdę wiele dla mnie znaczą. Moja miłość do komedii pojawiła się bardzo wcześnie. Jednym z moich ulubionych aktorów komediowych wszech czasów jest Chris Farley. Mogłem oglądać „Tomcia Grubaska“ i „Czarną owcę“ praktycznie bez przerwy i nigdy się przy tym nie nudziłem. Uwielbiałem ekspresyjny komizm fizyczny Chrisa i czułem z nim emocjonalną więź. Z powodu swojej wrażliwości i empatyczności byłem wyszydzany w szkole, a w szkole średniej wyglądałem jak na mój wiek bardzo dziecinnie, co dodatkowo prowokowało innych do szykan. Odkryłem wtedy, że jeśli jesteś naprawdę zabawny, ludzie przestają wytykać cię palcami i nagle chcą się z tobą kolegować. Miałem zarazem duże doświadczenie w gimnastyce, co dało mi ogromną świadomość własnego ciała, która po latach wpłynęła na moje zdolności w fizycznym komizmie.

Moim pierwszym profesjonalnym aktorskim doświadczeniem była reklama Tang. Pamiętasz może Tang? To była taka pomarańczowa oranżada w proszku. Nigdy nie zapomnę telefonu od mojego agenta, kiedy zabookował mi moją pierwszą pracę. W całym moim życiu nigdy nie byłem taki podekscytowany. Moja kwestia w reklamie brzmiała: „Vrooom Vrooom“. Haha! To szalone jak nasze życie może się zmienić dzięki jednej prostej kwestii :)

Zaczynając od bycia postacią epizodyczną, Zeke powoli stawał się jednym z członków rodziny Russo. Co Twoim zdaniem było takiego wyjątkowego w tej postaci, że stała się popularna i pokochali ją widzowie?

To naprawdę szalone. Kiedy po raz pierwszy zabookowano mi tę rolę w serialu w odcinku „Movies“ pod koniec pierwszego sezonu, brzmiała ona „Kolega nr 1“. Jak już dostałem szansę, by przyjść na plan i zagrać, dałem z siebie wszystko! Zacząłem odgrywać moją kwestię w najbardziej szalony i przejaskrawiony sposób, w jaki tylko mogłem. Zanim przyjąłem tę rolę, przez lata uczyłem się improwizowanej komedii, więc wiedziałem, że kiedy masz tylko jedną linijkę tekstu, możesz rozbawić ludzi w inny sposób, a najlepszym jest mowa ciała. Tak więc oddałem całe serce tej jednej kwestii! Jakoś miesiąc później dostałem telefon od mojego agenta z wiadomością, że chcą przywrócić moją postać do „Czarodziejów“. Pomyślałem sobie: „Hmm... Którą postać? Kolegę nr 1?“. Najwyraźniej Justin potrzebował przyjaciela i byłem pierwszą osobą, która przyszła im do głowy :) Myślę, że wielu dzieciaków może identyfikować się z Zeke’iem. Jest sympatyczny, prawdziwy i nigdy nie kryje swoich uczuć, a zarazem nie martwi się tym, co myślą o nim inni.

Oprócz bycia utalentowanym aktorem komediowym, miałeś też szansę pokazać swoje niesamowite zdolności w dubbingu do serialu „Rick i Morty“. Jaki jest najciekawszy aspekt podkładania głosu i czy chciałbyś to robić częściej?

O tak, „Rick i Morty“ to jeden z moich ulubionych seriali! To ogromny zaszczyt móc być jego częścią. Moja postać Ethan pojawia się mniej więcej raz na sezon i ma tylko kilka kwestii, ale to i tak bardzo wiele dla mnie znaczy. Uważam, że „Rick i Morty“ przejdą do historii jako najbardziej wpływowy serial naszego pokolenia, więc gra w nim to ogromne wyróżnienie. Podkładanie głosu to niesamowita zabawa! Uwielbiam siedzieć w studiu nagraniowym i pracować z Justinem Roilandem (twórcą/reżyserem). Ma w swojej głowie jasno określony plan i potrafi wykrzesać z ciebie dokładnie to, czego oczekuje. Miałem też okazję podkładać głos pod wielu epizodycznych bohaterów – to też frajda, grać takie unikatowe szalone postaci. Gdyby zaproponowano mi pracę w dubbingu przez resztę życia, bez wahania bym się zgodził!


Obecnie pracujesz w firmie Ader, zajmującej się promowaniem e-sportów i pomagającej gamerom. Czy mógłbyś opowiedzieć coś więcej o swojej pracy i zawodowych obowiązkach?

W ostatnim czasie dokonałem w moim życiu gwałtownej zmiany. Wycofałem się nieco z aktorstwa, aby skupić się na moich innych pasjach. Jedną z nich są e-sporty. Jestem aktywnym gamerem i spędzam niezliczone godziny, grając z kolegami w „Dota 2“, „PUBG“, „Overwatch“ i inne gry. Zacząłem pracę w Ader, gdzie pomagamy nawiązywać kontakty między influencerami i firmami oraz organizować eventy e-sportowe. Obecnie pracuję z Netmarble nad ich nową grą „Lineage 2: Revolution“. Pomagamy im zorganizować fascynującą prezentację na TwichCon, która odbędzie się w przyszłym tygodniu. To będzie epickie!

Z Twojego profilu na Instagramie możemy dowiedzieć się, że prowadzisz zdrowy tryb życia i dużo ćwiczysz, aby trzymać formę. Jak mógłbyś opisać swoje ulubione aktywności sportowe i sposoby spędzania wolnego czasu?

Ćwiczenia są moją absolutną obsesją. Mój przyjaciel i współlokator Ryan Kelley występuje w hitowym serialu MTV „Teen Wolf: Nastoletni wilkołak“ i kiedy po raz pierwszy dostał angaż, musiał do swojej roli mocno przypakować. Tak więc zaczęliśmy codziennie chodzić razem na siłownię i podnosić ciężary. W tym czasie miałem złamane serce i czułem przytłaczającą presję, aby się samodoskonalić. Tak więc przez kolejne trzy lata szliśmy na tę siłownię dzień w dzień. Po pewnym czasie staje się to częścią twojej rutyny i teraz nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że mógłbym z tego zrezygnować. Może nie jestem tak przypakowany jak Ryan, ale bardzo mi to pomogło w wielu różnych aspektach mojego życia.

Jak już wspomniałem, teraz jesteś bardziej skupiony na e-sportach niż aktorstwie, ale domyślam się, że prędzej czy później znów zobaczymy Cię w jakimś filmie lub serialu. Czym zamierzasz się zajmować w najbliższej przyszości?

Obecnie moje życie jest szalone! Oczywiście aktorstwo jest jedną z moich największych pasji, więc zawsze będę szukał okazji, aby stanąć przed kamerą. Po prostu muszę krok po kroku wykorzystywać każdą otrzymaną od losu szansę i jak najwięcej z niej wyciągnąć. W tym roku skończyłem trzydziestkę, więc myślę, że do czterdziestki będę w stanie zagrać kilka ról „młodych ojców“. Haha. Jak na razie miałem naprawdę świetną ścieżkę zawodową i czuję ogromne szczęście, że mogłem robić tyle różnych ekscytujących rzeczy. Nie mogę się już doczekać kolejnych. Mój cel to iść do przodu, dobrze się bawić i z uśmiechem pozostawiać po sobie ślad na tym świecie :)


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Dana Bensona, obserwujcie jego profile na Twitterze i Instagramie:

środa, 11 października 2017

Rozmowa z Wojciechem Rotowskim

Wojciech Rotowski jest młodym polskim aktorem, znanym przede wszystkim z roli Jarka Berga w serialu „Na Wspólnej”. Wcześniej występował między innymi w serialu Disneya „Do dzwonka” oraz użyczał głosu jako aktor dubbingowy. Ma również na koncie główne role w kilku spektaklach teatralnych, w tym w przedstawieniu „Czarodziej”, który sam wyreżyserował. Ponadto od kilku lat profesjonalnie zajmuje się iluzją. W wywiadzie Wojciech opowiada między innymi o swojej aktorskiej drodze, tajnikach iluzji oraz zdradza swoje plany na przyszłość.

(Foto: Olga Gładykowska)

Twój debiut sceniczny miał miejsce w Teatrze Rampa w przedstawieniu „O dobry dzień”. Jak wspominasz to swoje pierwsze aktorskie doświadczenie?

Tak, zaczynałem w Teatrze Rampa i Teatrze Muzycznym TINTILO dla dzieci. W Rampie wystąpiłem łącznie w sześciu musicalach. Miałem wtedy dziewięć lat, więc było to dosyć dawno (śmiech). Dla dziecka bycie na scenie jest niesamowitym przeżyciem i doświadczeniem, szczególnie, jeśli chcesz ten zawód uprawiać w przyszłości. Daje świadomość odpowiedzialności za siebie i za cały zespół. Teraz kiedy występuję na scenie, wiele z tych rzeczy, których doświadczyłem jako dzieciak, bardzo mi się przydaje.

Potem grałeś w Teatrze Roma, między innymi główne role w spektaklach „Aladyn” i „Akademia Pana Kleksa”. 

„Aladyn” był dosyć niedawno, ale od „Akademii Pana Kleksa” minęło już dziesięć lat. „Akademia” była dla mnie swego rodzaju trampoliną do artystycznego świata. To właśnie w Romie poznałem muzyków, którzy wzięli mnie na próbę do dubbingu, w tym czasie zacząłem też prowadzić „Teleranek”. Roma to najbardziej prestiżowy muzyczny teatr w Warszawie, pracuje tam mnóstwo dobrych wokalistów i muzyków.

„Aladyn” i „Akademia Pana Kleksa” to książki i filmy, które wielu przywodzą na myśl czasy dzieciństwa. Jakie były Twoje ulubione lektury i produkcje, kiedy byłeś młodszy?

Przyznaję, że „Aladyna” miałem jeszcze na VHS-ie i tłukłem go po sto razy, więc jak już się dowiedziałem, że zagram w tym spektaklu główną rolę, było to dla mnie spełnienie dziecięcych marzeń. Każdy chciał mieć dżina i latać na dywanie, a Roma oferowała taką możliwość. Nad widownią był bowiem podwieszony dywan, na którym siedzieliśmy i który faktycznie latał. „Aladyn” to też przede wszystkim świetna muzyka Alana Menkena - to sztuka dla dzieci, ale jednak na światowym poziomie. Z innych bajek uwielbiałem też „Shreka”, a wcześniej jeszcze „Zaczarowany ołówek”. To była wieczorynka, która najbardziej oddziaływała na moją wyobraźnię i później jak się okazało zająłem się iluzją, nie bez przyczyny (śmiech).

Wspomniałeś, że Teatr Roma otworzył Ci furtkę do dubbingu - podkładałeś głos między innymi pod Cody’ego w „Nie ma to jak statek”, potem wystąpiłeś w serialu Disney Channel „Do dzwonka”. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z Disneyem?

Zaczynałem od dubbingu do serialu „Barney i przyjaciele” i właśnie do tego projektu zaangażowano kilkoro dzieci z Romy. Co ciekawe, był to serial, w którym rozpoczęło swoje kariery wiele disneyowskich gwiazd, między innymi Selena Gomez i Demi Lovato. Miałem wtedy jakieś dwanaście lat. Po kilku latach Disney zaangażował mnie do swojej pierwszej polskiej produkcji czyli „Do dzwonka”. Nakręciliśmy czterdzieści odcinków w miesiąc - dwa odcinki dziennie, ale bardzo krótkie (do 5 minut). Zrobiliśmy tak dwa sezony, czyli łącznie 80 odcinków. Później było też „Do dzwonka Cafe” - już mniej odcinków, ale dłuższe.

Disney to duża i zorganizowana firma z zasadami. Trzeba było pilnować wielu drobnych szczegółów, żeby wszystko było zgodne z ich polityką. Na planie zdjęciowym byli ludzie, którzy pilnowali, żeby nie pojawiło się nic, co nie byłoby, jak oni mówili, „Disney friendly”.

Mogliście sobie w takim razie pozwolić na jakąkolwiek improwizację?

Na szczęście reżyser Tomasz Szafrański tak zajął się serialem, że dawał nam przestrzeń do improwizacji i własnych propozycji. Potrafił odpowiednio wykorzystać nasze umiejętności. Na przykład ktoś bardzo dobrze tańczył, to dostawał w którymś z odcinków scenę tańca i odcinek był pisany pod niego. Były odcinki, że grałem na gitarze, nagrywaliśmy też piosenki i teledyski. Mieliśmy szansę sprawdzenia się w pozaaktorskich aktywnościach takich jak żonglowanie, granie i śpiewanie.


Z grającą w „Do dzwonka” Julią Chatys przeszliście później do serialu „Na Wspólnej”, w którym gracie rodzeństwo. A czy z innymi osobami z ekipy utrzymujesz kontakt?

Z Igą Krefft, Piotrkiem Januszem i Justyną Bojczuk, praktycznie z połową obsady. Piotrek jest teraz studentem na Akademii Teatralnej na kierunku aktorsko-muzycznym, Justyna na Uniwersytecie Muzycznym i nadal pracuje w dubbingu, Julka studiuje aktorstwo w Łodzi. Magda Osińska, która grała Natkę, też jest teraz w Szkole Teatralnej w Krakowie. Kuba Nowak, który grał Tadzia, otworzył w Płońsku własną szkołę tańca. Właściwie wszyscy poszliśmy w artystycznym kierunku.

W „Na Wspólnej” wcielasz się w postać studenta Jarka Berga, którego związek z Elizą przechodził ostatnio kryzys. Jak dołączyłeś do obsady i jak potoczą się dalsze losy Twojego bohatera?

Do obsady trafiłem z castingu, ale ciekawe było to, że pojawiliśmy się w serialu od razu jako trójka rodzeństwa z ojcem, nowy wątek w serialu. Musieli nas dopasować w taki sposób, żebyśmy faktycznie wyglądali jak rodzina, a to nie jest takie proste. Po iluś etapach castingu trafiłem do serialu i tak naprawdę dopiero na planie lub chwilę wcześniej dowiedziałem się, że będę grał razem z Julką Chatys. Z Wojtkiem Brzezińskim, który gra mojego ojca, też już się wcześniej znaliśmy, śpiewaliśmy nawet na jednej scenie okazjonalnie koncerty.

Jeśli chodzi o przyszłość serialowego Jarka, to będzie się działo. Teraz co prawda Jarek i Eliza są trochę w tle, ale niedługo znów będą mieli swój czas. Wracam właśnie z planu, graliśmy moment poważnej zazdrości. Między Elizą i Jarkiem pojawi się jeszcze ktoś i nieźle namiesza. Będzie blisko do… różnych rzeczy, ale już bez przesady, nie mogę za dużo zdradzać! (śmiech)

W każdej postaci aktor pozostawia jakąś cząstkę siebie. Macie jakieś wspólne cechy charakteru z serialowym Jarkiem?

Jakby to nie była dziwna rola, to zawsze przenosi się do niej trochę siebie. Michał Malinowski i Dawid Czupryński grają bardziej ekspresyjnie i mają mocne role, ja po części świadomie, po części nie, jestem trochę spokojniejszy. Po jakimś czasie grania w serialu scenarzyści i reżyserzy widzą jaki ktoś jest i zaczynają pisać rolę pod jego cechy. Wiedzą, że wątek chippendalesów jest lepszy dla Michała i Dawida niż dla mnie.

Niektórzy pewnie by chcieli, żebyś w końcu pokazał pazurki…

Na Facebooku jest taki profil „Ruchacz z Na Wspólnej” i faktycznie mieliśmy z Elizą mocne sceny. Łącznie zagraliśmy trzy sceny seksu i musieliśmy się faktycznie rozebrać, więc… na planie było gorąco. Kręcenie takich scen jest zawsze bardzo ciekawe. Ekipa jest wtedy trochę pomniejszona, ale i tak cała reszta się na to gapi w monitorach podglądowych (śmiech). Najważniejsze, żeby podejść do tego z dystansem i zaufaniem. Jak ktoś decyduje się na zawód aktora, to jego ciało siłą rzeczy staje się narzędziem pracy.

(Foto: Magic Crew)

Od wielu lat fascynujesz się iluzją, uczyłeś się w Państwowej Szkole Sztuki Cyrkowej w Warszawie. Skąd fascynacja tym zawodem?

Kiedy grałem w „Akademii Pana Kleksa” w Teatrze Roma, poznałem Macieja Pola, który zajmował się w spektaklu iluzją połączenia z dwóch części Alojzego Bąbla w pracowni Filipa Golarza. Była to klasyczna sztuczka przecinania człowieka na pół. To właśnie on pokazał mi kilka pierwszych efektów i nakierował mnie, gdzie mogę dalej szukać. Zacząłem po tysiąc razy oglądać na Youtubie sztuczki różnych iluzjonistów, żeby zobaczyć co się tam tak naprawdę dzieje. Później poznałem więcej osób, zacząłem jeździć na kongresy Krajowego Klubu Iluzjonistów i po pewnym czasie do niego dołączyłem. Jeździłem też na seminaria, na których uczyłem się od polskich i zagranicznych iluzjonistów.

Iluzja jest bardzo szeroką dziedziną - można przedstawiać ją w formie stand-upu, małych rzeczy przy stoliku, ale i jako element spektaklu czy wielkie show. Dla mnie iluzja nie jest celem samym w sobie, ale bardziej środkiem wyrażania pewnych myśli i emocji. Trzy lata temu udało mi się wystawić w Teatrze Palladium spektakl „Czarodziej”, w którym staram się przekazać wiarę w marzenia i wartość wyobraźni.

Iluzja to przede wszystkim spryt, zręczność i refleks samego iluzjonisty. Jakie cechy musi mieć osoba, która chce się tym zajmować?

Iluzjoniści mają skrajnie różne osobowości, bo i sama iluzja ma wiele dziedzin. Wielu iluzjonistów uprawia iluzję manipulacyjną, która stawia przede wszystkim na zręczność. Są też jednak iluzjoniści, którzy robią wielkie spektakle, w których liczy się głównie osobowość sceniczna. Inni robią swoje pokazy pantomimicznie - wtedy ważne są ruch i poetyka gestu. Czasem wystarczy zrobić tylko kilka sztuczek, a i tak się to super ogląda. Nie chodzi o ilość, ale o jakość, bo w tym wszystkim sama sztuczka jest najmniej ważna. Najważniejsze jak poprowadzi się całą otoczkę, wprowadzi w historię i wykorzysta trik - wtedy ludzie nie tylko widzą efekt, ale ma on też dla nich znaczenie emocjonalne. Dlatego David Copperfield odniósł sukces, a inni robiąc te same triki niekoniecznie. Copperfield potrafi zrobić jedną sztuczkę, ale zanim ją zrobi przez 10 minut o niej opowiada. A ludzie i tak się świetnie bawią, bo czaruje ich samym sobą.

Czy po tylu latach praktyki zdarzają Ci się wpadki?

Jak mam godzinę pokazu, to tych sztuczek musi się w nim znaleźć kilkanaście. Gdy jest dużo efektów, drobne rekwizyty czy pierwszy raz prezentuję sztuczkę przed widownią, to często zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, z których trudno wybrnąć. Jeśli wokalista zafałszuje czy tancerz pomyli krok, to szybko wraca na dobre tory i leci dalej. Kiedy jednak iluzjonista zaczyna robić trik i coś mu na przykład wypada z ręki, to nie ma się jak ratować. Wtedy zazwyczaj najlepiej to spuentować jakimś żartem, czy zupełnie pominąć i szybko przejść do kolejnego triku lub na bieżąco improwizować i tak przekształcać trik, żeby nikt się nie zorientował, że coś poszło nie tak. To jest właściwie najlepsza opcja, ale nie zawsze się da.

(Foto: Magic Crew)

Z tego co wiem jesteś też certyfikowanym pirotechnikiem.

To się też zaczęło w Romie przy okazji iluzji, bo iluzja z pirotechniką bardzo dobrze się uzupełniają. Pirotechnik, Andrzej Banach, pracujący przy „Akademii Pana Kleksa” zaczął mi pokazywać różne tajniki tego zawodu. Po kilku latach nauki zrobiłem szkolenie i egzamin państwowy w Wojskowym Instytucie Technicznym Uzbrojenia, który daje uprawnienia do robienia pokazów pirotechniki. Z kolei dwa lata temu w Szkole Głównej Służby Pożarniczej zdobyłem uprawnienia inspektora ochrony przeciwpożarowej - jak już wiedziałem jak podpalać, to chciałem się też dowiedzieć jak gasić. Jeżeli robi się pirotechnikę wewnętrzną, a ja taką się głównie zajmuję w teatrze, to warto wiedzieć jak się zachować w przypadku pożaru i jak go w razie czego zgasić.

W Twoim życiu ważną rolę odgrywa również muzyka - skończyłeś szkołę muzyczną na kierunku saksofon, umiesz też dobrze grać na gitarze. Jakiej muzyki najbardziej lubisz słuchać?

Myślę, że każdy kto się zajmuje sztuką, czerpie dużo z muzyki, a dla mnie jest ona szczególnie ważna. Moja dziewczyna śmieje się ze mnie, że po prostu chodzę i nucę (śmiech). Korzystam z muzycznych doświadczeń między innymi przy tworzeniu krótkich filmów i pokazów magicznych. Jeździmy teraz po całej Polsce ze spektaklami dla Kinder Niespodzianki, występowaliśmy między innymi w Gdańsku, Łodzi i Wrocławiu. Gramy 48 spektakli w ciągu miesiąca. Dzięki muzycznemu wykształceniu mogę rozmawiać z kompozytorem o muzyce do danego triku w jego języku - wiem co to są takty, synkopy, nuty czy instrumenty. Potrafię mu wytłumaczyć czego potrzebuję.

Jeśli chodzi o to czego słucham, ostatnio dużo siedzę w jazzie, bo mam poczucie, że taka radiowa muza z bitem jest fajna, ale bardzo przewidywalna. Jazz czy muzyka klasyczna dają dużo więcej zaskoczeń i wirtuozerii, bo jeżeli jazzowy artysta zaczyna jakieś solo, to nawet on sam nie wie do końca, jak ono się potoczy. Świetnie opisuje to Herbie Hancock w swojej autobiografii, którą ostatnio czytałem.

Rok temu skończyłeś reżyserię w Warszawskiej Szkole Filmowej, masz już za sobą pierwsze filmowe projekty: spektakl „Czarodziej” czy filmy kręcone z Warsztatową Akademią Musicalową. To właśnie z reżyserią zamierzasz związać swoją przyszłość?

Ostatnio reżyseria kręci mnie nawet bardziej niż aktorstwo. Daje mi większą przestrzeń i swobodę do wyrażenia siebie. Będąc aktorem, tworzy się postać, ale w oparciu o scenariusz i zgodnie ze wskazówkami reżysera. Będąc scenarzystą czy reżyserem, masz możliwość popuścić wodze wyobraźni i kreować wszystko. Jedno jednak nie wyklucza drugiego - jeżeli mam możliwość grania, to gram, ale nie wypełnia mi to 100% czasu. Jestem parę dni w miesiącu na planie, trochę gram w Capitolu i Palladium, robię pirotechnikę w kilku teatrach, ale mam też przestrzeń, aby spełniać się reżysersko. Na razie nie mam musu, żeby z czegokolwiek rezygnować. Jestem typem człowieka, który nie lubi stać w miejscu i ciągle musi próbować różnych nowych rzeczy.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Wojciecha Rotowskiego, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę internetową:
http://www.magiccrew.pl
https://www.facebook.com/WojciechRotowski

poniedziałek, 9 października 2017

Wywiad z Natalią Avelon

Natalia Avelon jest pochodzącą z Wrocławia aktorką i piosenkarką, która od dziewiątego roku życia mieszka w Niemczech. Zagrała w kilkunastu niemieckich filmach i serialach, w tym główną rolę w filmie „Das wilde Leben” z 2007, do którego nagrała z Villem Valo utwór „Summer Wine”. Po dziesięciu latach Natalia powróciła na rynek muzyczny z debiutancką płytą „Love Kills”, promowaną przez singiel „Blind Belief”. W wywiadzie opowiada o początkach swojej artystycznej drogi, pracy z Villem Valo, nowym albumie i... marzeniu związanym z Polską.

(Foto: Kate Bellm)

Kiedy piosenka „Summer Wine”, którą nagrała Pani z Villem Valo z HIM, pojawiła się na polskich listach przebojów, wielu nie mogło uwierzyć, że śpiewa ją Polka. Nie wiedzieli, że nasza rodaczka robi taką karierę w Niemczech. Jak wyglądały początki Pani kariery i jak dziewczyna z Wrocławia stała się niemiecką gwiazdą Natalią Avelon?

Bardzo dziękuję za komplement, Panie Marku. Dziewczyna z Wrocławia nie nazywa jednak sama siebie „gwiazdą” - po prostu robię to co kocham. Jestem aktorką i piosenkarką, powiedziałabym, artystką. Lubię dzielić się opowieściami w formie filmów lub muzyki. Uważam, że sztuka ma uniwersalny język i łączy ludzi na całym świecie. To bardzo romantyczne i idylliczne wyobrażenie, szczególnie w dzisiejszych czasach.

Wyjechałam z rodziną z Polski do Niemiec w roku 1989. Wydaje mi się, że my Polacy mamy talent dopasowywania się do okoliczności. Kiedy obcy kraj przyjmuje gości i może umożliwić im lepszą przyszłość, ważna jest umiejętność integracji. Od dzieciństwa płonie we mnie pewien ogień, który prowadzi mnie przez życie. Nazwijmy to może ambicje, ciekawość i miłość. Już w przedszkolu w Polsce odkryłam swoje zainteresowanie muzyką, teatrem i sztuką. Teatr lalek był prawdopodobnie moim pierwszym odkryciem sztuk pięknych. Od tego momentu tańczyłam w balecie, grałam w teatrzykach, śpiewałam.

Mając 18 lat, zaczęłam grać w niemieckim teatrze amatorskim i stwierdziłam, że scena to mój świat. Po maturze zdawałam egzaminy do różnych szkół filmowych, dochodziłam do ostatniej rundy i nie dostawałam miejsca. Jednak ten pewien ogień, o którym wspominałam, nie pozwolił mi zrezygnować z moich marzeń i celów. Tak zaczęłam uczyć się aktorstwa prywatnie i krok po kroku, nieraz malutkimi kroczkami, wspinałam się wyżej i wyżej. I nadal się wspinam. Będąc artystą, chyba nigdy nie chce się osiągnąć szczytu, ponieważ sama droga jest tak piękna i rozmaita.

Pani duet z Villem Valo w utworze „Summer Wine” miał promować produkcję „Das wilde Leben”, w której grała Pani główną rolę. Wasze wykonanie tego klasyka stało się jednak hitem w całej Europie i przebiło popularnością film. Jak doszło do tej niezwykłej współpracy? Czy nadal utrzymuje Pani z Villem kontakt?

Reżyser filmu „Das wilde Leben”, opowiadającego historię Uschi Obermaier, ikony rewolucji seksualnej lat 60. w Niemczech, zapytał mnie, czy nie chciałabym spróbować zaśpiewać promującego film utworu „Summer Wine”. Uwielbiam oryginał Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda, więc oczywiście spróbowałam. I piosenka trafiła w „Zeitgeist“, czyli ducha czasu. Mieliśmy szczęście! Ogromne!

Villego Valo znałam już wcześniej z piosenki „Join Me In Death”, którą do dzisiaj uwielbiam. Współpraca była fantastyczna! Ville jest bardzo inteligentnym i miłym facetem, z bardzo fajnym poczuciem humoru. Do dziś od czasu do czasu wysyłamy sobie maile. Chciałam nagrać z nim piosenkę do mojego albumu, jednak tym razem nie wyszło.

(Foto: Kate Bellm)

27 maja 2017 ukazał się Pani debiutancki album „Love Kills”, który promuje singiel „Blind Belief” i którego osią tematyczną jest niebezpieczna miłość. Skąd pomysł na album o takiej tematyce i skąd czerpała Pani inspirację przy tworzeniu poszczególnych utworów?

Inspirację czerpałam z mojej melancholii. Z nocy, ciemności, samotności oraz różnych przeżyć. Na co dzień jestem bardzo optymistycznym i pozytywnym człowiekiem. W sztuce jednak czerpię z mojego „niebezpiecznego” oblicza i to ono jest moim źródłem kreatywności. Dziesięć lat po „Summer Wine” stwierdziłam, że czas na coś nowego - własny album! Muzyka jest moją wielką miłością. Może nawet uwielbiam ją bardziej niż film.

W 2014 miała Pani okazję zagrać w polskim serialu „Pierwsza miłość” szefową gangu handlującego dziećmi, a w „Na krawędzi” wdowę po gangsterze. Lubi się Pani wcielać w role czarnych charakterów, czy jednak preferuje łagodniejsze aktorskie wcielenia?

Jeżeli powiem, że Johnny Depp jest moim wielkim idolem, od kiedy miałam dwanaście lat, to chyba odpowie na wszystkie pytania :) Uwielbiam wyzwania! Im postać, którą gram, jest odleglejsza mojej tożsamości, tym bardziej fascynuje mnie praca nad nią.

W ramach promocji płyty „Love Kills” miała już Pani okazję zagrać kilka koncertów. Czy jest szansa, że już niedługo zobaczymy Panią na polskiej scenie?

Mam wielkie marzenie: zaśpiewać razem z moją idolką Marylą Rodowicz „Hej, sokoły”. Chętnie zaśpiewam w Polsce - czekam na zaproszenie! :)

Pracowała Pani jako fotomodelka, gra w niemieckich filmach i serialach oraz spełnia się jako piosenkarka. Bardziej czuje się Pani związana z aktorstwem czy z muzyką? Z którą z tych profesji wiąże Pani kolejne lata swojej kariery?

Żyję bardzo intuicyjnie. Moja droga życiowa poprowadzi mnie tam, gdzie jestem w danym momencie potrzebna.

(Foto: Kate Bellm)

Jeżeli chcecie lepiej poznać Natalię Avelon i jej twórczość, zapraszam na oficjalną stronę artystki:

sobota, 7 października 2017

Rozmowa z Michałem Danilewiczem

Michał Danilewicz z Białej Podlaskiej reprezentował Polskę na Manhunt International w 2012, a obecnie jest polskim ambasadorem konkursu. Ma na swoim koncie liczne sesje zdjęciowe i epizody w serialach, między innymi w „Bodo”. Michał jest też wyszkolonym ratownikiem wodnym i medycznym, który chętnie angażuje się w różnego rodzaju akcje charytatywne. W wywiadzie dzieli się wspomnieniami z wyborów Manhunt International oraz opowiada o swojej pracy fotomodela, przygodzie z aktorstwem i planach dalszego rozwoju.

(Foto: Konrad Bąk)

W 2012 zostałeś wybrany Manhuntem Poland i reprezentowałeś nasz kraj na konkursie Manhunt International. Jak trafiłeś do tego konkursu i jak go wspominasz?

Redakcja „Z archiwum Miss” wybiera z różnych portali modelingowych chłopaków, z którymi następnie prowadzi rozmowy. Szef portalu Jarek Załęgowski odezwał się do mnie na Facebooku z propozycją udziału w konkursie. Wcześniej zauważyli mój amatorski profil portfolio modela. Szczerze mówiąc, na początku miałem co do tej inicjatywy mieszane uczucia. Kiedy jednak dowiedziałem się o niej więcej, dałem się przekonać. Na świecie ten konkurs jest bardzo popularny, w Polsce trochę mniej. Oprócz mnie po selekcji profili modeli na końcowe rozmowy było jeszcze kilku kandydatów, ale ostatecznie to ja zostałem reprezentantem Polski w 2012. Wiadomość o wyborze dostałem w urodziny, więc była to fajna niespodzianka.

Finał konkursu Manhunt International odbywał się w Tajlandii i z tego co wiem marzyłeś o odwiedzeniu tego kraju. Pozwolono wam trochę pozwiedzać, czy raczej spędzaliście czas w hotelu?

Jadąc na konkurs, nie do końca myślałem o zwiedzeniu z tego względu, że byłem trochę zestresowany całą sytuacją. Po przyjeździe okazało się jednak, że jest fajna luźna atmosfera. W trakcie zgrupowania mieliśmy kilka wycieczek fakultatywnych, co bardzo mi się podobało, ale poza Bangkokiem nie mieliśmy możliwości bliższego poznania Tajlandii. Byliśmy w świątyni buddyjskiej, gdzie mogliśmy nawet uczestniczyć w buddyjskiej modlitwie. Przygotowano nam rejsy autobusami wodnymi. Też po konkursie, mając jeszcze czas przed wylotem do kraju, mogliśmy z chłopakami zwiedzać Bangkok na własną rękę. Terminarz był jednak dosyć napięty, więc pozostał lekki niedosyt.

A jak wspominasz samą galę - która konkurencja podobała Ci się najbardziej?

Najciekawszy był pokaz strojów narodowych. Tyle, że ta konkurencja nie była moją mocną stroną. Jak zobaczyłem stroje narodowe moich rywali, to byłem naprawdę pod wrażeniem. W sumie to teraz po latach widzę, że ogólnie Europejczycy w tej konkurencji mają małe szanse zabłysnąć. Mamy zupełnie inne, dużo skromniejsze stroje na tle błyszczących barwami i pełnymi kolorowych piór strojów chłopaków z Ameryki Południowej i Azji. Bardzo ucieszyło mnie to, że zostałem wybrany do udziału w dwóch pokazach sponsorów strojów kąpielowych. Najbardziej jednak podobało mi się ostatnie wyjście w smokingach - zmobilizowało mnie, kiedy zbliżał się werdykt.

Uważasz, że ten konkurs pomógł Ci w późniejszej karierze modelingowej?

Myślę, że tak. Po powrocie do Polski z konkursu zacząłem brać udział w castingach do reklam i seriali, i bez żadnych dogrywek udało mi się dostać angaż do kilku projektów. Dużo osób z branży zaczepiało mnie i pytało o konkurs. Miałem również taką przygodę, że podczas jednej imprezy w moich rodzinnych stronach koło Białej Podlaskiej zapytano mnie, czy nie brałem udziału w Manhunt International. Bardzo mnie to zdziwiło, bo co prawda znajomi kojarzyli mnie z paru wywiadów dla lokalnej prasy, ale generalnie ludzie się tym tematem nie interesują.


Obecnie jesteś ambasadorem konkursu Manhunt w Polsce. Na czym polegają Twoje obowiązki?

Jarek Załęgowski w każdej sytuacji, nawet w przypadku obecnego Manhunta Piotrka Żyjewskiego, prosi mnie o radę. Nie podejmuje decyzji sam, pomimo to, że jest pomysłodawcą i założycielem Manhunt Poland. Na jego prośbę spotykam się osobiście z niektórymi kandydatami z regionów, do których ja mam bliżej, bo trudno określić charakter człowieka tylko na podstawie zdjęć czy czatowania na Facebooku. Lepiej po prostu poznać kogoś na żywo. Dlatego podzieliliśmy się obowiązkami z Jarkiem i jego grupą.

Konkursy piękności znasz również od strony oceniającej, ponieważ byłeś jurorem na konkursie Miss Deaf Poland oraz dwukrotnie na Miss AWF. Jak wyglądają wybory Miss z perspektywy jury?

Najpierw byłem jurorem konkursu Miss AWF, mniejszej rangi i na mniejszą skalę, ale bardzo fajnie przygotowanego. Znalazłem się tam dzięki Jarkowi. Po pewnym czasie zaproponował mi, czy nie chciałbym być jurorem na konkursie Miss Deaf Poland. Było to dla mnie lekkim zaskoczeniem, ale się zgodziłem. Do dzisiaj utrzymuję prywatny kontakt z niektórymi organizatorami i uczestnikami tego konkursu. Na początku nie wiedziałem dokładnie jak będzie wyglądała komunikacja pomiędzy nami, ale miałem dwóch tłumaczy przy scenie i w prywatnych rozmowach. Niektórzy uczestnicy byli zresztą tylko niedosłyszący, więc z nimi można było się normalnie dogadać.

Później prowadząca tego konkursu, była Miss Deaf Poland Iwona Cichosz wysłała mi spot reklamowy z włoskimi modelami pokazujący, że głusi są normalnymi ludźmi i nie ma żadnych barier w komunikowaniu się z nimi. Zaproponowała, aby stworzyć jego polską wersję. Powiedziałem o tym Jarkowi, który wziął na siebie organizację projektu. Filmik nagrywaliśmy w Szkole Filmowej w Łodzi. Dzięki m.in. Jarkowi wzięły w nim udział znane osoby jak Andrzej Piaseczny, Łukasz Nowicki i Marcin Cejrowski oraz kilku modeli. Widziałem już ten spot w kilku miejscach i jestem zadowolony, że mogłem wziąć w czymś takim udział.

Masz już na swoim koncie wiele udanych sesji zdjęciowych, między innymi pozowałeś jako niemiecki żołnierz i zdjęcie z tej sesji trafiło na okładkę książki „Seks w III Rzeszy”. Mógłbyś opowiedzieć coś więcej na temat tego projektu?

Sesję zaproponował mi fotograf z Wrocławia Konrad Bąk - moim zdaniem jeden z najlepszych fotografów, z którymi kiedykolwiek miałem okazję pracować. Po obejrzeniu jego portfolio, wysłałem do niego zapytanie, czy moglibyśmy się dogadać w sprawie jakiejś sesji. Chciałem podjąć z nim współpracę, choćby jednorazowo, żeby z kolei wzbogacić własne portfolio. Konrad powiedział mi, że będę pasował do jednej roli w dość kontrowersyjnym projekcie. Odezwał się ze szczegółami po powrocie ze Stanów Zjednoczonych - miałem założyć mundur SS, a sama sesja miała być w klimacie hitlerowskich Niemiec.

Po tej sesji w internecie zrobiło się głośno, pojawiły się niepochlebne komentarze. Konrad wyjaśnił mi jednak, że gdyby każdy unikał tego tematu, nie powstałby żaden film wojenny, a to i tak była tylko praca artystyczna. Ostatecznie zdjęcie znalazło się na okładce książki, widziałem też tatuaże nim inspirowane. Bardzo mnie cieszy, że ta praca została doceniona.

(Foto: Konrad Bąk)

Różni fotografowie oferują Ci różnego rodzaju sesje, które jak sam wspomniałeś bywają kontrowersyjne. Masz jakąś wyraźną granicę, na jakie zdjęcia nie możesz się zgodzić?

Na obecną chwilę nie interesują mnie żadne akty, chociaż miałem takie propozycje i już kilka razy odmawiałem. Podczas pracy z Konradem Bąkiem miałem co prawda sesję z modelką z podtekstem erotycznym, ale nie było tam żadnej nagości.

Miałeś również okazję zagrać epizody w kilku serialach, chyba największym Twoim osiągnięciem była rola w „Bodo”. Jak wspominasz pracę na planie tej produkcji?

To był chyba największy pułap, na którym się znalazłem, pomimo że nie miałem w tym serialu roli mówionej. Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że grałem u boku swojego ulubionego aktora Piotra Szwedesa z ulubionego filmu „Młode wilki”. To była dla mnie niespodzianka, bo dopiero na planie dowiedziałem się, że on tam gra. Już wcześniej miałem za sobą role aktorskie, ale dopiero na planie „Bodo” poczułem się doceniony i zauważony.

Wspomniałeś o spotkaniu na planie z Piotrem Szwedesem. Jak odebrali Cię inni aktorzy i jaka atmosfera towarzyszyła pracy na planie?

Wiele osób na planie znałem już z poprzednich produkcji, między innymi dźwiękowców i kamerzystów. Z Piotrem Szwedesem zamieniliśmy dosyć naturalnie kilka zdań. Niesamowitym przeżyciem było dla mnie to, że inni aktorzy, z którymi akurat byłem wtedy na planie, traktowali mnie na równi, pomimo że jestem tylko po warsztatach aktorskich. Bardzo miło to wspominam i chciałbym jeszcze nieraz wziąć udział w takim projekcie.

Z wykształcenia jesteś ratownikiem medycznym, pracowałeś między innymi na plaży w Sopocie. Zdarzyły Ci się jakieś naprawdę niebezpieczne sytuacje, w których musiałeś interweniować?

Tak, jestem z wykształcenia ratownikiem medycznym i zdobyłem uprawnienia ratownika wodnego. Na szczęście w Trójmieście kąpielisko było dosyć płytkie i mało było wypadków w wodzie, więcej na lądzie. Nieraz zdarzało mi się udzielać pierwszej pomocy, lecz na szczęście nie zdarzył się jakiś bardzo poważny przypadek. Moje dotychczasowe doświadczenie nauczyło mnie opanowania i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. W tym roku miałem ochotę pojechać chociaż na tydzień lub dwa, żeby posiedzieć z ratownikami, ale niestety przez szkolenia i początek nowej pracy nie było to możliwe.

Jako model i ratownik musisz mieć wysportowaną sylwetkę i dbać o swoją kondycję. W jaki sposób dbasz o to, aby jak najlepiej prezentować się na zdjęciach?

Biegam, gram w piłkę i chodzę na siłownię. Jeśli czeka mnie jakaś profesjonalna sesja zdjęciowa, to staram się też zastosować jakąś dietę, aby być w jak najlepszej kondycji.


Z tego co widziałem na Twoim Facebooku, bardzo lubisz podróżować. Jaka była Twoja najbardziej szalona zagraniczna wyprawa?

W zeszłym roku dostałem kilka dni wolnego i pojechaliśmy z chłopakami na Cypr na sześciodniowy pobyt. Znałem tylko czterech z dziesięciu uczestników wycieczki. To był właśnie taki spontaniczny wypad. Dzień po powrocie z jednym z kolegów z samego rana polecieliśmy z kolei do Madrytu na mecz Realu Madryt, którego jestem wielkim fanem.

Skoro mowa o Twoich zainteresowaniach i gustach - jakiej najbardziej lubisz słuchać muzyki?

Muzyka, która naprawdę mnie pobudza i nakręca, choć niektórym może wydać się to dziwne, to chillout i deep house. Właśnie takiego brzmienia słucham na co dzień. Oczywiście słucham też innej muzyki, ale to jest mój numer jeden przy dłuższej podróży samochodem.

Muzyka często idzie w parze z aktorstwem, między innymi podczas występów musicalowych. Czy śpiew również jest jedną z Twoich pasji?

Nie wiem czy rzeczywiście mam słuch muzyczny, ale uwielbiam tańczyć, choć nie jestem zawodowym tancerzem. Chciałbym jednak kiedyś spróbować swoich sił w musicalu.

A jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość - zamierzasz iść bardziej w stronę modelingu czy aktorstwa? Wiem, że miałeś też własną agencję fotograficzną.

Niestety nie prowadzę już własnej działalności. Lubię fotografować, ale zawiesiłem działalność, ponieważ zaproponowano mi umowę o pracę przy organizacji imprez. Teraz fotografuję bardziej z pasji, niż zawodowo. Obecnie zacząłem pracę w PKP Intercity i mogę powiedzieć, że moje pierwsze wrażenie jest bardzo dobre. Chciałbym się rozwijać w tej firmie. Co do aktorstwa, nie miałem ostatnio możliwości grania. Ostatni raz pojawiłem się na planie wiosną, ale bardzo chciałbym do tego wrócić. Myślę, że castingi, seriale czy modeling jak najbardziej wchodzą w grę - zawsze lubiłem to robić i traktowałem to poważnie, choć bardziej jako pracę dorywczą i dodatkową przyjemność. Kusi mnie znowu udział w jakimś konkursie na mistera. Jak usłyszałem, że Piotrek jedzie w to samo miejsce co ja w moim roku, wróciły wspomnienia.


Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat Michała Danilewicza i konkursu Manhunt Poland, zajrzyjcie na jego oficjalną stronę na Facebooku:
https://www.facebook.com/MichalDanilewiczManhuntPoland2012/
https://www.facebook.com/ManhuntPoland/